Kiedyś może znów wystąpi w filigranowej piwnicy pubu „Oliwa” przy Miodowej w Krakowie. Znów, jak kiedyś, pięć, sześć lat temu, będzie w czarnym swetrze i czarnych okularach, z papierosem między palcami obejmującymi szklankę pocieszycielki, z wargami przy drucianej kulce mikrofonu, tak blisko, jakby chciał ją zmiękczyć śliną i zjeść. I ten jego melorecytujący stare opowiastki głos dawno temu zrujnowanych domostw, w sam raz dla Piranesiego. A obok – jazzman. Może ten sam, co kiedyś, wirtuoz trąbek wszelkiego rodzaju, siedzący na wysokim barowym krześle. Gdy tak się wydarzy – będę tam, na widowni bez krzeseł, jak pięć, sześć lat temu. Lecz tym razem nie spłoszę istoty. Na samym początku dam przekupionemu elektrykowi tajny znak, aby wyłączył światło. Stanie się zupełny mrok w piwnicy. Jednak nie. W „Partii solowej” Samuel Beckett uczy: „Nie. Niezupełny. Zupełny mrok nie istnieje”. Zawsze coś zostaje, jakieś pocieszenie. Choćby nieruchomy na barowym krześle cień jazzmana, co jakiś czas unoszącego w ciemności i opuszczającego ramiona w geście przestrogi i bezradnego współczucia. A także żar papierosa, krwisty świetlik wraz ze swym pobladłym odbiciem w mokrym szkle.
Tak, każę zgasić światło na seansie Marcina Świetlickiego, gdyż w swojej opowieści o nim – „Świetlicki. Osobność”, Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego, Łódź 2025 – włączył wiele lamp najmocniejszych, bezlitośnie ostrych dla detali, drobin, nitek. Projekt, w ramach którego książka Kunza się ukazała, nosi nazwę „Egzystencja i literatura”. Te słowa tłumaczą wszystko. Znaczą starą jak świat i jak pisanie grę, nieusuwalną grę zwyczajnego bycia z ułudą niezwyczajnych słów, tłumnej jawy ze snami samotnie snutymi za plecami jawy, codziennej realności z niecodzienną iluzją realności. Znaczą sędziwą partię, jaką rozgrywa ten, który żyje, z tym, który pisze, a jak powiada Marcel Proust – oni nie są tożsami. Owszem, nie są jednym, lecz są nieuchronnie w siebie uwikłani. Od pierwszego słowa. Do braku słów na końcu. Gdyby mrówka mogła być zegarmistrzem – byłaby Kunzem. Jak Kunz wędrowałaby po trwającym życie całe, pęczniejącym uwikłaniu Świetlickiego, chcianym czy niechcianym, zamierzonym lub nie – to już bez znaczenia. Wędrowałaby powoli, metodycznie, pod ostrymi lampami archeologa, tropiącego przejścia pomiędzy sztyletem a strzępkiem klinowego pisma, rzeczą a słowem.
Ponad 260 stron drukowanych tycią czcionką liczy sobie opowieść Kunza. Niby niewiele, lecz gęstość zamarłych w niej detali, drobin, nitek i owych przejść wiodących z życia do poezji i z poezji do życia jest mrożąca. Jeśli dobrze rachuję – 29 rozdziałów i podrozdziałów ma książka, każdy raczej niewielki, coś niby puls. Od pulsu do pulsu zatem. Falująca ścieżka pulsów między okładkami, a jej zasada, kierunek – jaki? Najprostszy z możliwych. Chronologia. Urodził się, później dzieciństwo, dalej – nastoletniość, młodzieńczość, starsza młodzieńczość, dojrzałość, coraz dojrzalsza dojrzałość… A równolegle, choć raczej w splataniu z życiem, splątaniu na modłę warkocza – debiut poetycki, debiut estradowy, debiut fonograficzny, debiut dziennikarski, a później kolejne książki, także prozatorskie, kolejne płyty, kolejne wcielenia… Wciąż nowe wcielenia dźgane bądź hołubione gestami recenzenckimi. Więc na kartach opowieści Kunza, w każdym z wielu portretowanych przezeń czasów Świetlickiego, ciągle te same, iście metronomowe wahnięcia między gestami rzeczywistości a co kartka cytowanymi okruchami wierszy Świetlickiego – okruchami jako odpowiedziami na gesty, ale też gestami jako reakcjami na okruchy. Wymieniać teraz cały ten przez Kunza uporządkowany piasek realności zmieszany z piaskiem słów kreślonych za plecami realności? Jeszcze nie oszalałem. Niech starczy, że na kanwie tomu Kunza brawurowo, lecz przecież z uśmiechem zachowując proporcje, przywołam najwspanialszą biografię globu – dwutomową księgę George’a D. Paintera „Marcel Proust”. Gdy czyta się ową przepaść, gdy w jednej frazie Paintera dostrzega się prawdziwy, z życia wzięty gest jakiegoś arystokraty, zaś w kolejnej, będącej cytatem z powieści Prousta, widzi się ten gest przemieniony w doskonałą fikcję – człowiek naraz traci orientację i nie wie, czy cytat nie jest aby prawdą, zaś wcześniejsza prawda cytatem, ułudą, teatrem. Nie wie, co jest czym. Tak. I jeszcze jedno niech wystarczy. Mały, bodaj jeden jedyny raz użyty przez Kunza epitet. Słówko „Proteuszowy”.
Nieustające przeistoczenia Świetlickiego, ciągłe jego stylistyczne i codzienne przemiany, uparta żonglerka intonacyjnymi maskami – dla krytyków, i życiowymi maskami – dla zmieniających się współbraci. Kunz – wielbiciel Witolda Gombrowicza, piewcy nieuchronności gąb ludzkich, kronikarz zawsze skazanej na fiasko ucieczki z gębą, ucieczki ze wszystkimi swymi przez świat i samego siebie przyprawionymi gębami w rękach – detalicznie portretuje ów poety niekończący się teatr, seans w wielu, wielu aktach, trwający od lat… ilu? 64, gdyż od urodzenia? Czy 35, od dnia, gdy w antologii „przyszli barbarzyńcy” ukazał się wiersz „Dla Jana Polkowskiego”? Istotnie, gdyby foki nie lękały się psów rasy bokser – Świetlicki mógłby wraz ze swą Bunią zamieszkać na wysepce Faros, obok pasterza tych cyrkowych stworzeń, Proteusza, co zawsze, kiedy zbliżał się doń świat ze swymi żądaniami, pretensjami, oczekiwaniami – przemieniał się, zaczynał, niczym aktor, grać, a to kamień, a to drzewo, a to lwa, a to strumień, cokolwiek, byle tylko umknąć, cudownie nie być tym, kim był, schować się w kostiumie, za maską, w iluzji. Rzecz w tym, iż Świetlicki skrywa się – za maskami słów. Dlatego właśnie pewnego wieczoru zgaszę światło w piwnicy pubu „Oliwa”.
Nie po to je zgaszę, by w polemikę z Kunzem wejść. Nie, oczywiście, że nie. Przypominając sobie jego opowieść, w której na powierzchnię całymi garściami wciąż wyskakują frazy poety, co uciszają portretowane przez Kunza, rozpraszające mruczenie rzeczywistości – zgaszę światło, by nie zgubić istoty. I tym sposobem poniekąd powtórzy się stworzony przez Becketta seans „Nie ja” – spowiedź snuta przez same usta, zawieszone w ciemności nad sceną, usta kobiety, która nie śmie mówić o sobie w pierwszej osobie liczby pojedynczej, mówi więc o sobie tak, jakby wciąż kogoś innego udawała, mówi: „Ona”. Powtórzy się w piwnicy kruchy portret samotności, której w ostatecznym rachunku nie pozostaje nic, poza słowami. Mało? Tak. Wszystko.
Zgaśnie z sykiem papierosowy świetlik w gorzałce i jak chciał twórca „Końcówki” – cień jazzmana pierwszy raz tej nocy wykona gest przestrogi i zarazem bezradnego współczucia. Wtedy ja włączę latarkę i z ciemności na scenie wyłuskam cienkim promieniem same wargi Świetlickiego, usta mówiące strzępy wszystkich dawnych jego napisanych twarzy, masek, fatałaszków. I będzie On. Cały On. On ulepiony z wielu brzęczących Onych, którymi bywał w języku. Komuś może przyjdzie na myśl Becketta wspomnienie z dzieciństwa. Nim napisał „Nie ja” – wrócił do niego stary widok, obraz niczym archetyp. Staruchy, oszalałe staruchy, błąkające się ścieżkami na trawiastych pustkowiach pod Dublinem, przysiadające czasem, by snuć sobie, bo komuż innemu?, mrukliwe bajki o sobie w wielu przeszłościach. Tylko to im pozostało. Mało. Ale starczy do jutra.
Nie wiem, z czego, z jakich starych słów Świetlickiego usta Świetlickiego ułożą spowiedź w ciemności. Myślę jednak, że w finale seansu zabrzęczy w nich pierwsze zdanie kryminalnej powieści „Dwanaście”. Nawet dwa. „Prawdziwy bohater powinien być samotny. Tak powiedziała ta pani, wstała i wyszła”. Nie opadnie kurtyna. Nie będzie ukłonów ni oklasków. Nie będzie, bo jak na do widzenia sugeruje Kunz – to jeszcze nie koniec.
8 lutego 2026 r.

Przeczytaj również:
19 kwietnia, 2026
Szczęśliwe czytanie
Nie wiem, jakie to były płótna, ale Beckett, przyglądając się im, naraz pojął,…
12 kwietnia, 2026
Za siedmioma
Stuk-stuk, stuk-stuk. Cięcie. Zgrzyt zawiasów drzwi gabinetu, a wcześniej na…
5 kwietnia, 2026
Łuskanie słów
Gdy wczoraj po 19.00 siadłem za biurkiem, aby stary rozległy monolog czytać…
