Za lasami odwiecznie siedmioma, za wciąż siedmioma morzami i górami na wieki wieków siedmioma – jest sobie staruszek z drewna, ręcznej roboty, takich dziś już się nie spotyka. Jeśli większy od świeczki, to niewiele. I bardzo, bardzo znużony. Gdy spaceruje po wielkim, małym pałacu dla lalek – jest ostrożny. Co robić, odległości spore, wiele zakrętów, a nogi już nie te. Musi uważać zwłaszcza na sprytnie udających marmur schodach, w innych bajkach przez inne lalki tycimi pantoflami wyślizganych na błysk, a w tej nikt nie rozłożył na stopniach miękkiego dywanu. Więc dmucha staruszek na zimne. Wpierw lewy bucik w przód, chyba tak, potem prawy do lewego, znów lewy i prawy do lewego, i jeszcze raz, i jeszcze, krok za krokiem, w dół lub w górę, powoli i zawsze boczkiem, boczkiem, a z przodu – laska. Chyba tak to się dzieje. I zawsze, kiedy wędruje amfiladą komnat, zanim dostrzeże się jego trzeszczącą kruchą figurę w eleganckim, ręcznej roboty kostiumie dżentelmena starej daty, słychać laskę. Jak teraz.

Stuk-stuk, stuk-stuk. Cięcie. Zgrzyt zawiasów drzwi gabinetu, a wcześniej na klamce staruszka dłoń jak z pokrytego woskiem papirusu. Cięcie. Widok doskonałych butów na wiekowym parkiecie rękodzielnika. Cięcie. W końcu twarz staruszka naprzeciwko wystającej nad blatem biurka buzi jego wnuczki, która w czerwonym pudełku o kształcie jabłka lub truskawki znalazła niepokojącą kulkę wielkości łzy w odcieniu rozcieńczonego mleka, skostniałej na amen, pałającej przytłumioną jasnością. Cięcie. Za sekundę staruszek opowie wnuczce historię kulki. Już rozpoczyna snucie bajki, jakby mówił: „Za siedmioma morzami, w Montrealu dawno temu, bardzo dawno, aż siedem lasów temu…” I zarazem rozpoczyna się snuta w rytmie 24 klatek na sekundę bajka Maćka Szczerbowskiego i Chrisa Lavisa – animowany, Oscarem nagrodzony film „Dziewczynka, która płakała perłami”. Będzie to więc opowieść o opowieści, bajka o lepieniu wspomnienia, portret wyobraźni, z łuszczących się, dziurawych skorup klecącej przeszłość.

Tytuł to istna ulga – można spokojnie zrezygnować z detalicznego streszczania fabuły. Owszem, tak płakała. Kropka. Perłami płakała z bólu, powtarzając odwieczny motyw bajkopisarski – motyw cierpienia rodzącego piękno. I równie stary jest dylemat chłopczyka-sieroty, który oto nie wie. Kochać dziewczynkę i sprawić, by przestała płakać perłami, czy, pozwalając jej cierpieć, ukradkiem gromadzić i u cynicznego właściciela lombardu spieniężać słonawe kulki strapienia, odmieniając swój mroczny los? Słowem – wahanie. Wahanie małego serca. Ile razy bajkopisarze powtarzali ów schemat, dokładnie lub poniekąd? W ilu wierszykach, prozach, teatrach, filmach, cienkich tomikach albo opasłych księgach ktoś cierpiał a ktoś inny nie wiedział, którą z proponowanych przez Parki ścieżek pójść? Za iloma górami, morzami, lasami oraz od jak dawna wciąż od nowa opowiadamy to samo? Dziś – znów.

Staruszek słów ma niewiele, lecz dla powtórzenia sędziwej fabułki – starczy. I zostanie jeszcze garść zdatna do wygłoszenia fraz fundamentalnych. Gdy wnuczka spyta, czy aby nie zmyślił historii o bolesnych perłach i bólu wahania, staruszek odpowie niczym wielki narrator z bajek Prousta, Nabokova i jeszcze kilkunastu potężnych kłamców prawdomównych. Jakby własnymi słowami recytował za Theodorem Adornem: „Sztuka jest magią uwolnioną od kłamstwa prawdziwości”. Jakby małpował pewność Pascala: „Treść otrzymuje swą godność od słów, nie odwrotnie”. Mówi staruszek: „Wartość przedmiotom nadaje ich historia. Zawsze historia, nigdy sam przedmiot”. Tak, historia. To znaczy – opowieść, sposób opowiadania, ciało opowieści, sposób, w jaki opowieść jest nieprzezroczysta.

Oscarowa bajka Szczerbowskiego i Lavisa to wyjątkowa nieprzezroczystość. Ich staruszek, albo raczej staruszek zaproszony z wielu dawnych cudzych rojeń, ma niewiele słów do wypowiedzenia, owszem, ale ma też ogrom słów niewypowiedzianych, umilkłych w rzeczach, kształtach, fakturach, kolorach i tysiącu innych znaków widzialnych, stworzonych dla staruszka przez Szczerbowskiego i Lavisa. Wyjątkowa jest nieprzeźroczystość owych znaków. One wszystkie ledwo żyją na swój niepowtarzalny sposób, choć może jednak da się coś rzec o nich jako o echu anonimowanych opowieści braci Quay. Tak jak, zamiast mówić o perłowym płaczu dziewczynki, można milczeć, pokazując w zamian starą, sławetną fotografię Man Raya „Glass Tears” – twarz kobiety płaczącej kulkami ze szkła, twarz będącą naprawdę twarzą sklepowego manekina, pięknej lalki.

W innej bajce Szczerbowskiego, snutej w wywiadzie, pewnej dalekiej nocy rodzice zabierają małego Maciusia, do teatru, na „Umarłą klasę” Tadeusza Kantora, na baśń o zmarłych, powracających do nas na chwilę w swych trumiennych, kruszejących garniturach i sukniach. Niepokój tamtej scenicznej godziny nie opuści już Maciusia, zwłaszcza, że, jak zapewnia, wpadła mu wtedy w ręce i do dziś z nim została stareńka, zmurszała książka – jedna tych, które ponura postać, Sprzątaczka-Śmierć, strąciła z blatu pierwszej ławki szkolnej na scenę. Na ów nieustępujący niepokój wspomnienia „Umarłej klasy”, widzianej w chłopięctwie, wiele lat później Szczerbowski odpowie multimedialnym seansem „Gymnasia”. Martwe pianino, które stało tam w zapomnianej sali gimnastycznej, dziś stoi w lombardzie cynicznego handlarza, któremu chłopczyk przynosi cenne kulki. Ten cudowny grat i tysiąc innych, dużych i tycich znaków niemych, a tak wiele opowiadających, znaków jakby wprost wysupłanych z opowieści Kantora o potędze realności najniższej rangi, o dotkliwej melancholii przedmiotów biednych, starych, martwych, z wysypisk, ze śmietników, już na zawsze poza sferą użyteczności, już na zawsze w świecie poezji, metafory, omszałym, pisanym ręcznie, piórem wiecznym. „Dziewczynki, która płakała perłami”, Szczerbowski i Lavis nie mogli stworzyć inaczej niż właśnie ręcznie, po staremu, jak tworzyło się kiedyś, u źródeł.

Żadnych więc klawiatur komputerowych, żadnych czarodziejskich gogli-wrót wiodących do sztucznej rzeczywistości, żadnych graficznych programów komputerowych o niewyobrażalnej mocy i dokładności, żadnych innych elektronicznych hocków-klocków, a zwłaszcza kojąca nieobecność inteligencji sztucznej. Powrót do manufaktury. I tyle. Trud ręczny. Klecenie lalek o buziach znużonych, budowanie ledwo trzymających się domów o łuszczących się fasadach, wytyczanie ulic strupieszałych, stwarzanie wnętrz zapomnianych przez świat, ustawianie rekwizytów wprost z pchlego targu, szycie lalkom kostiumów, co by modne były wiek temu, wreszcie rozbijanie gestów i ruchów lalek na drobiny i uwiecznianie ich, drobina po drobinie, na klatkach taśmy filmowej. Gdyby 16-minutowa bajka Szczerbowskiego i Lavisa mogła mieć zapach, pachniałaby szewską pracownią, królestwem stolarza, najpewniej zaś klejem i tuszem introligatorni, gdzie zmartwychwstają księgi bajek starych jak świat.

Tak, klejem, tuszem i palcami utytłanymi klejem oraz tuszem. Nade wszystko cała bajka o bólu i wahaniu pachniałaby tak, jak ostatnie jej sekundy – umykającą w bok tajemnicą, niedopowiedzeniem, zdaniami, co nie wybrzmiały. „A czy przynajmniej dziewczynka istniała naprawdę?”, pyta wnuczka w epilogu. Cisza. Staruszek już nie znajduje słów. Cięcie. Jego nieruchoma twarz naprzeciwko nieruchomej buzi wnuczki. Cięcie. Ciemność. Napisy końcowe. Za pewien czas ktoś może usłyszy stukotanie laski i nie będzie widział, jak narrator odchodzi do innych spraw, innych bajek. Na schodach – ostrożniej niż korytarzami. I boczkiem, boczkiem.

12 kwietnia 2026 r.