Pamiętasz umieranie?… Nie tak dokładnie, lecz w istocie o to zapytał z krawędzi sceny jegomość w tanim garniturze koloru starej wiewiórki. Wcześniej sprzątał dłuższą chwilę, trochę znudzony, obojętny. Ludzie na widowni Starego Teatru się sadowili, a wiewiórczany jegomość potężną scenę odkurzał sprzętem zwyczajnym. Ot, plastikowy baniak na dwóch kółkach, harmonijkowa trąba z płaską szczotką na końcu, silnik ssący jękliwie, zawodząco. No i wędrówka mozolna, od bladych paczkomatów z lewej strony sceny, do ponurego bunkra z tarasem po prawej, od proscenium na tyły, z lewej na prawą, w przód i w tył, i z powrotem, i jeszcze raz, i jeszcze… Co, już się zaczęło? Seans już trwa? A może jednak jeszcze nie? Wiewiór to sprzątacz realny, co robotę oto kończy przed początkiem spektaklu „Zamknij oczy Nel. W pustyni i w puszczy – epilog”, czy aktor kreujący postać sprzątacza? Odkurza ci on jeszcze w realności, czy już w iluzji? A gdy wyłącza maszynę, na proscenium staje i palcem powietrze dźgając wywołuje widzów do odpowiedzi na pytanie najintymniejsze z intymnych – dźga z wnętrza banalnej jawy czy z dna scenicznego snu na jawie? Na kanwie prawdy, czy na kanwie fikcji zagaduje widownię o pamięć umierania? I po co reżyserowi Piotrowi Domalewskiemu ten w prologu seansu kreślony balans na krawędzi dzielącej realność od iluzji?.. Trzecie dźgnięcie – we mnie.

Pamiętam. Tak. Daleka noc, mój dyżur przy niej. Mój seans czekania na jej ostateczne przejście. W jasnym dysku z lampki na stoliku tuż przy łóżku – jej lewa dłoń, wnętrzem do góry, a na mym kolanie pierwsza strona dedykowanej Peterowi Brookowi „Instrukcji dla Johna Howella” Julio Cortazara. „Gdyby wrócić myślą do tego później – na ulicy, w pociągu, idąc przez pola – wszystko to wydałoby się absurdem, ale teatr nie jest przecież niczym więcej niż paktem z absurdem, jego luksusowym i skutecznym zastosowaniem”. Po czym rośnie finezyjny portret istoty teatru – opowieść o przejściu na drugą stronę, o wędrówkach stąd tam i stamtąd tutaj. Zwyczajny sobie widz, niejaki Rice, jest oto przez groteskowy przypadek wciągnięty na scenę, do wnętrza fikcji, po czym wraca na widownię, tyle że nie ma już pewności, nigdy już nie będzie miał pewności, czy wrócił naprawdę, w pełni, czy też jakąś swą cząstką został na zawsze tam, za linią rampy, w fikcyjnej opowieści, i czy dalsze jego istnienie nie będzie kolebaniem się na krawędzi dzielącej realność od iluzji, uciekaniem bez końca przed dwuznacznością, iluzorycznością bycia, przed pozorem, który może jest prawdą, która może jest pozorem, który może jest… W seansie Domalewskiego ostatnia przed ostatecznym przejściem prawda to powieściowy pozór Henryka Sienkiewicza.

Ocknąwszy się po wylewie, sędziwa Matka (Dorota Pomykała) bierze smakowane w dzieciństwie, pastelowe sny powieści „W pustyni i w puszczy” za realność. Sama jest dziewięcioletnią Nel, a dorosłe swoje dzieci – Gustawa (Radosław Krzyżowski), Zofię (Katarzyna Krzyżowska) oraz Staszka (Filip Perkowski), wirtuoza odkurzacza – w wyobraźni przeistacza w Kalego, Meę i Stasia Tarkowskiego. Biedny mózg Matki powtarza genialny gest pierwszej wielkiej powieści świata – tworzy pastisz dokonań przepotężnej wyobraźni chudego szlachcica z Manczy, który tak doskonale przeistoczył rzeczywistość w przeczytane ongiś bujdy rycerskie i tak intensywnie wierzył w prawdę zmyśleń, że bez zmrużenia oka w pył rozbił wędrowny teatrzyk nieszczęsnego Mistrza Piotra, kiedy tylko zdarzenia nie układały się na tyciej scenie wedle reguł najwyższej szlachetności rycerskiej. Aby móc cierpliwie i czule czekać na ostateczne, będące jedynie kwestią żałosnej resztki czasu przejście Matki na drugą stronę – Gustaw, Zofia i Staszek, niczym Sanczo Pansa w przeistoczenia Don Kichota, muszą uwierzyć, a z czasem muszą coraz intensywniej wierzyć w teatrzyk Matki – w pastelową Afrykę, która w jej dzieciństwie była przecież jedynie pastelową Afryką powieściowego teatrzyku Sienkiewicza. To wszystko. Tak. Tylko że – nie wszystko. Niestety.

Prócz tej małej pestki, nadającej się co najwyżej na czterdziestominutową miniaturę o umieraniu, czekaniu i pamięci ocalałej w starych fikcjach – w Starym Teatrze, nie wiem już przez ile sennych godzin, trwa proces jałowego pompowania publicystycznych truizmów, balonów, w cieniu których sędziwa Matka znika, karleje do poziomu drugorzędnej postaćki, co to od czasu do czasu, wspierając się na balkoniku, człapie po scenie w charakterze katalizatora wzruszeń funeralnych, cienkim głosem dziergając urokliwe, dziecinne banialuki. A reszta seansu? Reszta to jest wielka zbędność, ale zbędność… fajna? Tak, to niezły epitet. Fajna, fajnusia, fajnusiowata. Nie uświadczy się na scenie żadnych zawadiackich inscenizacyjnych jajec, wobec których normalny widz od razu chce się wieszać. Głupkowatość wspomnianych paczkomatów – nie doskwiera za bardzo, a bunkier po prawej zdaje się znikać łaskawie, kiedy tylko nań spojrzeć. I niech sobie już będą wszystkie te na ścianach wyświetlane filmy z afrykańskimi wodospadami, gazelami i pieczoną na rożnie antylopą lub inną świnią. Aktorzy jakoś sobie radzą z pokazywaniem ludzkich typków, co godne jest kulturze serialowej, i radzą też sobie z odstawianiem klasycznych Polaków marzących o kolonialnej potędze nadwiślańskiego plemienia – klasycznych figur każdego polskiego kabaretu politycznie zaangażowanego.

Słowem – fajnie jest, nijako i letnio, lecz fajniunio. Rzeczywiście – pętle można odłożyć na inna okazję. Fajne dyrdymały o życiu i śmierci fajnie, bo zabawnie podane, fajnie dryfują nad sceną. Fajne truizmy o kolonialnej napuszoności Polaka i Polki fajnie łechcą facecjonistyczną inteligencję Polaka i Polki na widowni. Pluszowy słonik fajnie wygląda w fajnym jasnym świetle, choć chyba fajniej prezentuje się garnitur koloru starej wiewiórki, zwłaszcza gdy sprzątacz tkwi obok fajnego odkurzacza, co ssie tak fajnie, że zanim opowieść zacznie się na dobre – z umierania sędziwej Matki wysysa całą tajemnicę oczekiwania na ostateczne przejście.

Lecz na szczęście ocalała wspomniana mała pestka. Będąc wywołanym do odpowiedzi – można z niej snuć pamięć o sobie przy dłoni odwróconej wnętrzem do góry. Można jeszcze raz przeczytać ostatnie zdania starej bajki o niekończącym się biegu teatralnego widza krawędzią realności i iluzji, o prawie nieruchomym biegu Matki, której się zdało, że jest Nel, i o chybotliwym biegu błędnego rycerza, i tylu, tylu innych biegach.

„Jakieś kroki oddalały się pędem. Rice pochylił się, żeby nabrać rozbiegu, i ruszył w przeciwnym kierunku. W świetle latarni zobaczył obojętną nazwę: Rose Alley. Dalej była rzeka, jakiś most. Nie brakowało mostów ani ulic, którymi można by uciekać”.

1 lutego 2026 r.