Gdyby staruszek z plemienia Chinantec spojrzał w tył nad swoim lewym ramieniem, wiedziałbym, czy zapłakał przed chwilą. Lecz nie spojrzał. Nie tylko lewe ucho, ale w ogóle nic, doskonale nic w nim i doskonale nic wokół niego ani drgnęło. Fotografie uparte są w przywiązaniu do bezruchu, więc mimo, iż godzinę temu przez wiele minut zaklinałem skrytą pod słomkowym kapeluszem o wielkim rondzie głowę staruszka i jego ramiona w lnianej koszulinie – on, skamieniały, nieubłagany niby rzeźba, granitowa metafora pamięci, siedział na kamieniu dokładnie w tej samej pozie, w jakiej tkwił pewnego popołudnia kilkadziesiąt, może nawet osiemdziesiąt lat temu, gdy Juan Rulfo właśnie to, zaklinane przeze mnie godzinę temu, czarno-białe zdjęcie robił mu jak najdyskretniej, aby nie spłoszyć jego pożegnalnej samotności.
Plecami odwrócony do reszty świata, stary Indianin liczył wtedy niemo, i wciąż tak przede mną liczy, białe ziarenka domków rodzinnej wioski na dnie doliny w regionie Papaloapan na południu Meksyku. Rachował ściany, dachy, okna i drzwi, aby nie zapomnieć źródła, gdy niebawem zjawi się w dolinie ogromna woda zapory Cerro de Oro, połykając białą wioskę, zmieniając ją w osadę duchów o szeroko jak u ryb rozwartych oczach. Albo w Comalę, w puste miasto zamieszkałe już tylko przez widma zmarłych, iluzyjne miasto, które na stronach arcydzielnej powieści Juana Rulfo „Pedro Páramo” (wraz z tomem opowiadań „Równina w płomieniach” oraz „Złotym kogutem” przez PIW chwilę temu wydanej z okazji 40. rocznicy śmierci Rulfo) zatopione jest na dnie gęstego niby ocean żaru godziny 12.00, która zdaje się nigdy nie mijać, będąc wszystkimi godzinami wszystkich dni i nocy. Kto wie, w epilogu „Imienia róży” mówiąc, że książki świata całego, bez względu na to, jak gigantyczne przepaście czasu i przestrzeni je dzielą, rozmawiają ze sobą, lekceważąc grzeszki anachronizmów – Umberto Eco może ma słuszność? Może więc tamtego popołudnia, gdy z kamyka rachował skazane na podwodną niewidzialność domki rodzinnej wioski, staruszek zarazem recytował niemo strzępy opowiadania Gabriela Garcii Marqueza „Morze utraconego czasu”, które wtedy jeszcze nie istniało i które, któż to wie?, może nigdy by nie powstało (a „Sto lat samotności” i cała reszta?) bez owej niepowtarzalnej nocy, kiedy Marquez dwukrotnie przeczytał „Pedra Páramo”, na pamięć ucząc się magii jego fraz, co są niczym zaklęcia otwierające sezam albo furtki wiodące na tamten brzeg?
Szeptał zatem Marqueza bajkę o cudownych dniach, gdy morze pachniało różami i nikt nie mógł rozstrzygnąć, czy woń ta była realnością, czy jedynie kuszącą fanaberią snów. Wraz z Herbertem i Tobiaszem sunął staruszek oceanem, wpierw prosto, a później, nurkując, coraz głębiej i głębiej, na dno nie z tego świata. Opadając tak dostrzegał, że kończy się światło słoneczne, a później światło morskie, i wtedy to, co widzialne, widoczne było już tylko dzięki własnemu świeceniu. Mijał tak wiele podmorskich mórz, wiele zatopionych przeszłości. Jednym z najbardziej ponurych było morze wielkich katastrof, najcichszym zaś i najsamotniejszym – morze zmarłych. Oni płynęli bez ruchu, na różnych poziomach oceanicznej ciemności, powoli, z szeroko otwartymi oczami, czołami zwróceni ku górze. I wszyscy mieli na twarzach nieusuwalny wyraz istot zapomnianych. Wreszcie trafili do zatopionego miasteczka. „Zatonęło jakiejś niedzieli, gdzieś tak koło jedenastej rano – powiedział pan Herbert. – To musiał być kataklizm”. Owszem. Lecz mieszkańcy, których nie było, nie pielęgnowali pamięci o tragedii. Jak ongiś, w powietrzu – mężczyźni wciąż objeżdżali konno podwodne budy taneczne, niewiasty wciąż plotkowały bezgłośnie na rogach krzyżujących się wód, w odmętach ciekłej soli dzieci wciąż tęskniły za słodyczą ciastek. Dzień był przepięknie słoneczny bez słońca. I na wszystkich balkonach widział płynący staruszek doskonałe, kwitnące róże. Być może wtedy właśnie, kiedy recytował sobie ów kawałek o zatopionym mieście – zapłakał. Lecz nie ma tego jak sprawdzić. Godzinę temu nie odwrócił głowy i nie spojrzał nad lewym ramieniem. Był taki jak zawsze. Kamyk siedzący na kamyku i rachujący białe domki, żeby nie zapomnieć. W sumie podobny był, jest, do Juana Preciado, bohatera „Pedra Páramo”, który rusza do Comali, by wśród widm zmarłych, wiecznie snujących opowieści o przeszłości, odnaleźć prawdę o własnym ojcu, a jeśli demony pozwolą – odpowiedź na pytanie: „Kim jest ten, co nazywa się Juan Preciado?”
Rzecz jasna, Eco ma rację. Dlatego zamiast „Morza utraconego czasu” Marqueza staruszek z fotografii Juana Rulfo mógł sobie równie dobrze szeptać strzępy arcydzieła Rulfo, albo choćby nowelę Marqueza „Światło jest jak woda”, albo jego opowieść „Najpiękniejszy topielec świata”. Wielkie bajki bywają tak blisko siebie, że staruszek mógł nawet recytować „Austerlitza” W.G.Sebalda, kolosalnego łowcy duchów – garść zdań z początku, malujących historię zatopionej osady Llanwddyn, a nade wszystko portret szewca Evana, który, trzymając w palcach czarny kir, nauczał, że inny świat jest bardzo blisko, dzieli nas od niego nie więcej niż taka jedwabna chusta, półprzezroczysta niczym tafla spokojnego morza.
Tak, mógł sobie staruszek wszystko to recytować na skraju płytkiej doliny, ale przecież nie tylko on. Rulfo zrobił wtedy kilkadziesiąt, jeśli nie ponad sto czarno-białych portretów świata, co niebawem miał utonąć. Umierające domy z bliska, martwota framug, murszejące drzwi, klamki w otulinie rdzy, tynki jak sita, wszystkie twarze, stare i młodziutkie, nawet dziecięce – wszystkie wciąż obecne, ale uwiecznione z tym niepokojącym wyrazem istot zapomnianych, który zjawił się u nich przed czasem, żeby nie rozkwitły złudzenia, pocieszenia, tanie nadzieje. Umierające kamienne dróżki, kaktusy, które zabije woda, doskonale obojętne suche trawy na niewielkich pagórkach, dedykowany Matce Boskiej krzyż w wykutej w ścianie kapliczce, samotny jak palec. I jeszcze młoda kobieta w białych szatach, trzymająca za kruchą rączkę bosą córeczkę. Uwiecznione od tyłu – idą w stronę dalekich wzgórz. Niebawem gdzieś tam będzie brzeg. Gdzieś tam ktoś złowi rybę.
Kilkadziesiąt, może nawet ponad sto takich czarno-białych portretów, autorstwa Rulfo, fotografii ocalających świat przepadły w wodach zapory Cerro de Oro. I świat przepadły w dalekiej przeszłości, na około 150 stronach hipnotycznej powieści Rulfo odzyskany w narracji zmarłych, gromadami bądź samotnie błąkających się po nietkniętych od wieków ulicach trupiego miasta Comala. Wyobraźnia podpowiada, że W.G.Sebald, koneser opustoszałych miejsc, połączyłby te zbiory, przenicowałby słowa obrazami, albo obrazy słowami, tworząc w ten sposób kolejny kolosalny tom. Powiedzmy – kronikę znikania zlepioną z dziennikiem pokładowym łodzi podwodnej, nawet z dziennikiem samego Nemo. Przecież, jako że Eco nie myli się, staruszek z fotografii Rulfo mógł sobie równie dobrze szeptać strzępy oceanicznej powieści Juliusza Verne’a.
8 marca 2026 r.

Przeczytaj również:
19 kwietnia, 2026
Szczęśliwe czytanie
Nie wiem, jakie to były płótna, ale Beckett, przyglądając się im, naraz pojął,…
12 kwietnia, 2026
Za siedmioma
Stuk-stuk, stuk-stuk. Cięcie. Zgrzyt zawiasów drzwi gabinetu, a wcześniej na…
5 kwietnia, 2026
Łuskanie słów
Gdy wczoraj po 19.00 siadłem za biurkiem, aby stary rozległy monolog czytać…
