Dieter Dengler, pan całkowicie zrównoważony, staje przed drzwiami swego domu w hrabstwie Marin na północ od San Francisco i otwiera je. Przekręca klucz, naciska klamkę i uchyla skrzydło tak, by swobodnie wejść. Ale nie rusza do środka, tylko na powrót zamyka drzwi. I nie odchodzi. Stoi jak stał. Po chwili znów otwiera, lecz jedynie w tym celu, aby, wciąż nie wchodząc, kolejny raz zamknąć i jak poprzednio nie odejść, jeno stać. A dalej, co wyobrażam sobie, przez długie minuty to samo się dzieje. Otwieranie i zamykanie drzwi, aby je zamykać i otwierać, nie ruszając się z miejsca.
Wyobrażam sobie również, jak lekki czuje się pan Dengler jako stojący w kojącym blasku słońca celebrant rytuału naprzemiennego pogrubiania i odchudzania pionowej szczeliny mroku, co z metalicznym piskiem zawiasów zjawia się między framugą a krawędzią skrzydła. Myślę nawet, iż uśmiecha się pan Dengler, tak. Wie bowiem dobrze, iż naciskanie i puszczanie klamki zależy jedynie od niego, więc tylko w jego mocy, w mocy jego zachcianek pozostaje zatrzymać rytuał, choćby natychmiast, i wejść do domu, lub przedłużyć jąkający się gest do jutra lub do środy. Wszystko to wyobrażam sobie, gdyż nie widziałem dokumentu Wernera Herzoga „Mały Dieter chciałby latać”, który właśnie od tej sceny się zaczyna. Nie obejrzałem filmu, lecz poznałem akapity, które mu Herzog poświęcił w eseju „Przyszłość prawdy” (Wydawnictwo Obroty, Warszawa 2026, przekład Ewa Mikulska-Frindo). Mało, ale póki co wystarczy.
Herzoga opowieść w kremowych miękkich okładkach – wszystkiego 117 stron skromnego formatu, podzielonych na 11 drobnych rozdziałów – to w ogóle niewiele jest, lecz wystarczy. Bardzo wystarczy do myślenia, do pójścia dalej przez furtkę zdania, akapitu lub małej metafory. Temat eseju? Prawda? To także, lecz w słowach twórcy „Fitzcarralda” jest znacznie ciekawiej. Jest tam gra z prawdą, ściślej – gra w prawdę, a najściślej – gra w kucanego berka, czyli w umykanie prawdzie. Nade wszystko jednak są podobizny chwil, kiedy różni magicy czynią z prawdy prawdę prawdziwszą niż prawda goła, wprost z życia wzięta na surowo. Są chwile właśnie takiej gry, jaką magicy prowadzą, wspierając się kłamstwem, maskami, przebieranką, inscenizacjami, prestidigitatorstwem iluzji, udawaniem Greka, wszelkimi formami sztuczności, zmyśleniami, mgłą snów, tworami wyobraźni, teatrem, filmem i wysysaną z palca bajką, w której prawda to nie tylko zając, drzewo oraz strumień, ale gadający po ludzku zając, swobodnie biegające drzewo i strumień płynący pod górę.
Nie wiem, nie liczyłem, lecz w kremowym tomiku Herzog dotknął 50, może 80 przejawów owej starej jak świat rozgrywki niemożliwej do skończenia, toczonej w wielu czasach i wielu dziedzinach. Od Ramzesa II, po Jeana-Bedela Bokassę; od Donacji Konstantyna, po Wioski Potiomkinowskie, i dalej, i wciąż – od Sasa, do lasa. Niekończąca się rozgrywka albo po prostu – nieustający Proteusz. Ten pasterz fok Posejdona, zarazem przepowiadacz przyszłości, kiedy tylko wyczuwał bliskość ludzi łaknących prawdy o losie – przemieniał się w cokolwiek, w głaz, pochyłe drzewo lub strumień bulgoczący. On, genialny aktor – momentalnie kreował groteskową rolę.
Oszukiwał, umykał pod egidę sztuki teatru, na scenę, w sztuczne światło. Przypuszczam, iż chował się w iluzji, fikcji zupełnej, aby nie musieć głosić gołej prawdy. Lecz we własnej grze skrywał się raczej nie tylko dlatego, by nie zasmucać szukających pociechy, nie ranić ich ani nie przerażać. Nie głosił prawdy gołej, przez Herzoga zwanej prawdą księgowych, nie głosił jej, gdyż wyczuwał, że jest to prawda płaska, dotknięta oczywistością, nie cała i nie aż tak istotna, by na klęczkach klepać ją niczym zdrowaśkę. Po prostu – kierując się jakimś niepojętym mitologicznym zmysłem, Proteusz znał już piękną oczywistość z kremowego eseju, podążającą za wieloma prestidigitatorami, choćby za Szekspirem, Nabokovem a zwłaszcza Proustem, który uczył: „Styl to sposób, w jaki myśl pisarza przeobraża rzeczywistość”. Tak, najstarszy aktor świata znał Herzoga przekonanie, że tylko poprzez stylizację, branie rzeczywistości w nawias iluzji, odziewanie realności szatkami finezyjnej sztuczności, nicowanie świata metaforą, poezją, nieprawdopodobieństwami bajek – można dotknąć głębszą, najgłębszą warstwę prawdy, poziom, „który wykracza daleko poza mordęgę przekazywania samych informacji i pozwala dostrzec odległe echo czegoś, co może nas wewnętrznie oświecić”. Miron Białoszewski – ente w historii sztuki wcielenie Proteusza – ujął to lżej. Na stronie „Szumów, zlepów, ciągów” wzdychał, aby tego, co z realności wypisuje, przepisuje, ludzie nie brali zbyt poważnie. Przekonywał, że w przejściu ze świata na kartkę wiele się przecież wędrującemu przydarzyć może, wiele się zmienia, przeistacza, choćby nazwy lub metryki. I wreszcie zapytał: „A to jak wtedy z tą prawdziwością?”. Odpowiedź jest krucha i nie do obalenia. Należy otóż wciąż brać przykład z mądrej hrabianki, która swój rodowy szmaragd zwykła podbijać zieloną bibułką, aby odwiedzającym jej salon gościom wydawał się prawdziwszy.
Prawda losu Dietera Denglera jest tak bezlitośnie czarna, że zdaje się wykluczać jakąkolwiek ingerencję, grę, inscenizację. Nieogarniona bieda dzieciństwa Dietera w latach ostatniej wojny; jedzenie tapet, zdzieranych przez matkę ze ścian i gotowanych dla rozmiękczenia odżywczych właściwości skamieniałego kleju; ziszczone w Stanach Zjednoczonych marzenie o byciu pilotem, a chwilę potem – Wietnam i już w czterdziestej minucie pierwszego lotu nieszczęście. Zestrzelony nad granicą z Laosem – trafia do niewoli. Jest jedynym amerykańskim jeńcem Pathet Lao i Vietcongu. Niewyobrażalne były potworności tamtych dni i nieopisany ból udanej ucieczki. Dengler, zmieniony przez oprawców w swoje pośmiertne widmo, skutecznie przepada w dżungli. Wolność! Tak. Wolność coraz spokojniejsza i któregoś dnia, zapewne niejednego, malowanie słowami przed mikrofonem portretu własnego życia, o którego prawdziwej czerni i najprawdziwszych nieprawdopodobieństwach Werner Herzog zapragnął nakręcić film, dokumentalny film.
Prolog mógł być zupełnie inny. Jednak pewnego popołudnia Herzog dostrzegł w domu Denglera kilkanaście olejnych obrazów, z których każdy przedstawiał półotwarte drzwi. Zabawne, ale gospodarz nigdy nie dostrzegł niepokojącej ciągłości malowideł, które nabył tyleż dla nich samych, co z litości dla przymierającego głodem malarza bez talentu. Kilka dni przed odkryciem przez Herzoga portretów otwartych drzwi, Dengler wiele mówił o niewoli i wolności.
O byciu w niewoli zupy z tapet, o byciu w niewoli tęsknoty za śmiercionośnym lataniem, o byciu w niewoli rozkazów wroga, o byciu w niewoli bólu, bezsenności, dżungli, malarii, monsunowych potopów, bydlęcej chęci przeżycia za dowolną cenę, wreszcie o byciu w niewoli tęsknoty za wolnością, w której oto teraz, na końcu, kwestią dla niego fundamentalną jest kwestia tak dotkliwie banalna jak zjadanie starych tapet na początku: samodzielne otwieranie i zamykanie drzwi. W prologu dokumentalnego filmu „Mały Dieter chciałby latać” duży Dieter więc uporczywie, bez końca otwiera i zamyka drzwi, wpierw drzwi swego samochodu, a potem swego domu w hrabstwie Marin na północ od San Francisco.
To wspaniała scena. Rzecz tylko w tym, iż skłamana. Nigdy tak nie było. Wymysł Herzoga pewnie smuci purystów cudzych biografii, to nieuchronne. Z drugiej strony jednak – bez kłamliwej metafory prologu, bez identycznie kłamliwych metafor innych scen, prawda losu Dietera Denglera byłaby jedynie jałową prawdą księgowych.
31 maja 2026 r.

Przeczytaj również:
7 czerwca, 2026
Kawusia, dziurka, ziewnięcie
Nie zostało nic do dodania. Teraz już tylko kawusia, pączek, balkon, dziurka,…
24 maja, 2026
Ostatnia taśma Marianne Faithfull
Żegluje kamera, faluje, podpływa pod ślady przeszłości, pod nosy tych, co bają…


