Przez 65 lat nikt nie wiedział, że 14 lutego 1961 roku Zofia i Zenon zamordowali Dżeka w Taorminie, w pokoju hotelu Metropol. Trochę wcześniej podobnie nikt – poza najbliższymi, którzy i tak chyba nie dawali wiary – nie przypuszczał, że od 20, 30 lat książę Giuseppe Tomasi di Lampedusa układał w Palermo, 260 kilometrów od Taorminy, powieść „Gepard”, rzecz o kruszejącym świecie, gdzie nieuchronnie zmienia się wszystko, lecz istotnie – nic. Najzwyczajniej pod słońcem – to, co rzeczywiście ważne, pozostaje nietknięte, aby mogło się powtarzać.
Chwilę przed śmiercią książę Salina, główna ludzka postać „Geparda”, pośród mglistych w głowie obrazów łowi widma ubóstwianych psów. Grubego mopsa Fufiego; Toma, pudla ufnego i przyjaznego, ale bez litości dla figur mętnych; Svelta o pogodnych oczach, którego imieniem nazwie książę Salina jedną z odkrytych przez siebie maleńkich planet gdzieś między Marsem a Jowiszem; pointera Popa, co dotykał ludzi łapami delikatnie jak ufne dziecko. Wreszcie majaczy księciu krzepka figura Bendicò, doga jak zawsze zachwycającego zapalczywością, którego zjawienie się otwiera powieść i którego wypchana trocinami, przez mole zżarta powłoka o wiecznie otwartych oczach ze szkła, wylatując przez okno pałacu na śmietnik w kącie ogrodu – zamyka powieść. Jego kształt przybrał na chwilę dawną postać – powiada narrator, którym jest Lampedusa – można było zobaczyć tańczącego w powietrzu czworonoga z dużymi wąsami, którego podniesiona przednia prawa łapa zdawała się komuś wygrażać. Potem wszystko spoczęło w pokoju, obrócone w garstkę sinego prochu. Kurtyna. Koniec powieści. Koniec Lampedusy, który nie doczeka wydania swego dzieła w listopadzie roku 1958. Koniec świata. Dalej już nic. Nic prócz powrotu istoty. Powtórzy się i będzie się powtarzać wieczna sycylijska melancholia zamierania, pielęgnowanie niespiesznego odchodzenia, ów rytuał stary i tak zwyczajny, że nikogo nie przeraża chłopczyk z rumianym uśmiechem ssący landrynkę w kształcie tyciej czaszki o smaku pomarańczy, ani dziewczynka z warkoczykami, co na mszy świętej niebieściutki krzyżyk z dwóch karmelowych piszczeli chrupie cichuteńko w cieniu konfesjonału.
Hotelowy pokój śmierci Dżeka był ponoć dziwacznie archaiczny. Niby cela zakonnika lub istoty skazanej na wyrok ostateczny. Ciasny, nieprzytulny pokoik, kilka mebli bez właściwości, chyba z XIX wieku, małe okno z widokiem, który nie pokrzepił, choć mógł to być zarys Etny lub kamienna misa starożytnego teatru z wodami zatoki w tle. Ponura szarość nory, a na jej dnie – groteskowy blask. Biała balia? Nie. Monstrualny, godny perystaltycznych cierpień Polifema nocnik o złoconej krawędzi i z wijącymi się w porcelanowym blasku pod krawędzią anakondami czerwonych róż. Zofia i Zenon otruli Dżeka z dobrego serca. Ulitowali się nad staruszkiem, który, bez sensu człapiąc tam i sam, czasem popuszczał, plamiąc dywany w rodzinnym domu – ulitowali się, organizując dlań śmierć ponoć bezbolesną, łagodną niczym wolno przychodzący sen. Dżek umarł na stole. Dokładnie mówiąc – w leżącym na stole zeszycie zatytułowanym „Gniazdo łabędzi III”. Jeszcze ściślej – na kilku stronach, tuż po kartkach zapełnionych rękopisem opowiadania „Dzień listopadowy”, a przed szkicami esejów o Danii. Śmierć Dżeka jest słowem. Los sędziwego Dżeka, nicujący się z losem stygnącego narratora, to opowiadanie „Starość”, napisane przez Jarosława Iwaszkiewicza w rozświetlonym polifemicznym urynałem pokoiku hotelu Metropol w Taorminie o zmierzchu 14 lutego roku 1961.
W pożegnalnym, z końca maja 1957 roku, liście do przyjaciela, barona Enrica Merlo di Tagliavia, umierający na raka płuc Lampedusa wyznaje, iż wszystko w „Gepardzie” to prawda, lecz intonacją i stylem przeobrażona w coś trwalszego niż sama goła prawda. I jeszcze – że książę Salina, umierający w hotelu szarym i pretensjonalnym jak Metropol w Taorminie, jest figurą w istocie doskonale samotną, mimo wiernej żony u boku i mimo siedmiorga dzieci. Na końcu listu zaś notuje frazę fundamentalną. Zwróć też uwagę, że pies Bendicò to postać niezwykle ważna i niemal klucz do powieści. Dżek Iwaszkiewicza jest psem. Jest echem wielu rzeczywistych psów ukochanych, zamieszkujących z nim domostwo w Stawisku, widmem Tropika i Medorka – choć z racji chronologii Iwaszkiewicz mógł o tych powinowactwa nic jeszcze nie wiedzieć w roku 1961 – a nawet widmem bezimiennego żółtawego przybłędy, co ponoć żył z organizowania w parku Stawiska psich wesel kumplom z okolicy. Dżek jest psem, a Iwaszkiewicz – narratorem drobiazgu „Starość”. Sobą już nieporadnym, o blaknącej pamięci, jak mawia narrator – już na zawsze obróconym do środka, słuchającym tylko tego, co jest tam. Jest sobą – pożegnaniem, zagubionym w sieci rzeczy coraz mocniej obcych i twarzy odklejonych od imion. Wtedy w Taorminie miał Iwaszkiewicz lat 67. Niemało, lecz przecież jeszcze nie czas. Na zaledwie pięciu niepełnych stronach „Starości” gra na próbę rolę siebie w godzinach, które nie mogły były nie nadejść z końcem lat 70. ubiegłego wieku.
Iwaszkiewicz wielbił „Geparda”. Od pierwszej lektury, jeszcze po włosku, którego to języka nie znał doskonale. Więc – całą noc i cały kolejny dzień tkwił nad portretem końca świata. Musiał czytać każde pojedyncze słowo, bez mała każdą literę, a nie, jak bywa z językami znanymi na wylot, błyskawicznie odgadywał znaczenie jednym rzutem oka na zdanie całe. A później – częste powroty. Być może miał „Geparda” przy sobie tamtej zimy roku 1961 w hotelu Metropol? Tak myślę. Pamiętał o kruszejącym dominium Saliny, o dogu Bendicò i finałowym locie jego wypchanej trocinami skóry, locie niczym opadanie kurtyny. Pamiętał, gdy 14 lutego o poranku spacerował alejami Giardino Publico i słuchał synogarlic, śpiewających jak w jego dzieciństwie synogarlice u cioci Didkowskiej w Ilińcach. Pamiętał na uliczkach Taorminy po południu zgubiony w karnawałowym tłumie. I pamiętał, kiedy wrócił do hotelowego pokoju o zmierzchu, usiadł przy stole, otworzył zeszyt „Gniazdo łabędzi III” i jak gdyby za jednym zamachem (w podobnie bezlitosnym rytmie Franz Kafka ułożył sobie i światu, na siebie i na świat, opowiadanie „Wyrok”) – napisał „Starość”. Ile to mogło trwać? Dwie godziny? Pięć? Do świtu dnia następnego? Istotne, że gdy zamknął zeszyt – chyba już wtedy zapomniał. I nie pamiętał o „Starości” – do swego końca, tak jak nikt o jej istnieniu nie wiedział przez lat 65. Aż wreszcie Robert Papieski przypadkiem otworzył w archiwum Stawiska zeszyt „Gniazdo łabędzi III” i przeczytał ten prolog.
Mówią, że jestem głuchy, irytują się, że nie słyszę. Może rzeczywiście nie wszystko słyszę, ale to nie jest głuchota w ścisłym tego słowa znaczeniu. Po prostu nie uważam, co oni mówią, bo co mi mogą jeszcze powiedzieć? Nic. A ja się obróciłem już do środka. Słucham, co tam we mnie jest w środku, a to, o czym oni mówią, to naprawdę nie ma żadnego znaczenia.
A więc jednak w istocie rzeczy, to znaczy na planecie opowieści wartych czasu – nie upłynęło 65 lat? Ani 50, ani 20, ani 2, ani nawet jeden tydzień? Fabrizio Corbera, książę Saliny, nie mylił się, mówiąc, że wiele się zmieni, gdyż musi się zmienić, lecz sedno pozostanie niezmienne. Chwilę po pierwszej lekturze „Geparda” Iwaszkiewicz wyznał, bodaj w „Dzienniku”, że arcydzieło Lampedusy, pobrzękujące epilogiem „Wojny i pokoju” Lwa Tołstoja oraz Marcela Prousta „Czasem odnalezionym”, jak każda proza naprawdę wielka – jest o tym samym, bez względu na swój czas. Jest rzeczą o przemijaniu, o pustych krzesłach, oszukańczych grach pamięci i o tym, że nie ma dróg powrotu. Czy owa melancholijna intonacja zmierzchu nie jest intonacją wielu opowieści Iwaszkiewicza, przynajmniej tych najdotkliwszych?
Póki co stawiam znalezisko Papieskiego obok tego, co mam pod ręką. Obok „Panien z Wilka” (one także pisane były na Sycylii, w Syrakuzach), obok „Brzeziny”, obok wielkich drobiażdżków: „Snów”, „Ogrodów”, „Sérénité”, „Tataraku” i „Dnia listopadowego”. Zwłaszcza zaś obok „Opowiadania z psem” z roku 1978, w którym czarny Dudek rasy przedziwnej, będący pospołu dogiem Bendicò i czarnym pudlem z „Fausta” Goethego, prowadzi Iwaszkiewicza do domu tkwiącego nie wiadomo gdzie, lecz chyba nie na jawie. Jest rok 1978. Już ten.
20 września 2026 r.

Przeczytaj również:
13 września, 2026
Minuta bardzo różna
Szamaństwo, cięcie, publicystyka. Trans modlitw, cięcie, papier notatek z…
6 września, 2026
Podróż z Semiramidą
Oczywiście nie wiem, nikt nie wie, czy ja wiodłem Semiramidę, czy ona…
30 sierpnia, 2026
Gobelin kurdupli
Przy podniebnych jazgotach rżniętego pnia głos piłowanej książki jest wzorem…


