Przemysław Branny – zmarł. Kilka dni przed Nocą Poezji to się stało. Urocza stara sztuczka!, westchnął siwy teatroman z melancholijnym uśmiechem ulgi, bo przecież aktorzy, wieczór w wieczór, około dziesiątej, często odchodzą z tego świata w pełnym świetle i malowniczo – odchodzą i odchodzą, uporczywi Łazarze, lecz po chwili kłaniają się i oczko do widza puszczają w podzięce za oklaski podziwu dla ich śmierci sprzed kilku minut, zagranej tak wiarygodnie, iż nie sposób uwierzyć, że wstali bez pomocy Syna.

Ktoś inny, miłośnik wierszy, miał swoiste szczęście. Dzień przed Nocą Poezji „Listy urodzinowe” (PIW, Warszawa 2026), tom lirycznych opowieści Teda Hughesa, otworzył w ciemno i zobaczył strzęp jednego z 88 wspomnień, 88 słownych fotografii 88 dalekich chwil życia Hughesa z Sylvią Plath: W dniu twoich sześćdziesiątych urodzin, w blasku tortu,/ Ariel przysiadł na kostce twojej dłoni”. Tak, szczęśliwy to zbieg okoliczności, gdyż ostatnim widmem, które nawiedziło Brannego, albo któremu on użyczył siebie, był Gonzalo, wierny doradca króla Neapolu Alonza, w „Burzy” Williama Szekspira granej na deskach Teatru Bagatela. Zwiewny duch Ariel także jemu sypie w oczy migotliwym piaskiem snu, aby na wyspie leżącej wszędzie, gdyż na scenie, powtórzyła się przeszłość.

Lepiej nie zanurzać się teraz w detaliczną przepaść „Burzy”. Przeszłość i powtórzenie – tyle niech wystarczy. I jeszcze – pożegnanie. Oto żegna się mag Prospero z wyspą samotną, z frazami, które miały czarodziejską moc panowania nad duchami i stwarzania światów; żegna się z podwładnymi mu paziami nie z tego świata, Arielem i Kalibanem, wreszcie z samym sobą wszechwładnym, który potrafił budzić zmarłych w mogiłach i z grobów jednym słowem odwalać głazy. Lecz zanim na powrót stanie się bezradnym jak każdy – wraca. Reżyseruje ostatni, pożegnalny seans, spektakl pamięci, używając postaci, które mocą swych czarów sprowadził. Na scenie wyspy ożywia kawałek partytury już dokonanej, znieruchomiałej za czarnymi plecami czasu, jak Szekspir zwie przestrzeń, gdzie przebywa przeszłość. Z początkiem roku 1998 Ted Hughes wraca podobnie. Mówiąc dokładniej i bez naiwnych pocieszeń – próbuje wrócić.

On i Plath, dwoje poetów osobnych, ich niedługie wspólne życie, życio-pisanie, pisanio-życie, w latach pięćdziesiątych ubiegłego stulecia, w Anglii, w Ameryce, znów w Anglii, życie pospołu jasne i mroczne, zwieńczone ślubem w dniu 16 czerwca, czyli w dniu, kiedy wiele lat wcześniej Leopold Bloom obszedł Dublin w „Ulissesie” Jamesa Joyce’a, a po powrocie do domu wysunął szufladę kredensu i w gruzowisku porzuconych rupieci zobaczył bezładnego trupa swej przeszłości. Później to, co nieuchronne: odkręcone kurki kuchni gazowej, głowa trzydziestoletniej Plath wewnątrz piekarnika, na kuchennym stole rękopis pożegnalnego tomu „Ariel” z tytułowym wierszem, gdzie nazywa siebie rosą w samobójczym locie. 35 lat później, niewiele dni przed śmiercią, świadom bliskości końca, bo przecież nie sposób wierzyć w nieśmiertelność lub choćby tylko w długowieczność, mając w brzuchu rosnącą pajęczynę raka – wydaje Hughes „Listy urodzinowe”. Pożegnanie z nią. Pożegnanie z sobą. Wydaje pożegnalny spektakl, pisany na kanwie gruzów wypełniających własną jego szufladę Leopolda Blooma.

Resztki zatem, kawałki, rupiecie. Ocalałe w pamięci nitki faktów, okruchy gestów, rzeczy biedne, zużyte, może zmarnowane, i mrowie innych drobiazgów, strzępów. Masa marności, jak w pamiętliwym teatrze Tadeusza Kantora – marności najniższej rangi, co już do niczego się nie nadaje poza nieudolnym udawaniem starych widm na scenie wspominającej głowy. I dalekie krowy na pastwisku, którym ona deklamowała wiersze Chaucera, i jeszcze jakaś niebieska flanelowa garsonka, także różowa sukienka z wełny, stół, dywanik, żonkile i rondelek, i fragment katedry w Chartres, i nietoperze w karlsbadzkiej jaskini. W końcu – ona sama. Kawałki jej ciała. Kto będzie pamiętał o twoich palcach?/ O ich uskrzydlonym życiu? Frunęły,/ Podążając za błyskiem w twoim oku. I znów one, na innej ciemniejącej kliszy ze słów: Odciski palców/ Wewnątrz pustych rękawiczek, tych, tutaj,/ Z których znikły dłonie. I jej włosy długie, rozpuszczone, z grzywką a la Veronica Lake, jej włosy na gazetowym zdjęciu uwieczniającym stypendystów Fulbrighta, na którym wiele lat temu zobaczył ją pierwszy raz. No i Szekspir, Ariel. Ariel kilka razy, Ariel, który przyfrunął do Hughesa z „Burzy”, ale też z pożegnalnego tomu Plath, gdzie był imieniem konia, w którego samotnej elegancji Plath zobaczyła własną osobność. Zaś w opowiastce „Setebos” – cała „Burza”, portret próby inscenizacji ostatniej baśni Szekspira w dekoracjach i namiętnościach życia codziennego, z prawdziwymi istotami w rolach szekspirowskich widm. Rzecz jasna – Mirandę, córkę Prospera, mogła zagrać tylko ona. A on siebie wcale nie w roli owego maga obsadził. Był Fernandem, młodzieńcem opętanym Mirandą. A Gonzalem, wiernym doradcą króla Neapolu Alonza – kto? Hughes nic o tym nie mówi. On przemilcza nawet samą postać. Więc może by mu szepnąć, że…

Tak, wiele pięknej starej marności spoczywało w szufladzie przez lat 10, 20 i 30, jak gdyby dojrzewając, nabierając ostatecznych kształtów, barw, temperatur i smaków – aby po latach 35 pozwolić się ułożyć w 88 pulsujących obrazków, 88 drobnych seansów, gdzie mrowie artefaktów odgrywa pod piórem Hughesa na kartkach jego zeszytów 88 scen przeszłości, próbując ocalić, co było. I próbując zlepić czasy. Gdy w dniu sześćdziesiątych urodzin Plath Ariel przysiada na kostce dłoni jubilatki, po prawdzie – jest to niemożliwe, bo jubilatka nie żyje przecież od lat 30. Owszem. Ale jest wiersz Hughesa – więc Ariel przycupnął na bez ustanku ciepłej dłoni dawno temu zmarłej poetki. Sześćdziesiąt świeczek płonie na urodzinowym torcie. Jak skończymy śpiewać „Sto lat” – zdmuchnie je.

Ted Hughes ma rozpisaną na 88 impulsów nadzieję, że przed własnym końcem odzyska kawałek czasu dawno temu dokonanego. Przypomina w tym innego, nigdy naprawdę nieistniejącego, pisarza, ukłutego nagłą śmiercią żony. Vladimir Nabokov nadał mu imię Czorb i kiedy w trakcie miodowego miesiąca wydarzyło się najgorsze – kazał mu wracać do źródła. Od kabla wysokiego napięcia, który ukochana dotknęła nieopacznie, do pokoju obskurnego hotelu na godziny, gdzie spędzili pierwszą noc po ślubie, wymieniając jedynie muśnięcia i jeden pocałunek.

Więc wraca Czorb, wraca trasą znaczoną chwilami najintensywniejszego szczęścia. Na plaży – czarny kamień z białą pręgą. Domek kryty srebrzystymi łuskami. Mroczny świerk. Kładka nad białym potokiem. Szklista od mgły pajęczyna między drutami telegraficznymi. Coś jeszcze, i jeszcze coś. Usilnie pragnął Czorb odzyskać po drodze to, co zachowało w sobie ślad wykrzykników ukochanej. Przyszło mu do głowy, że jeśli zgromadzi drobiazgi, na które razem zwrócili uwagę, jeśli zrekonstruuje ten niedawno miniony czas, to jej obraz stanie się nieśmiertelny i zastąpi mu ją na zawsze. Udało się?

Nie ma odpowiedzi. Jest tylko finałowy obraz – echo początku. W marnym pokoju hotelu na godziny Czorb próbuje zasnąć na łóżku, odwrócony twarzą do ściany. Wzięta z ulicy dziewczyna, co ma dopełnić powtórzony obraz, patrzy przez okno na pustoszejące miasto. Bywają takie nikłe dźwięki, które straszniejsze są od kanonady, powiada Nabokov. Czorb słyszy podróż myszy z rogu do rogu. A po chwili jak o wiszącą na drucie żarówkę uderza ćma. Czyżby to ona? Znak od niej? Jej posłannik Ariel w postaci grudy skondensowanej ciszy, sypiący ze skrzydeł na szkło żarówki ciemny pył, jak w „Listach urodzinowych” Hughesa delikatność sypie na dłoń Plath, jak w „Burzy” Szekspira migotliwy piasek snu w oczy Gonzala, w oczy Brannego, w oczy tylu, tylu innych? A może jednak to tylko ćma?

18 października 2026 r.


Przeczytaj również: