Gdy dziewczę, jakich dziś wiele w parkach o zmierzchu, głoskę „a” śpiewem unosiło we wszystkie strony świata, zmieniając się w oszalałą szamanichę z epoki plemion czczących słońce – zamajaczył gdzieś z boku Zbigniew Herbert. Stał na krawędzi Wielkiego Kanionu w letni dzień roku 1968. Patrzył w dół. Zapewne było upalnie, może nawet aż tak jak kilka dni temu, kiedy w krakowskiej AST studenci IV roku grali dyplom, skomponowany przez Weronikę WERUSHĘ Kowalską wokalno-taneczny seans „Poganie”.

Obskakiwało „a” przestrzeń brawurowo, frunęło w sufit bądź spadało, kreśliło sinusoidy, miękkie trójkąty, elipsy drżące i wirujące koła, układając się w tajemne zaklęcie. Nucąc, zawodząc, wyjąc, skomląc lub kuląc się w szepcie, Weronika Stankiewicz tkała z głoski „a” i transowego tańca niepojęty szamański rytuał, bombastyczny seans błagania mroków świata o litość dla swej miłości – poeta zaś patrzył w czeluść starą ponad miarę chronometrów. Przyglądał się dnu kamiennej przepaści czasu przeszłego, i nie miał słów, by spotkać się z przepaścią, zlepić się z nią, otrzeć się o jej zbocza. Jeszcze nie miał. Ale słowa przyszły. Wpierw w paru listach, choćby tym z 15 lipca, do Czesława Miłosza. „Wielki Kanion – wielkie wrażenie, coś jak dziesięć milionów katedr”, wyznał. Obok fraz skreślonych do Galen Williams narysował siebie wpatrzonego w czeluść Kanionu i dukającego bezradnie: „O, nature, o!”. Później podaruje Galenie kamyk podniesiony z krawędzi, a ona położy go na biurku, wierząc, iż przynosi on uspokojenie, prostuje ścieżki, oddziela ziarna od plew. W końcu powstaje wiersz „Modlitwa Pana Cogito – podróżnika” z tą wewnątrz prośbą Herberta do Pana: „i żebyś miał w swej opiece Mamę ze Spoleto Spiridiona z Paxos dobrego studenta z Berlina który wybawił mnie z opresji a potem nieoczekiwanie spotkany w Arizonie wiózł mnie do Wielkiego Kanionu który jest jak sto tysięcy katedr zwróconych głową w dół”.

Dwa światy zatem: tajemnica kamiennej pustki w dole i tajemnica kościoła wskazującego kamiennym palcem wieży sekret pustki nad głową. Dwa światy, co nie mają szans się zetknąć – stykają się w gotyckiej metaforze, stykają się przez chwilę małą jak lektura metafory. Spotykają się odległe czasy, zlepiają się, ocierają wzajem. Jeszcze inaczej: przenikają się. Tak. I przez chwilę lektury trwa jakiś trzeci twór: Wielki Kanion uczłowieczony katedrami. Ale zarazem coś odwrotnego. Nasza codzienność, znikliwość, choćby w formie średniowiecznych świątyń z nami w środku, znikliwość zogromniała Kanionem ogromnego czasu, który nie płynie i zdaje się przechowywać jakieś nieustające, znieruchomiałe rytuały. „Poganie” Kowalskiej są seansem podobnego przenikania. Dokładniej mówiąc – chcieli być seansem podobnego przenikania.

Z jednej strony – świat, w którym słońce było bogiem, a mroczne moce czaiły się w rzeczy każdej. Świat z siwą, długą niby wieczność brodą, świat tysiąca bożków, zaklęć odtańcowywanych i łkanych w migotliwej żółci ognisk. Świat kolistego czasu pór roku i dnia niknącego w nocy niknącej w dniu niknącym w nocy… Świat rytuałów jąkających się z pokolenia na pokolenie, w którym, aby ów świat zaistniał na scenie, aktorzy – Weronika Stankiewicz, Zuzanna Piotrowska, Aleksandra Płatek, Filip Owczarek, Jan Wróbel – muszą stać się aktorami rytuału. I stali się. Przez godzinę i czterdzieści minut są młodzieńczymi szamanami, którzy pod egidą gigantycznego bębna, liry korbowej oraz innych dzwonków i glinianych bądź drewnianych piszczałek – zamaszystymi pląsami i geometrią frenetycznej melorecytacji próbują oswoić potworność kilku wciąż tych samych pytań, na które nie ma odpowiedzi, pytań o ból, lęk, samotność. O zimno, co nastaje, gdy patrzy się na opuszczone w szałasie miejsce.

To z jednej strony. A z drugiej – dzisiejszość. Młodzież z letnich parków, kawiarni, basenu. Trzy dziewczęta i dwa, rzekłby Witold Gombrowicz, chłopięta, a wszyscy grani przez studentów tych samych. Na chwilę porzucają czasy zamierzchłe i szamańskie rytuały, aby w kilku monologach opowiedzieć swą teraźniejszość. Co i raz wychodzą z ról starych, by wchodzić w role świeże. Młody ratownik medyczny na chłodno klepie sprawozdanie o krwi i trupach, synek kreśli obojętnymi słówkami portret toksycznej rodzinki, jednej dziewczynie pierwsza miłość fiaskiem się zakończyła, druga peroruje o pięknie samotności singielki, jeszcze ktoś o jeszcze czymś innym gada, i znów ktoś, o czymś… Szamaństwo-teraźniejszość-szamaństwo. Taki rytm rządzi, a raczej chce rządzić. Problem w tym, że owe przejścia nie są przejściami. Są cięciami. Prawie nic nie przeciska się ani z zamierzchłego czasu w teraźniejszy czas, ani z dziś do kiedyś.

Szamaństwo, cięcie, publicystyka. Trans modlitw, cięcie, papier notatek z żyćka. Nieruchomy czas wieczności, cięcie, zdyszane minutki współczesne. Powracające rytuały, cięcie, momentalne trupki newsów. Krótko mówiąc – tamten świat, cięcie, ten świat, i wszystkie furtki między nimi zatrzaśnięte, prawie wszystkie. Inaczej – tkwią w „Poganach” dwa osobne spektakle obok siebie albo jeden w drugim, spektakle nieprzenikające się. Każdy z nich sobie rzepkę skrobie. Nie zlepiają się w trzeci twór, co byłby teraźniejszością pogłębioną tajemnicami szamaństwa i zarazem pogaństwem rozjaśnionym dzisiejszą trywialnością naszych o nas prędko dzierganych opowiastek, niknących na pstryknięcie.

Wyrzuciłbym spektakl teraźniejszy. Choćby dlatego, że gesty, śpiew, mówienie i namiętności studentów są o wiele, wiele mocniejsze, dotkliwsze, wyraźniejsze w rytualnym dymie i wokół bębna, niż kiedy przychodzi im w jasnym świetle po cięciu klepać jakieś cywilne „zdrowaśki” współczesne. Odstawiłbym na bok nasze czasy, chyba że pani reżyser udałoby się we wszystkich monologach teraźniejszych uruchomić przenikanie czasów tak jak w monologu Stankiewicz.

Mogę się mylić, lecz kiedy niknie szamanicha, pozostałe po niej dziewczę skarży się na nieszczęśliwą miłość. I nie pamiętam, czy to przy słowie „zdradził” czy „kochać” szamanicha powraca raptownie, wyłuskuje samogłoskę „a” i zaczyna nią kreślić nad sceną bombastyczne esy-floresy pogańskiego zaklęcia. Dziewczę jednak nie poddaje się. Nie chcąc przemiany swego nieszczęścia w starodawny patos – dziewczę ściąga „a” na poziom swych ust i zaczyna rytualną górnolotność „a” przedrzeźniać jak kiedyś durną Kaśkę z III b. Po czym od nowa to samo – „a” w górę, „a” w dół, pod sufit, do ust, i jeszcze raz, i znów…

Tak oto przez minutę mocują się z sobą dwa czasy, dwa języki, dwa światy. Przenikają się wzajem. Igrając samogłoską „a”, dziewczyno-szamanicha albo szamanicho-dziewczyna tworzy jakiś trzeci światek emocjonalny, bardzo teatralny, gdyż niejednoznaczny. Niejednoznaczną minutę podobną tej, która pozwoliła Herbertowi ułożyć proste zdanie. „Panie, dziękuję Ci że stworzyłeś świat piękny i bardzo różny”.

13 września 2026 r.


Przeczytaj również: