Niewykluczone, że gdy dwa dni temu Maja Komorowska wyszła po 22.00 z Teatru Dramatycznego w Warszawie – tuż obok niej śmignęła z prędkością 200 km/godz. pusta hulajnoga o atomowym napędzie, na kołach trzech i pół, z których dwa były kwadratami, jedno trójkątem, ostatnie zaś, połowiczne – niedokończoną wstęgą Moebiusa. Na domiar nowoczesności – koła kwadratowe wirowały w kierunku odwrotnym niż samotne koło trójkątne, a nieudane nie obracało się w ogóle, za to śpiewało, popijając podwójne espresso.

Świat jednak zmienia się gwałtownie, rozwija się, atrakcyjnieje, nowocześnieje, mknie z prędkością nieludzką. Teatr podobnie, może nawet bardziej, zaczynając, powiedzmy, od karłowatych hond na tle dzbanów malin. Przecież jeszcze miesiąc temu hulajnogi, owszem, jeździły chodnikami, lecz jednak, jak Bóg przykazał, z ludźmi na pokładzie jeździły, i bez, że tak powiem, obrotowych niesnasek między kołami zwyczajnie okrągłymi oraz tradycyjnie dwoma, i dzięki normalnemu akumulatorowi osiągały znośną prędkość kłusu starego konia! Przecież jeszcze zeszłej jesieni miniaturowe drony nie latały nad recytowanym ze sceny świętym polskim trzynastozgłoskowcem, nie terkotały przy grzybobraniu, ani kiedy ojczyzna Litwa była jak najcenniejsze zdrowie, ani nawet gdy Wojski naonczas wyciągał swój instrument centkowany, giętki niczym wąż boa! A wcześniej, dużo wcześniej? Na przykład – równo 30 lat temu? Jak było z normalnością?

Wtedy, listopadową nocą roku 1995 – jak dwa dni temu – Maja Komorowska wychodziła o 22.00 z tego samego teatru i miała za plecami te same godziny iluzji, a raczej godziny tej samej, co dwa dni temu, iluzji, tyle że wtedy – miała je pierwszy raz. Pierwszy raz zagrała tamtej jesieni postać Winnie w wyreżyserowanych przez Antoniego Liberę na Małej Scenie „Szczęśliwych dniach” Samuela Becketta. I tak jak dwa dni temu – Willim był Adama Ferency. Czyli – przez 30 lat grania wciąż jest na scenie generalnie tak samo, zasadniczo niezmiennie, jak na początku, jak zawsze, jesienią bądź wiosną, przy wietrze południowym lub północnym. Słowem – jest niezmiennie w nieubłaganej zmienności świata. Rzecz jasna – „tak samo” nie znaczy „bliźniaczo”.

Niemożliwe są powtórki doskonałe, nie kruszejące trwania. Kiedyś zniknął Ferency, zastąpił go Krzysztof Kołbasiuk. Guzik, jak to one mają w zwyczaju, odpruł się od sukni Winnie i trzeba go było przyszyć nitką inną, może grubszą i jaśniejszą, może czarną i jak włos. Trzeba było zepsutą parasolkę zastąpić nową? Zapewne, w końcu parasolki, zwłaszcza plażowe, nie są żółwiami z Galapagos. Przypuszczam, że należało też kilka razy odświeżyć horyzont, pomalować ozdoby wiekowego kapelusza i zreperować trupi kopiec, w którym Winnie zżerana jest od stóp przez piasek czasu, wpierw do pasa, potem po grdykę, a trzeciego aktu już nie ma, bo życia nie starczyło. No i trzeba było trzy dekady godzić się z przemianami skór na twarzach i dłoniach aktorów, z powolnym ciemnieniem ich głosów, z sennością gęstniejącą pod coraz niżej unoszącymi się powiekami, z plecami coraz mocniej w pałąk i z coraz płytszym oddechem. Przez lat 30 więc, za każdym razem, kiedy w Teatrze Dramatycznym grano „Szczęśliwe dni” – nie były to seanse idealnie bliźniacze. Były to godziny powrotów istoty rzeczy, pestki, sedna.

Gdy przez lat 30 Komorowska wciąż tak samo, prawie tak samo otwierała seans powłóczystym westchnieniem Winnie: „I znowu cudowny dzień!” – ile razy w tym czasie długim przepoczwarzyły się hulajnogi kuriozalnie, poczynając od elementarnej, sędziwej formy z napędem nożnym? Ilu prezydentów panowało nad Wisłą, jak wiele rządów upadło lub powstało, na co zdobyła się inflacja tak w górze skali, jak i na dole? A Winnie, przesypująca się wolno na dno ziemskiej klepsydry, z wciąż jednaką czułością dobywała z torby pocieszenie – pocieszenie kilku przedmiotów, które z nią pozostały i trwać będą dłużej niż ona, pozwalając żywym pamiętać. Pocieszenie grzebienia, szczoteczki do zębów i tubki z resztki pasty do zębów, fiolki ze zwietrzałym lekiem, suchej szminki, wyślizganego jak sopel pilniczka do paznokci, czegoś jeszcze, także rewolweru trzymanego na wszelki wypadek, gdyby jednak naszła przemożna chęć zdążenia przed ostatnim ruchem piasku. Jak wiele niepoczytalnych awangard, także teatralnych, wybuchło i zgasło? Ile manifestów scenicznych, dziurawiących jakoby martwą tradycję, do żaru rozgrzało paziów Melpomeny? Jak wiele razy oraz ilu bezkompromisowych odnowicieli sztuki iluzji, w imię nowoczesności, współczesności i na fali totalnej odnowy – w jednego, kompletnego durnia zmieniło Sofoklesów, Molierów, Szekspirów, Brechtów, Czechowów, a także, bo czemóż by nie?, Becketta? A Komorowska jako Winnie, albo Winnie łudząco podobna do Komorowskiej, z wciąż tą samą intonacyjną nieomylnością recytując strzępy starych opowieści ze wszystkich minionych epok – od starej Grecji, po mglisty romantyzm – rozjaśniała swą samotność. Okruchy zdań z „Hamleta”, „Cymbelina”, „Wieczoru Trzech Króli”, także „Romea i Julii”, słowa Miltona, Fitzgeralda, Greya, Browninga, Keatsa, Yeatsa, Wolfe’a, Dantego, Hugo i Byrona – wszystkie te niedokładnie brzęczące okruchy ze swojej biednej pamięci dobywała niczym śmiertelnie znużone przedmioty z dna ciemnej torby, aby się pocieszyć. Aby przetrwać kolejny dzień szczęśliwy, bo pełen rzeczy wciąż wiernych i wciąż wiernych cudzych słów, kuśtykających z daleka. Aby dotrwać do kolejnego upiornego dzwonka na sen, na godziny w ciemności bez słów, bez rzeczy.

Od 30 lat, z przerwami, lecz jednak wciąż grane są, uporczywie się powtarzają „Szczęśliwe dni” Becketta, Libery i Komorowskiej. Prawie niezmienne, ot, stały punkt estetyczny – trwają sobie w środku teraźniejszego świata, który na stronicach powieści „Murphy” Beckett (za Williamem Jamesem) zwie „olbrzymim, pączkującym i brzęczącym zamieszaniem”, trwają na dnie kolosalnego zgiełku estetycznego, w centrum burdelu tak zwanej awangardy, a raczej awangardy awangardy, albo nawet awangardy awangardy awangardy. Chciałoby się rzec: ość. Doskonała, uparta ość w niepoczytalnie pyskującym gardle.

Nie, ona niczego nie zmieni. Głupi nie zmądrzeją, beztalencia sceniczne nie nabiorą talentu, ślepy nie zobaczy, głuchy nie usłyszy, stary gnojek nie wydorośleje. Hulajnogi nie będą coraz mniej paranoidalne, lecz odwrotnie – coraz intensywniej paranoidalne. Ość nie ocali, ale po prostu – dobrze wiedzieć, że jest, ciągle jest. Na podobieństwo tyciego teatrzyku na rue de la Huchette w Paryżu, gdzie od zawsze i od zawsze tak samo grane są stare opowieści Eugene’a Ionesco – „Lekcja” i „Łysa śpiewaczka”. Czy wciąż tak jest w Paryżu? Czy to już jedynie czas przeszły?

Na Małej Scenie Teatru Dramatycznego w Warszawie Komorowska i Ferency wciąż grywają Becketta arcydzieło o znikaniu. Jeszcze tak. Dobrze wiedzieć, że jeszcze trochę tak.

7 grudnia 2025 r.


Przeczytaj również: