Zobaczyłem wszystko, a więc teraz nie w tym rzecz, co widziałem, lecz – jak widziałem.
Antoni Czechow
Usiedli wygodnie i natychmiast zabrali się do łowienia ryb. Gdyby w roku 1951 nietoperz wylądował na ramieniu Andrzeja Wajdy czytającego w milczeniu to zdanie Antoniego Czechowa – ostatnie w akapicie otwierającym trzystronicowe opowiadanie „Zły chłopiec” – usłyszałby: Usiedli na ławce, gdyż lód był za kruchy do jazdy na łyżwach. Poza zamianą lata na zimę i jeszcze jednym przesunięciem, o którym później, w tej cichej lekturze studenta filmowej szkoły wszystko jest jak w oryginalnym głosie Czechowa, jedynie z niewielką domieszką tembru studenta.
Nietoperz słyszy więc zalęknioną pierwszą miłość Iwana Iwanowicza Łapkina, młodzieńca miłej powierzchowności, i Anny Siemionownej Zamblickiej, panienki z zadartym noskiem. Słyszy narastające między nimi oczekiwanie, by tutaj, daleko od cynicznych oczu dorosłego świata, za parawanem krzewów pierwszy raz zetknęły się ich wargi. I los jest litościwy! Oto wargi na wargach, wreszcie! I to tak mocno, iż kra zdaje się topnieć, śniegi spływać, a mróz mrzeć. Pęcznieje siódme niebo wokół ławki, lecz zza pnia nagle dźga szczęśliwych rechot karłowatego szantażysty. To gimnazjalista Kola, brat Anny Semionownej. Widział zakazany pocałunek i od teraz, dzień za dniem, będzie od Iwana Iwanowicza żądał rubla za milczenie o grzechu na ławce za krzakami… Wszystko to i resztę romansu słyszy kucający na ramieniu czytającego Wajdy nietoperz. Słyszy, gdyż ma uszy zdolne słyszeć niesłyszalne.
W trzecim tysiącleciu przed Chrystusem – oznajmił ongiś amerykański psycholog Julian Jaynes – czytanie mogło polegać na słyszeniu zapisu klinowego, czyli doznawaniu halucynacji mowy przy patrzeniu na obrazujące ją symbole, a nie na wzrokowym odczytywaniu sylab w naszym dzisiejszym pojęciu. Lecz i dziś, gdy samemu sobie czytasz po cichu – wcale nie jest rzeczywiście cicho. Nie tylko realni uczeni to mówią. Nieuleczalnie chory na księgi bibliofil Agustin Delgado – literackie widmo, jedna z cudownych figur powieści Carlosa Marii Domingueza „Domu z papieru” – odkrywa przed narratorem istnienie sonat skrytych w niemej lekturze. Może pan wie, że kiedy czytamy po cichu, emitujemy dźwięk liter na nieuchwytnej częstotliwości. Ale nie przestajemy wydawać dźwięku. Głos jest tam, cichy, zawsze obecny. Wykonuje linijkę jak instrument partyturę i mogę pana zapewnić, że jest to równie istotne jak zmysł wzroku. Tworzy to jakiś ton, jakąś melodię, która płynie poprzez słowa i frazy. Tak, niesłyszalny głos czytającego, głos każdą linijkę tekstu interpretujący niczym pianista fugę Bacha – szemrzącą, falującą błoną powleka znieruchomiałe w powieści nuty liter na wieki wieków ułożonych we frazy o budowie nie do ruszenia. Na przykład – głos młodego Wajdy, 75 lat temu w łódzkiej szkole filmowej czytającego gdzieś w kącie drobiazg Czechowa. Niewiele dni później, gdy etiuda szkolna była gotowa – nietoperz, prócz delfinów król polowań na ultradźwięki, mógł odlecieć. Co usłyszał – widać do dziś. I póki trwa Rok Wajdy – w Ninatece można to obejrzeć. Można patrzeć na „Złego chłopca” Wajdy, równolegle czytając drobiazg Czechowa, albo czytać drobiazg, podglądając debiut Wajdy – ów sześciominutowy początek bardzo długiej serii jego nie cichych lektur cichych.
Tyle filmów! A wcześniej, jak rzekłby Agustin Delgado, przed każdym z nich – głos Wajdy wykonujący linijki druku niczym fortepian sonatę. Ten głos i Fredro albo Mickiewicz, albo Przybyszewska, albo Żeromski i oczywiście Iwaszkiewicz, i Dostojewski, i Andrzejewski, i Reymont, i Czeszko, i Bułhakow, i Brandys, także Borowski, Wyspiański i Żukrowski, chyba ktoś jeszcze. Tyle opowieści pokrytych falującą, niesłyszalnie szemrzącą błoną głosu, która finezyjnie lub z wielką gwałtownością i rozmachem czyni w literackich oryginałach przesunięcia odcieni, zapachów, smaków i sensów, później ucieleśniane na filmowej taśmie. U źródła, w studenckim „Złym chłopcu” Wajdy, lato wsuwa się w zimę, wędki ustępują łyżwom, a upiorny gnojek Kola podgląda cenny dlań pocałunek nie znad powierzchni rozgrzanej rzeki tylko zza zlodowaciałego pnia. Lecz naprawdę istotne jest inne przesunięcie.
Narrator – u Czechowa bezimienny, przezroczysty i mówiący spoza przedstawianego świata – zjawia się oto cieleśnie w jego wnętrzu. Trochę tak, jak wiele lat później Jarosław Iwaszkiewicz w filmowej „Brzezinie” i w filmowych „Pannach z Wilka”. Dzięki niesłyszalnemu głosowi Wajdy narrator „Złego chłopca” przyjął imię i ciało Iwana Iwanowicza Łapkina i, już dojrzały, pisze list do przyjaciela, ciemny list-wspomnienie dalekiego czasu młodzieńczej miłości, list-spowiedź człeka rozczarowanego małżeństwem z Anną Siemionowną Zamblicką, kobietą o nosku kiedyś uroczo zadartym, spowiedź człeka już niepotrafiącego pojąć szczęścia czasu pierwszego pocałunku na ławce przy tafli lodu zbyt kruchego dla łyżew. To wspomnienie, zarazem filmik Wajdy, poetyka wspomnienia – nie zostawia złudzeń.
Na ekranie – sześciominutowa terkocząca groteska starego niemego filmu. Slapstickowy patos gestów, min i spojrzeń, kroków i gonitw, uniesień i smutków. Miłość, pocałunek, oświadczyny – po latach wszystko to we wspomnieniu Iwana Iwanowicza obrócone jest w czarno-białą prowincjonalną operetkę, kolebiącą się w odpustowym rytmie serwowanym zza kulis przez głuchawego tapera. Lecz w całej tej żałości tkwi jeden moment diabelnie żywy, wręcz wybuch emocji. Nie wiem teraz, właściwie komu, Czechowowi czy Wajdzie, go przypisać. Wyczuwam jedynie jego zimną, nieusuwalną ironię.
Oto w chwili przyjęcia przez matkę Anny Siemionownej prośby Iwana Iwanowicza o rękę córki – kończą się dla Koli żniwa szantażowania wyjawieniem światu zakazanego pocałunku. Zakochani dopadają go w kącie i szlochając we frenetycznym uniesieniu – chwytają za uszy, ona za prawe, on za lewe. Wreszcie jest dobrze! I, jak się okaże – będzie dobrze! Potem oboje powtarzali nieraz – wyznaje narrator Czechowa w ostatniej frazie opowiastki – że przez cały czas swego narzeczeństwa nie doznali nigdy takiego szczęścia, takiego ogromu upojenia, jak w owej chwili, gdy targali za uszy złego chłopca.
Czy może być miłosne szczęście lepszego gatunku niż to, po którym we wspomnieniu zakochanych na długie lata zostaje jako żywa jedynie chwila mściwego torturowania upiornego gnojka gdzieś w ciemnym kącie? Owszem, może. O ile udałoby się narzeczonym urwać gnojkowi przynajmniej jedno ucho. Czy to od strony narzeczonej, czy to od strony narzeczonego – to już zupełnie obojętne.
9 sierpnia 2026 r.
