HENRYK: Kiedy wreszcie to wszystko się skończy?
PIJAK: Zaraz.
HENRYK: Co tam jest za oknami?
PIJAK: Tam są rozległe pola.
Witold Gombrowicz „Ślub”
W połowie małej skargi na samotność wypadły Jerzemu Treli słowa z rąk. Jemu?! Bunt języka przeciwko jego doskonałej władzy nad językiem?! Nie do wiary! Tak. Lecz nie sposób było nie wierzyć oczom ni uszom. Więc co? Szło może o sceniczny żart reżysera? Też nie. To tylko znów zadziałał odwieczny przepis ludzkości na rozbitą szklankę: znużenie starych palców plus ziemskie ciążenie. „Droga Pani Schubert, kiedy moje życie odpoczywa, odwieszam ocean. Rezygnuję z czujności słów, które mnie strzegą. Nie odzywam się do ucha. Ani do nikogo. Nie popiera mnie czas”. Tyle z małej skargi zdołał Trela przeczytać na głos w Piwnicy Pod Baranami październikową nocą roku 2021. Po wybrzmieniu „czasu”, w ciszy makowej – szelest spadających na scenę kartek z jego ostatnią, pożegnalną rolą sędziwego widma, co drobne listy śle do zmęczonej jak on poetki, plama bezradnego niedowierzania na jego twarzy niby kamień, w końcu jego smutne ręce, bezwładne, opadające powoli. Jak gdyby wystrugane z drewna, chude i niepokojąco długie? Niczym u marionetki, czekającej aż bóg-lalkarz się zlituje i pociągając za sznurki, pomoże zebrać i na nowo ułożyć kartki pogmatwane pod krzesłem? Podobne, bardzo podobne ręce miał Trela 30 lat wcześniej, gdy w Starym Teatrze był innym widmem innego snu. Bardzo podobne, ale o wiele żywsze.
Ojcem wtedy był w reżyserowanym przez Jerzego Jarockiego „Ślubie” Witolda Gombrowicza. Henryk, syn, wskrzeszał Ojca, do widmowego życia powoływał, w swym sennym seansie pamięci przywoływał go z dalekiej przeszłości. Henryk nie operował sznurkami, posiadał zamiast nich słowa, zdania, nawet wiersze całe. Wystarczyło, że na dnie pustej sceny zawołał „Hola!” – a Ojciec zjawiał się daleko w tyle, na krawędzi światła i ciemności, jakby go dwie banalne sylaby synowskiego zawołania lepiły z mroku i lekko w przód popychając, cicho nakłaniały: „Idź, istniej raz jeszcze, przez godzinę, dwie, istniej jak kiedyś przez życie całe!” I stwór dwóch sylab jest im powolny. Rusza oto. Taki, jakim go chciały mieć reżyserujące słowa Gombrowicza: stary, sztywny, sklerotyczny i podejrzliwy Ojciec rusza na służbę w cudzym śnie. Jak każdy aktor od zawsze. Jak Jerzy Trela, co był na służbie w snach Szekspira, Wyspiańskiego, Mickiewicza, Iredyńskiego, innych jeszcze. Rusza zatem Ojciec, rusza Trela, i wędruje z marionetkową niezgrabnością, niby po sznurku wiedziony zdaniami Henryka i wielu innych widm rozległego snu, a nade wszystko – słowami recytowanymi przez niego samego. Idzie, błąka się, kręgi na scenie zatacza. Kuśtyk, kuśtyk, kuśtyk… Noga za nogą, za nogą… Sylaba po sylabie, i dalej po sylabie… Tak staje się Ojciec aktorem karkołomnego seansu pamięci Henryka, który przeszłość klecić zaczyna od powtórnego meblowania w wyobraźni starej izby kuchennej, od inscenizowania odległego zmierzchu, kiedy szansa na szczęście miłosne jeszcze się tliła. „Czy widzisz krzesło to? Tu z nią siedziałem/ W pamiętny wieczór ten! Tu matka,/ Tu ojciec siedział mój! Tak właśnie/ Jak teraz siedzę. Czy pamiętacie?/ Pamiętny wieczór ten, ostatni/ Nasz wspólny wieczór?” I Ojciec siada na krześle, na którym klapnął wtedy. Wszyscy są na swych starych miejscach, znów są tacy jak wtedy. Wyglądają przez tamto okno na rozległe pola, słuchają tamtego brzęczenia spasionej muchy nad stołem, tęsknią za kwaśnym mlikiem, tak właśnie – mlikiem, co wtedy było na kolację, i za pajdami z masłem, a Ojciec po raz drugi pięknie recytuje słowo „rękaw”, bo w trakcie tamtej kolacji rękawem o salaterkę zawadził. Nic nigdy się nie zmieni, nikt nigdy nie umrze – mawiał ongiś Vladimir Nabokov. Ładnie… Ale – nie. Jednak nie.
10 października roku 2021, w trakcie Krakowskiej Nocy Poezji, Trela i Anna Polony czytali na scenie Piwnicy Pod Baranami stworzony przez Ewę Lipską a przez Józefa Opalskiego wyreżyserowany niespieszny dialog „Droga pani Schubert…”, ponad przestrzenią i czasem snutą rozmowę dwojga znużonych widm. „Niepokój, jaki pani zapewne pamięta, narodził się w bibliotece pośród odurzonych zdań”, powiedział on. Na to ona: „Wszystko zależy od tego/ Jak długo będziemy zawsze”. On: „Droga pani Schubert, co zrobić z nadmiarem pamięci?” Ona: „Co jakiś czas wraca miłość… Co jakiś czas ta sama hotelowa restauracja./ Stół nakryty pościelą. Zbiegły z zaświatów/ oddech na twarzy kelnera… Co jakiś czas ktoś podobny do nas./ W tej samej hotelowej restauracji… Co jakiś czas…” A o godzinie 20.20, może 20.30, w połowie małej skargi znużonego widma na samotność, mgnienie po frazie „Nie popiera mnie czas” – pierwszy raz słowa wypadły Treli z rąk i nikomu nic już nie zostało do dodania. Bo cóż było mówić? Ot, znużenie starych palców i ciążenie ziemskie – tandem kolejny raz niezawodny. Treli pozostawało wtedy mniej więcej 7 miesięcy życia. Czas nie poparł go zanadto. Odszedł 4 lata temu, 15 maja. Słowa, które wypadły mu z rak 10 października roku 2021, wypadły po raz pierwszy i ostatni.
Ale jednak pozbierali wtedy kartki do kupy, Polony i reżyser, jeszcze się dało. Pozbierali, a nieporadne dłonie widma jeszcze potrafiły ułożyć je w prawidłowej kolejności. Niepowtarzalny, osobny, nie, nie osobny, a OSOBNY i do najdalszego krańca idący związek zgody pomiędzy Trelą a słowami cudzych snów na jawie – potrafił dokończyć swój ostatni, pożegnalny seans, swój kontredans, którego tajnych zasad dotąd nikt nie zdołał przejrzeć, odkryć, rozłożyć na czynniki pierwsze. On zatem, znużony staruszek, trochę złośliwie, o omszałych zauroczeniach młodości: „Droga pani Schubert, zdarza mi się, że widuję w lustrze Gretę Garbo. Jest coraz bardziej podobna do Sokratesa. Może przyczyną jest blizna na szkle”. Ona, dzielnie do świata, lecz czy odrobinę też nie do niego, znużonego staruszka, ze szczyptą udawanej oschłości: „Poradzę sobie bez ciebie./ W końcu niczego nie przyrzekałeś”… No i wreszcie oklaski.
Oklaski. Koniec oklasków. Ciepła Treli czapka, kurtka z kapturem, i do widzenia, i trzymajcie się, i zdrowia, Jerzy, zdrowia. Piwniczne schody, w górę, i jeszcze, jeszcze, powoli, powoli. Później – w lewo, przez sień, a dalej znów lewo i już prosto, przez Rynek Główny. Do żadnego teatru, żadnego filmu, żadnego radia. Już nie będzie sceny, kamery, mikrofonu. Po prostu więc – przed siebie, powoli, powoli, z lekko skulonymi ramionami, z niepokojąco długimi, jak gdyby bezwładnymi rękami wzdłuż ciała, z pękatą teczką pełną kartek zaczernionych słowami, zwisającą z prawego ramienia. Wiele, wiele słów. Także te. „Droga pani Schubert, bohater mojej powieści dźwiga kufer. W kufrze ma matkę, siostry, rodzinę, wojnę, śmierć. Nie jestem w stanie mu pomóc. Wlecze ten kufer przez dwieście pięćdziesiąt stron. Opada z sił. I kiedy wreszcie wychodzi z powieści, zostaje ze wszystkiego okradziony”. Ale jeszcze nie teraz, jeszcze trochę stron zostało.
Powoli zatem, powoli, od ulicznej lampy, do ulicznej lampy, w rytmie mozolnego przekładańca: światło, mrok, światło, mrok, światło, mrok – aż do rozpłynięcia się u wylotu Jagiellońskiej. Tak szedł po tym, jak pierwszy i ostatni raz wypadły mu w teatrze słowa z rąk. Tak wraca teraz, 15 maja.
17 maja 2026 r.
