Wprawdzie nie byliśmy umówieni, lecz gdy powitały mnie jego zamknięte oczy, poczułem, że jestem za wcześnie. Zanim się wycofałem, by w rozległej sieni poczekać na właściwy moment i wejść raz jeszcze – zamarły naprzeciwko mnie gospodarz, pan Leopold Gottlieb, sprawił wrażenie człowieka śpiącego na stojąco. Jak gdyby namalował go ktoś olejnymi farbami na płótnie, i to nie wczoraj, a wiek temu. Nie ruszał się w ogóle, wręcz doskonale.

Jego rozpięta prawie do pępka jasna, letnia koszula – istny płaski kamyk. Goły tors – płyta piaskowca nie do przesunięcia w inne rejony. Lekko uniesiona twarz w słońcu o godzinie wiecznie tej samej, wąs jak ciemny drut, wargi nicią niewidką zszyte na amen, nos godny nosów rzymskich rzeźb, twarde czoło bez kropli potu, bo ona musiałaby przecież spływać, a to niemożliwe, i każdy na głowie włos od niepamiętnych czasów w tym samym miejscu fali wyschłej już zupełnie. Wszystko to zamarłe. I zamarły pląs kolorów miękkich, ciepłych: beżu, zieleni i żółci. Wreszcie świat za plecami gospodarza, on także skamieniał: dalecy ludzie niczym czerwono-czarne tycie grudki, powietrze, pasma ciepła, a nawet majaczące na dnie widoku budowle z nieważkiej mgły, co przecież winny, na modłę saharyjskiej fatamorgany, pulsować nieustannie. Cisza.

Tak, cisza gospodarza śpiącego na stojąco wewnątrz świata, który wielkodusznie zamilkł, pozwalając gospodarzowi oglądać własne sny na powiekach. Nie, w żadnym razie nie wypadało mówić „dzień dobry” i wyciągać ręki na przywitanie. Nie uchodziło budzić pana Gottlieba. Lecz gdy drugi raz stanąłem w progu – było identycznie. Oczy znów zamknięte. Znów więc wycofałem się do sieni, by czekać na właściwą chwilę. I zapewne zdarzenie tak jąkałoby się i jąkało bez końca, więc do Muzeum Narodowego w Krakowie na wystawę „Młodopolska Grupa Pięciu. Zapomniani buntownicy” nie wszedłbym nigdy. Za trzecim razem jednak urocza, elokwentna gosposia, co witała gości przy drzwiach, rzekła: „Niech pan już się więcej nie wycofuje, niech pan się nie przejmuje i wchodzi śmiało, bo gospodarz zawsze taki, od zarania, czyli od roku 1907, kiedy sam siebie olejnymi farbami namalował jako śpiącego na stojąco, albo na stojąco, z zamkniętymi oczami zadumanego w letnim słońcu. Od ponad wieku nie da się olejnego pana Gottlieba zbudzić, można tylko wziąć z niego przykład i jak uczył Marcel Proust – sobie samemu się przyjrzeć, patrząc na ten autoportret powitalny, a dalej na liczną resztę dzieł wystawy, na inne obrazy tutaj śpiącego i obrazy pozostałych członków Grupy Pięciu: Witolda Wojtkiewicza, Wlastimila Hofmana, Mirosława Jakimowicza, Jana Rembowskiego. Bierz pan przykład ze śniącego na jawie od ponad wieku i ruszaj pan!” No to – ruszyłem.

Dziś nie wiem, czy to prawda, czy jedynie mój omam słuchowy, lecz gosposia chyba zdążyła jeszcze dorzucić coś o metaforze sklejonych powiek jako sednie estetycznego programu Grupy Pięciu. Że będąc w środku zgiełkliwego letniego dnia, będąc wewnątrz tłumu chóralnie intonującego obowiązkowy refren i zamknąć oczy – to wybrać samotność, odzyskać dla siebie pierwszą osobę liczby pojedynczej, znów być „Ja”. W każdym razie coś podobnego o Grupie Pięciu prawią znawcy. Z grubsza, z bardzo grubsza – bunt Pięciu był buntem przeciwko malarstwu secesyjnej dekoracyjności na pokaz, sztuce narodowego posłannictwa, obrazom służącym ludziom do adorowania stadnego, w grupach co najmniej dwudziestoosobowych, których członkowie potrafią wzdychać w jednym tonie oraz w tej samej sekundzie. Pięciu wybrało intymne spotkanie jednego „Ja” z drugim „Ja”. Czyli – w istocie nie musieli wybierać. Bo czymże jest od zarania sztuka, jeśli nie enklawą takich pojedynczych szeptów, a dokładnie mówiąc – jednego szeptu. Malarz, pisarz, reżyser – oni mogą już mieć zamknięte oczy, gdyż wszystko, co mieli do wyszeptania, tkwi w obrazie, frazach, spektaklu. Nic więcej do dodania. Teraz jest czas, aby szeptał sobie coś o sobie samym ten, który patrzy, czyta, ogląd i słucha. Przypomina się elokwentna gosposia i jej Proust, swemu bohaterowi Marcelowi pozwalający tak oto mówić o czytelnikach powieści, którą Marcel kiedyś napisze. „Nie będą oni moimi czytelnikami, ale czytelnikami samych siebie, bo moja książka będzie tylko rodzajem szkieł powiększających, jak soczewki, które podawał nabywcy optyk w Combray”. I dalej: „Dzięki mojej książce dostarczę czytelnikowi sposobu czytania w samym sobie”. Na dnie, może raczej pod skórą smakowitej, piętrowo i w wielu kierunkach smakowitej wystawy w krakowskim Muzeum Narodowym błąkają się te frazy. I faluje także ich argentyńska wersja, opowiadanie Julio Cortázara „Aksolotl”, które wróciło nagle, zabrzęczało w głowie, gdym kulił się pod naporem niepokojących widm, co patrzyły na mnie nieruchomo z wnętrza płótna Wojtkiewicza „Cyrk”.

Klaun grający na trąbce, dwie upiorne dziewczynki, ich matka o lodowatym obliczu emerytowanego kata, grubasy o umączonych twarzach, jeszcze kilkanaście bliźniaczych widm – cały ten trupi plankton gapił się na mnie oczami bez powiek, drobnymi niczym piasek. Gapił się całkiem tak, jak zza szyby akwarium w Jardin des Plantes w Buenos Aires hipnotyczne aksolotle na Cortázara. Zachodził tam dzień w dzień, a z czasem rano i wieczorem, i z każdą kolejną wizytą zostawał na dłużej. Coraz więcej czasu był we władaniu małych azteckich twarzy aksolotlów, ich piaskowo drobnych żółtych oczu bez powiek, ich spokojnej tajemnicy. Ale jednak to oczy aksolotlów wsysały najmocniej, najintensywniej „mówiły o istnieniu jakiegoś innego życia, innego sposobu patrzenia”. Przyklejał więc Cortázar twarz do szyby akwarium na coraz dłużej, „ażeby lepiej widzieć maleńkie złote punkciki, ów wylot na nieskończenie powolny, nieskończenie daleki świat różowych stworzeń”. Bał się aksolotlów coraz mocniej, ale i coraz mniej miał sił i odwagi, by odchodzić. Między nocami a dniami nie było już wielkich różnic. Dzień w dzień dwa razy dziennie chodził do aksolotlów na coraz dłużej, a nocami wyobrażał je sobie, albo je śnił. Tak czy siak – widział je w ciemności, nieruchome, wysuwające małą łapkę, która nagle natykała się na czyjąś inną. Czyją? No, czyja była ta druga łapka, czekająca w ciemności na dotyk?… Nie odwlekajmy nieuchronnej chwili Franza Kafki. Oto któregoś dnia, rankiem bądź wieczorem, nagle, lecz bez zaskoczenia, zamiast azteckiej twarzy aksolotla ujrzał Cortázar swoją twarz przylepioną do szkła, ale z zewnątrz akwarium, z drugiej strony szyby. Po czym jego twarz oddaliła się i wtedy – zrozumiał… Mógł już spozierać na samego siebie z wnętrza tajemnicy, której jakiś czas temu zaczął się przyglądać ze swojego, zwyczajnego świata. Czy kiedyś wrócił do zwykłości, do bycia jednym, ale innym o to, co zobaczył, przyglądając się sobie przez oczy aksolotla, albo poprzez obrazy Wojtkiewicza, Gottlieba, Hofmana, Jakimowicza lub Rembowskiego?

Oczywiście, że wrócił. Dowód? Opowiadanie „Aksolotl”, którego przecież aksolotl nie mógłby napisać. Wrócił Cortázar, a ja wiem, że gosposia miała rację. Gdy wychodziłem, gospodarz wciąż był skamieniały i miał oczy wciąż zamknięte. I tak już zostanie. Gdy przyjdę znowu, by jeszcze raz zobaczyć z bliska, co dalekie – dam gosposi w prezencie piękną, pouczającą Cortázara bajkę o przemianie Cortázara w Cortázara troszkę innego.

15 marca 2026 r.