Gdy mężczyzna ułożył na blacie kajet i ołówek, dwie dziewczyny przy sąsiednim stoliku poczuły ciepłą zazdrość. Na osnowie realnego widoku zaczęły inscenizować swe marzenia, dopowiadać prawdzie fikcję. Poza ich trojgiem w kawiarni rzymskiego dworca nie było nikogo. Pociąg – dopiero o północy. Dużo czasu na pisanie, na widmowy teatrzyk. Po chwili mężczyzna usłyszał szkliste śmiechy i jak jedna mruczy drugiej w ucho: „Będzie pisał list miłosny!”. Żadnych więc wątpliwości? Wahań? Żadnych. Do samotności podróżnego, do kajetu i ołówka dziewczyny dolepiły sny na jawie, swoje tęsknoty, rojenia – i stąd ich bezlitosna pewność, że tu chodzi o miłowanie niechybnie szczęśliwe. Niczym teatralni artyści zaczęły w ciszy wyobraźni stwarzać sobie kobietę, której zazdrościły. Błyskawicznie uszyły jej suknię, wybrały idealnie pasujące do kroju czółenka na płaskim obcasie, kolczyki z koniakowym szkiełkiem i łańcuszek jak srebrna kreska. Szyja pięknej zjawy zapachniała stygnącym ogniskiem, na powiekach osiadł zmierzch. A wargi? Niczym nietknięte – czekały. I dokładnie wtedy, gdy na urojonej scenie dziewczyn bohaterka ich zazdrości otwierała drzwi powracającemu z daleka mężczyźnie – tutaj, w dworcowej kawiarni, ów mężczyzna zaczynał pisać…

„Kochana! Jeszcze tylko dwa dni i…” Czy tak? Możliwe. Lecz równie dobrze mógł na wyjętej z kajetu pocztówce kreślić kilka słów do Józefa „Żuka” Opalskiego, które Wydawnictwo Austeria umieściło w tomie korespondencji „Żuka” i Gustawa Herlinga-Grudzińskiego „Zamieszkałbym w Krakowie…”. Tak, tamten mężczyzna nocą w kawiarni rzymskiego dworca – to był twórca „Cmentarza Południa” i wielu jeszcze narracyjnych seansów dopowiadania niepokojących iluzji surowym faktom, przedmiotom, żurnalistycznym notatkom, innym napotkanym kawałkom najprawdziwszej rzeczywistości. Awers rzeczonej pocztówki przedstawia dorożkę na Piazza del Plebiscito w Neapolu. Rewers to w jednym zdaniu dodanie tej dorożkarskiej zwyczajności – całkiem jak dodanie przez dwie dziewczyny pustej kartce mężczyzny ich dziewczęcego snu o miłości szczęśliwej – czarodziejstwa legendarnego wiersza Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, który to wiersz przecież nie był niczym innym jeno wzięciem banalnego krakowskiego pojazdu Jana Kaczary w cudzysłów intonacyjnej magii. A gdyby Herlingowi zamajaczyły w głowie dorożki z grafik Brunona Schulza? Wtedy ta neapolitańska ruszyłaby przez mitologiczny Drohobycz. Albo, dygocząc lekko, acz rytmicznie, sunęłaby ulicami Rouen – jeśliby tylko Herling przypomniał sobie wyśnioną przez Flauberta erotyczną jazdę Emmy Bovary i Leona Dupuis dorożką o taktownie zasłoniętych oknach. Najprawdopodobniej jednak mężczyzna notował to, co Herling zamieści niebawem w „Dzienniku pisanym nocą” – relację z nocnego czekania na pociąg, szept dwóch dziewcząt o miłosnym liście, w końcu te słowa o własnej niepewności: „Kto wie, może prócz ideału kroniki przetykanej niekiedy opowiadaniami w moim dzienniku sączy się też gdzieś głęboko na dnie strużka epistolarna…”

Kronika przetykana iluzjami… Owszem. Iluzjami wyrosłymi z suchawych, pokornych zapisów rzeczywistości (ot, szczypiorek z doniczki) po to, aby rzeczywistość sama stała się pełniejsza, prawdziwsza o dopowiedzianą jej fikcję. Sporo jest w tomach dziennika Herlinga owych Herlinga wybornych dopowiedzeń narracyjnych. Lecz jak wiele unosi się tam także widm opowiadań nienarodzonych? Przed końcem roku, co był Rokiem twórcy „Cmentarza Południa”, chcę zdążyć z powtórzeniem sedna, bo od stycznia – znów nieuchronne zapominanie… Chcę zdążyć, więc wyobrażam sobie, że tamtej nocy w dworcowej kawiarni, pod egidą oczu dwóch dziewczyn dopowiadających mu własne iluzje o miłości szczęśliwej, Herling notował te oto frazy, które do „Dziennika pisanego nocą” wejdą z datą 10 lutego, 1985.

„Powinienem był w przeszłości zapisywać tematy, które co pewien czas pobudzały moją wyobraźnię, nie wychodząc poza stadium embrionalne. Po latach taki rejestr „poronień” byłby dość pouczający, może nawet w niektórych wypadkach skłoniłby mnie do prób wskrzeszenia pomysłów pozornie umarłych /…/. Poprawię się teraz, z okazji świeżego „poronienia”. Za namową R. zainteresowałem się historią księcia Venosy. Wiem już dziś, że nic z tego nie będzie, że znowu nie potrafię wyjść poza pomiary i opukiwanie tematu”.

I pogodzony z fiaskiem, z kolejną swą niemocą otulenia realności przejrzystym dymem prozy – w kilku akapitach mierzy istnienie Carla Gesualda, genialnego twórcy madrygałów w wieku XVI i zarazem lodowatego mordercy, który żonę swą, najpiękniejszą kobietę Neapolu Marię d’Avalos oraz jej kochanka, doskonałego w męskości Fabrycego Carafa, księcia Andrii, wieloma cięciami rozpłatał nagich w jego łożu małżeńskim, po czym, wreszcie spokojny, wrócił do madrygałów. Tak, wreszcie spokojny, gdyż w istocie nie szło o hańbę mężczyzny zdradzonego, o ratowanie honoru, o bombastyczną samczość. Nie. Szło o to, że pospolitość zbyt długo ciągnącej się zdrady uwierała i zawstydzała ze wszech miar niepospolicie układane przezeń nuty. Szło o żałosne zlepianie się doraźnego banału jęczących obmacywanek z hipnotycznie nucącą w dziełach Gesualda nieskończonością. Mierzy Herling ów los jasno-ciemny, mierzy go, opukuje i na koniec marzy o księdze iluzji, jaką na kanwie owej prawdziwie nieszczęśliwej, a też prawdziwie szczęśliwej miłości mógłby stworzyć Stendhal, autor „Kronik włoskich”, niepowtarzalny portrecista miękkich labiryntów, snujących się na dnie głów kobiet specjalizujących się w milczeniu… 13 lutego roku 1985 marzy o pięknej, wtedy już niemożliwej opowieści Stendhala, i chyba nie wie, że od roku 1980 już istnieje piękna opowieść o losie Carla Gesualda i Marii d’Avalos. Istnieje nowela Julio Cortazara „Clone”.

Żadnych streszczeń! Trzeba „Clone” przeczytać z końcem roku, by zobaczyć, jak finezyjnie stare losy, oczywiście rzeczywiste, powtarzają się nie wprost w późniejszej fikcji, z każdym słowem nabierając głębi i życia – niczym słowa Tarquato Tasso, co w madrygałach Gesualda zyskały życie bodaj wieczne. Ale przeczytać warto też po to, by Herlinga-Grudzińskiego jakoś pocieszyć.

Nie, drogi Panie! Pana marzenie o miłosnej historii snutej na kanwie istnienia geniusza i piękności – jednak nie pozostało marzeniem poronionym. Ziściło się nim zdołał je pan sobie wymarzyć. Dziwne to? Nie. Zwyczajne. W Bibliotece pełnej tomów także widmowych – nie takie cuda zdarzają się od zarania. Wcześniej o czymś napisane opowieści pozdrawiają opowieści później nienapisane o tym samym. W dworcowej kawiarni dwie niewiasty patrzą na kawałek znużonego życia przy stoliku obok i, nie tykając ołówka, piszą w swych głowach cudną historię miłosną, której naprawdę nie napiszą nigdy i nigdy jej nie przeżyją. A na Piazza del Plebiscito w Neapolu lub w tomie listów Opalskiego i Herlinga, kochankowie z Rouen wsiadają do dorożki i każą się wieźć przez nieistniejący Drohobycz wprost na Rynek Główny w Krakowie. Kto wie, co będzie z nimi dalej? Kto ich dalej opowie? Ktoś musi. Przecież to nie koniec tej historii.

28 grudnia 2025 r.