Wysoko nad sceną, gdzie za chwilę przypłynie z naszego brzegu łódź pełna duchów, wisi magiczny zegar. Od dawna bezsilny. Niemy i goły. Bez tik-tak, bez wskazówek na mętniejącym cyferblacie, bez jutra i wczoraj, bez dziś. Zwłoki w kształcie ogromnego obola, o ile waluta ta była okrągła. Trup po prostu, nie do wskrzeszenia ofiara czasu – a proszę! Nad czasem panuje z maestrią cyrkowego artysty żonglującego wieloma pomidorami naraz! Nikomu nie narzuca żadnej godziny, lecz wskaże każdą, którą zechce mu zainsynuować wyobraźnia patrzącego bądź jego sen. Choćby daleką godzinę, gdyś pierwszy raz oglądał „Tam, gdzie rosną poziomki” Ingmara Bergmana, historię ostatniej próby powrotu Izaaka Borga do początków. Próba, co zaczęła się od zegara napotkanego przez 76-letniego Izaaka we śnie.
Śnił poranną wędrówkę przez miasto niepokojąco puste, śnił kondukt błądzący wymarłymi ulicami, śnił trumnę z sobą samym pod wiekiem, wreszcie, a może w prologu snu – zegar nad wejściem do zakładu naprawy zegarków, zegar bliźniaczo podobny do tego, który w wyreżyserowanej przez Adama Opatowicza śpiewogrze z przeszłością, spektaklu „Stacyjka Zdrój” uparcie wisi nad dużą sceną Teatru Bagatela. Izaak wyśnił sobie znaki przybyłe z tamtego brzegu, dlatego w trakcie długiej podróży – zbacza z drogi. Prowadzi zabytkową limuzynę w stronę morza, krętą, leśną drogą, aż do opustoszałego żółtego domostwa w brzezinie, gdzie dawno temu był chłopcem zakochanym w Sarze. Idzie na poziomkową polanę za domem, siada pod jabłonią i jak kiedyś, gdy milczał tutaj z Sarą – zrywa czerwone owoce. Przy którymś, roztartym na podniebieniu, magiczna kurtyna idzie w górę i pamięć Izaaka, przywołując widma z przeszłości, zaczyna inscenizować przed nim nostalgiczny spektakl. Sara wchodzi na polanę z wiklinowym koszykiem, jak wchodziła grubo ponad pół wieku temu. On sam, kilkunastoletni, jak wtedy wraca z ojcem znad morza. Okna żółtego domu są na oścież otwarte jak wtedy i jak wtedy słychać wewnątrz nerwową krzątaninę, gdyż pamięć Izaaka odgrywa przed stareńkim Izaakiem dawne urodziny wujka Arona. I choć Aron kłopotliwie przygłuchy jest, upiorne, wiecznie klepiące ozorkami Bliźniaczki, za sprawą wścibskości których nie uchowa się w żółtym domu żaden, zwłaszcza romansowy sekret rodzinny – z całą mocą gardeł śpiewają Aronowi jubileuszową pieśń. Co to jest? Magiczny zegar ze snu Izaaka, magiczny zegar nad sceną Teatru Bagatela – cyrkowo żonglują czasami, zawieszają fundamentalizm chronologii. Upiorne Bliźniaczki śpiewając coś pięknego, to pewne. Lecz może to nie są upiorne Bliźniaczki, a wyborni aktorzy Bagateli, obsadzeni w rolach duchów? I Izaak być może słyszy śpiewane przez nich arcydzieło Jeremiego Przybory i Jerzego Wasowskiego „Addio pomidory”? Albo jeszcze inne arcydzieło, którym Opatowicz zamyka swój seans – słyszy melancholijny song o złudnym powrocie, kończący się zgodą na nieuchronną stratę: „A potem cień i wszystko znika/ I już umyka Stacyjka Zdrój”?
Lecz zanim tak właśnie skończą spektakl, duchy stworzonych przez Wasowskiego i Przyborę figur powtórzą zapisane w piosenkach Wasowskiego i Przybory niegdysiejsze finezyjne przygody owych figur. Oczywiście – nie wygłupię się teraz żadnymi streszczeniami, wyjaśnieniami, analizami. Kto nie zna planety Kabaretu Starszych Panów, temu nic i nikt już nie pomoże, nawet ja. Powtórzę więc tylko oczywistość i ona niech wystarczy. Oto duchy wynajęły aktorskie figury Bagateli i przez trochę ponad dwie godziny powtórzyły w Bagateli stare przygody, które były przygodami niepowtarzalnie przez Przyborę ułożonych słów. Mówiąc prawdę całą – ułożonych nie przez Przyborę jedynie. Na afiszu widnieje informacja: „Libretto – Andrzej Poniedzielski”. Tak, ale i trochę więcej. Stylibretto? Coś takiego. Utkana przez Poniedzielskiego fabuła, na nitkę której nanizane są piosnki Wasowskiego i Przybory, to w najlepszym tego słowa znaczeniu – pastisz intonacji i migotliwości fraz Przybory, echo sposobu istnienia jego planety językowej. Podobna lekkość i elegancja, podobnie jasna ironia, ironijka raczej, w końcu – podobnie dyskretny uśmiech.
I lekko, elegancko, z jasną ironią w oczach i dyskretnie uśmiechnięte, przybywają duchy na scenę pod żonglującym godzinami, gołym i niemym zegarem. Równie dobrze mogłaby to być poziomkowa polana Izaaka Borga, albo piwnica Krzysztoforów, gdzie Tadeusz Kantor sklecił dla zmarłych szkolne ławki, żeby się im lepiej przypomniało ich dzieciństwo. W sumie – obojętne. Pamięć zawsze i wszędzie powtarza swoje odwieczne sztuczki inscenizacyjne. Tym razem więc duchy – na scenę Bagateli zawitały. Frenetyczna hrabina, kobieta gwałtownie zażywna, niewiasta skromniutka, prosty strażak, pulchny urzędnik z aktówką w garści, młodzieniaszek zadurzony w piękności zamarłej na krawędzi teatralnej loży, jeszcze inne zjawy, zwłaszcza niezawodny Kwartet imienia Czastuszkiewicza. A wita ich wszystkich – także nas, po tej stronie rampy – wita i do śpiewnego spędzania czasu wieczności nakłania, usłużny paź we wciśniętym głęboko na czoło meloniku, zapiętym pod szyję czarnym płaszczu i rękawiczkach barwy gołąbka pokoju, sługa zegara bez wskazówek, majordomus-dyrygent, który, dzięki grającemu ową zaświatową figurę Marcelowi Wiercichowskiemu, mógłby być Wiesławem Gołasem w numerze „Upiorny Twist”, albo czekającym na urodzinową piosnkę wujem Aronem, ba!, nawet pełnym godności nieboszczykiem, co go na końcu wiersza „W zakątku cmentarza” Bolesław Leśmian tak oto portretuje: „A opodal – mniej więcej naprzeciw rozstaju,/ We fraku bezrozumnie skąsanym przez szczura,/ Na czele kilku cieni żeńskiego rodzaju/ Nieboszczyk Madaleński – prowadzi mazura”.
Rzeczywiście, prowadzi duchy idealnie. Aż wierzyć się nie chce, że w tym przejściu aktorów przecież dzisiejszych, aktualnych, tkwiących w rzeczywistości estetycznej za góra pięć groszy – żadnej i żadnemu z nich nie przeszkadza świat stworzony przez Wasowskiego i Przyborę lat temu mniej więcej 70. Nie uwiera ich ani rytm, ani metafora, ani gra rymów, ani nawet szyte wedle wiekowego smaku krawieckiego spodnie, marynarki oraz suknie. Tak, przez ponad dwie godziny wierzyć się nie chce, że to jest możliwe. Wreszcie znika paź dyskretnie, znika sunąc w butach, które go nie obtarły, choć nie są adidasami. Znika, pozwalając duchom zanucić piosnkę o Stacyjce Zdrój z wolna przemieniającej się w cień. Słychać: „Jak się masz? Podobną kiedyś znałam twarz”. Gdy na końcu opowieści o niemożliwym powrocie do źródła powtórzy się pamiętliwy sen Izaaka – Sara znów się zjawi, lecz będzie łaskawsza niż za pierwszym razem.
Powie: „Izaak, kochanie, tu już nie ma poziomek”. A po chwili, że teraz trzeba już iść szukać ojca i matki, których nigdzie nie ma. Że pomoże mu. Że wraz z nim opłynie łódką półwysep i wysadzi go na tamtym brzegu. I że tam uda się ich odnaleźć.
21 czerwca 2026 r.
