Znów wstał dziwnie ostrożnie, jak spłoszony. Wczoraj się to zdarzyło, wczesnym rankiem Światowego Dnia Poezji. Wstał tylko w moim wspomnieniu, lecz dokładnie tak, jak wiele lat temu, wczesnym zmierzchem wiosennym rzeczywiście wstał z obitego karmazynowym aksamitem fotela, w miejscu szalenie dostojnym – na scenie głównej auli Uniwersytetu Jagiellońskiego, pełnej ludzi.

Już od południa – tłumy. Rektor, inni krakowscy rektorzy, dziekani, profesorowie i reszta naukowej drabiny, jeszcze jacyś miłośnicy-amatorzy, jacyś przypadkowi spacerowicze i kilku zbłąkanych. Piaskownica głów, od pierwszego piętra Collegium Novum do parteru. I, rzecz jasna, studenci. Wszędzie oni. Po dwóch na krześle jednym, szczelnie podpierający ściany, w kucki i po turecku na wiekowym parkiecie przed sceną z dwoma fotelami w karmazynowych aksamitach, a ci, których szczęście ominęło – stali pokornie na korytarzach i schodach, wzrok w głośniki wbijając z nadzieją, że uparte patrzenie na źródło dźwięku wyostrzy słuch, co pozwoli umknąć słowom cichszym i lepiej pojąć wszystkie frazy, głębiej, do dna. Czy w prologu tamtego spotkania brzęczały jakieś odświętne referaty, wprowadzenia, powitalne hymny? Nie pamiętam, lecz łatwo wyobraziłem je sobie. Były niezbędne, gdyż nie zdarza się często, nie zdarza się w ogóle, by dwóch Noblistów spotkało się w jednej sali i na głos czytało oniemiałym ludziom własne wiersze. Kto wtedy zaczął? Tego także nie pamiętam, jednak we wspomnieniu, snutym wczoraj o poranku, pierwszy zjawił się Czesław Miłosz.

Jak gdyby na wieki wrośnięty w aksamitny fotel stojący bliżej wysokich okien auli, z lekkim, cienkim uśmiechem i jak zawsze ospałymi powiekami, bez zbytniej troski o dykcję, melodię, akcenty, pauzy i resztę składników inscenizacji swoich fraz – stentorowym barytonem mruczał do mikrofonu wiersz „Sens”. Wpierw wersy nadziei, że po końcu zobaczy podszewkę świata i wreszcie będzie wiedział, znajdzie rozwiązania zagadek realności, znajdzie spokój. Potem wymruczał to – piękną, mroczną niepewność.

 

A jeżeli nie ma podszewki świata?

Jeżeli drozd na gałęzi nie jest wcale znakiem

Tylko drozdem na gałęzi, jeżeli dzień i noc

Następują po sobie nie dbając o sens

I nie ma nic na tej ziemi, prócz tej ziemi?

 

W końcu – pięć wersów pocieszenia dla słów osamotnionych, słów desperacko znaczących rzeczy pozbawione sensownego spodu.

 

Gdyby tak było, to jednak zostanie

Słowo raz obudzone przez nietrwałe usta,

Które biegnie i biegnie, poseł niestrudzony,

Na międzygwiezdne pola, w kołowrót galaktyk

I protestuje, woła, krzyczy.

 

Teraz oklaski, oczywiście. Oklaski, oklaski bez końca. A gdy koniec ich jednak nastąpił – drugi wielki gość, Josif Brodski – wczoraj w mojej wyobraźni, identycznie jak dawno temu w auli Uniwersytetu Jagiellońskiego – zaczął w ciszy podnosić się z karmazynowego fotela. Powoli, bardzo powoli i dziwnie ostrożnie, jak gdyby się lękał. Czego? Jego niespieszne wstawanie było rodzajem powrotnej wędrówki, podróży do źródła, do początku, do miejsca w niewiarygodnie dalekiej przeszłości, z którego, zaprzeczając ciekłej naturze czasu, przeczyta za chwilę na głos swój wiersz, gdyż w istocie zawsze czyta wyłącznie z najodleglejszego miejsca, gdzie zaczęła się poezja. Wstając – czy lękał się, że nie podoła źródłu, nie sprosta początkom, bo okaże się nieporządny, byle jaki?

Zaczął, gdy znieruchomiał wyprostowany. Trochę pochylił czoło. Nie patrzył na nikogo. To nie była recytacja, ani śpiew lub melorecytacja. Nie miało to nic wspólnego z operą, operetką, teatrem i estradą. Była to nieważka rzecz, na gorąco tkana z brzmień, tkana z bezlitosną precyzją godną uszu Jana Sebastiana Bacha, od którego Brodski bez ustanku brał lekcje konstruowania wierszy. Nade wszystko ów falujący przedmiot dźwiękowy nie był przezroczysty, był sensualny niczym zwierzę, miał przepastne oczy, woń, kolory i gładką sierść. I nieubłaganie narastał w powietrzu nad piaskownicą głów, podobnie jak o zmierzchu pęcznieją nad sawanną jękliwe, magiczne zaklęcia afrykańskich szamanów, co na oczach zdumionych antylop, patrzących z mroku, błagają bogów o deszcz, wygrażają im za suszę lub oznajmiają obojętność plemienia rozczarowanego ciągłym milczeniem niebios. Przedmiot ten przybywał z rejonów „międzygwiezdnego pola” i „kołowrotu galaktyk”, był czymś pierwotnym, echem dalekiego początku, powtórzeniem sędziwej chwili, kiedy słowa jeszcze nie były tak jednoznacznie i prostacko uwikłane w doraźną rzeczywistość, w płaskie tu i teraz.

Ilu bachowskich fraz Brodskiego starczyło wtedy wysłuchać, by zrozumieć, że nie ma tam nic do zrozumienia, że w tych i tylko tych, a zwłaszcza w tak i tylko tak zestrojonych słowach – historia, polityka i wszelka ideologia nie mają znaczenia? Dwóch? W finale, w ciszy po wersie ostatnim, gdy poeta usiadł i znieruchomiał, poczułem się – tak wtedy, w auli, jak wczoraj w porannym wspomnieniu – niczym studenci Uniwersytetu w Oksfordzie, którym Roberto Calasso opowiadał pewnego popołudnia o najodleglejszym miejscu w czasie, z którego Brodski czytał na głos swoje wiersze, gdyż w miejscu tym zrodziły się miary metryczne, tak bliskie miarom rytmicznym.

Mówił o gigantycznych baśniach proroków wedyjskich, o snutych przez nich podobiznach początku świata, o zawrotnej chwili, gdy z istoty bezkresnej, zwanej Ka, wyłonili się bogowie… Zostawmy detale, powikłania, mitologiczne labirynty. Istotne, najistotniejsze jest, że owi bogowie byli niczym ludzie: urodzili się śmiertelni i przywykli do lęku przed śmiercią. Przywykli lecz nie zobojętnieli. Lęk wracał do nich zwłaszcza wtedy, gdy czuli bliskość sedna zła – Pradżapatiego, który stworzył ogień ostry niczym brzytwa. Przerażeni bogowie unikali go. Lecz wreszcie nastał dzień, kiedy nauczyli się szyć ze skór czarnych antylop – miary metryczne. Skóra czarnej antylopy była świętą potęgą. W butach skomponowanych z precyzyjnie wykrojonych z niej plastrów, okutani antylopimi szatami, co wyszły spod ręki precyzyjnej jak ręka Bacha na pięciolinii – bogowie nie lękali się już brzytwy tnącej ogniem ich ludzkie gardła, stawali się nieśmiertelni. Byli ocaleni. Nic o tym nie wiedząc, upodabniali się do niektórych wierszy, stworzonych szmat czasu później, wierszy nieśmiertelnych jak oni, gdyż zrodzonych z miar metrycznych, tyle że uszytych z materii sylab akcentowanych i nieakcentowanych. Nie ze skóry czarnej antylopy, nie z magii o gładkiej sierści, magii pachnącej suchą krwią, trawami i skwarem, a z garści równie sensualnych trochejów, jambów, daktyli, amfibrachów, anapestów, peonów oraz innych ingrediencji intonacyjnych.

Gdy w moim wspomnieniu, ale też kiedyś na scenie wielkiej auli, twórca „Znaku wodnego” wstawał z bordowego fotela, wstawał zalękniony nie z braku pewności, czy podoła źródłu. Bał się, czy ci, którzy go słuchają, wciąż jeszcze potrafią słyszeć źródło, rozumieć jego konieczność, czy też uszy ich są już martwe. Kiedy w innych aulach, na innych scenach mówił o świecie powoli głuchnącym na miary rytmiczne, czynił to zawsze z chłodną powagą, z powściągliwą pasją. Bezlitośnie. Tak jakby mówił o śmiertelnym zagrożeniu. O widmie powrotu karlich dni, gdy ludzcy bogowie jeszcze nie potrafili uszyć sobie ocalenia.

22 marca 2026 r.