Kawowy tort z symboliczną świeczką musiał poczekać. I szampan, i muszka w pszczoły, i lśniące buty, i brokat, goście także. Wszystko cierpliwie czekało w ten grudniowy czwartek, bo nim zaczął świętować swe 94. urodziny, Kazimierz Wiśniak zajął się tym, czym zajmował się każdego poranka przez ostatnie 77 lat. Rysował. Uzupełniał zwykły świat innym światem. Żeby nie raziły braki, żeby białe plamy nie świeciły pustką, żeby dało się patrzeć lżej.

Dzień ostatnich jego urodzin był trupi. Grama śniegu, śladu kolorów, nieruchoma wilgoć, lepki ziąb, na niebie stary popiół bez ustanku, od świtu tylko zmierzch. Miasto całe niczym bezludna kupa szarych skorup – a w kreskach Wiśniaka szczupły ptak zawisa oto nad kotem śpiącym w koniczynie pod ogromnym słońcem i prawe skrzydło kładzie na dziobek jak ludzie palec na usta. Rzecz jasna, coś zupełnie innego dziać się mogło w kreskach, lecz skoro Wiśniak potrafi narysować wszystko – niech to będzie prośba szczupłego ptaka o ciszę dla kota śniącego mysz. Albo lepiej, jeśli zgodzimy się na kiedyś opisanego przez bardzo długiego Juliusza z Buenos Aires żółwia z narysowaną na szarej skorupie jaskółką w locie.

Wiele lat temu, z końcem roku 1952, blisko 21. urodzin Wiśniaka, w sali przy Champs Elysées bardzo długi Juliusz słuchał muzyki Igora Strawińskiego. W części I był to Koncert skrzypcowy D-dur, w II – „Pulcinella”, suita ku czci baśniowego pogromcy makaronów, owej wielkobrzuchej figury w białych fatałaszkach, stożkowatej czapie i ciemnej masce o zakrzywionym jak u Baby Jagi nosie, iluzyjnej postaci, której podobiznami Giandomenico Tiepolo zaludnił ściany w willi w Zianigo, aby umierając móc patrzeć na karnawał cierpkiej ironii żarłoka. Bardzo długi Juliusz słuchał jak zwykle finezyjnie, lecz pierwszy raz – w przerwie nie opuścił widowni jak reszta melomanów. Został sam w mroku, zamarły, z wątlejącą na dnie uszu opowieścią skrzypiec, trochę zagubiony. Czuł lęk dziwny, niepojęty gdyż bez źródła? I wtedy zobaczył! To byli kronopie! Tańczące w powietrzu zjawy, bladozielone miękkie grudki, trochę wilgotne, ciepłe, dyskretnie świecące w mroku nad fotelami parteru, zmienne i umykające racjonalności niczym wcielenia pastucha fok Posejdona lub gesty pożeracza makaronów na ścianach willi w Zianigo. Świat nagle stał się pełniejszy, to znaczy – mniej jednoznaczny, mniej uchwytny, intensywniej umykający w grę, iluzję, bajkę, ciepły uśmiech, nienachalną czułość. Bardzo długi Juliusz później sportretował w słowach sekrety kronopiów, potrafiących czarodziejsko brać w nawias szary ołów naszego oczywistego świata. Oni, jak gdyby nigdy nic mijają twarde fakty, gdyż zajmują się sprawa naprawdę ważną – śledzeniem nitek babiego lata. W chwilach smutku nie chowają się do mysich dziur jeno piją wyborną kawę u Richmonda przy ulicy Florida, zwilżając grzaneczkę łzami, owszem, lecz łzami wyłącznie w najlepszym gatunku. A jeśli o pamięć chodzi, to kronopie, jak powiada bardzo długi Juliusz, „rozrzucają wspomnienia po domu pośród okrzyków wesołości, a same łażą między nimi, kiedy zaś się na nie natkną, głaszczą je pieszczotliwie i mówią: Nie zniszcz mi się tylko albo: Uważaj na schodki”. A poza tym? Na przykład – zamiast zegara z kukułką wieszają na ścianie karczoch, albowiem niezliczone, jak rozeta rozpostarte liście karczocha zawsze wskazują aktualną godzinę, a zarazem wszystkie godziny jednocześnie, co jest szalenie skutecznym sposobem panowania nad czasem. Czyż nie? Potrafi też kronopio delikatnym dmuchnięciem w jeden płatek zaprosić kwiat do tańca, za co kwiat odwdzięcza się myślą: On jest jak kwiat… I wiedząc, że żółwie, zwłaszcza te z Galapagos, ogromne i stare jak świat, są wielkimi zwolennikami szybkości – zawsze, kiedy spotykają żółwia, kronopie wyjmują ołówek i na szarej skorupie gada rysują jaskółkę w locie.

Krótko mówiąc, 73 lata temu, w przerwie filharmonicznego koncertu przy Champs Elysées odkrywszy istnienie kronopiów, tego nowego, zielonkawego gatunku poezji, bardzo długi Juliusz nic nie wiedział, bo niby skąd?, o tym, iż jedna z zielonkawych kulek, pląsających przed nim w powietrzu nad chwilowo pustymi fotelami widowni, nazywa się Kazimierz Wiśniak i od roku 1948 dzień w dzień układa kreski w całość na niezliczonych kartkach. Właśnie tamtego roku, 1948, profesor rysunku nakazał uczniom pierwszej klasy Liceum Budowlanego w Łodzi tworzyć jeden obrazek dziennie, do wglądu, do oceny. Siedemnastoletni Wiśniak zaufał starcowi. Ufa do dziś.

Trzeba się teraz wygodnie rozsiąść, trzeba sobie przypomnieć elementarną arytmetykę i zacząć mnożyć, odejmować i dodawać, a także zaokrąglać. Już? Tak. Od roku 1948 do dziś, czyli przez lat 77, rysując tylko jeden obrazek dziennie i ustalając, że każdy rok ma dni 365, wychodzi – z grubsza 28 000! A przecież kreski w całość Wiśniak układał już wcześniej, dużo wcześniej, a na dodatek – później, jako genialny scenograf i wyjątkowy ilustrator, często tworzył dziennie, bo musiał, dzieł o wiele, wiele więcej niż jedno. Więc – 30 000? Wystarczy wam, nam, tyle? Wmyślmy się w ten piach kresek od 77 lat szemrzący w szklanej szyjce klepsydry! 30 000 rysunków! 30 000 małych, zamkniętych światów. 30 000 chwil doskonałej samotności wśród cienkich jak kartka widm! 30 000 ostrożnych wędrówek przez tunel na drugą stronę ołowianych dni nieodwracalnie podobnych do siebie nawzajem!

Droga przez tunel. Właśnie tak nazwał Wiśniak pewną ścieżkę dzieciństwa. Dom rodzinny był drewnianą biedą w skazanej na szarość części Łodzi. Dzień w dzień zmierzch od świtu, wilgotna para z elektrowni, tłuste fabryczne dymy i swąd koksu, rdzy i smarów, i jeszcze brunatna monotonia nasypu kolejowego z płowiejącą czernią zmurszałych podkładów szyn, dzień w dzień, dzień w dzień. Los, zdawało się, domknięty na amen. Nic już do zrobienia. Tylko czekać, doczekać. Lecz ojciec jednak znał wyjście. Był to tunel pod nasypem kolejowym, bardzo długi, niski, ciemny i wilgotny. Ojciec brał małego Kazia za rękę i wiódł w stronę jasnej plamy na końcu ścieżki. Pochyleni – szli długo, ostrożnie, krok za krokiem. Aż wreszcie: „Wychodziliśmy na rozległe łąki, pełne motyli i kwiatów!”, wspomni Wiśniak po wielu latach. Motyle! Kwiaty! Woda lśniąca i w odcieniu nieba! Niepojęta mowa pszczół i much! Senność żuków w trawie! Lepkie oczy żab nad rzęsą! Wiekuiste milczenie ryb pod idealnie gładką taflą bajorka! Tak, mały Kazio, wędrówką przemieniony w małego kronopia, po drugiej stronie tunelu składał się z samych wykrzykników zachwytu.

Nieuchronnie przychodzi tutaj na myśl stary pułkownik Nicolas Marquez, dziadek Gabriela Garcii Marqueza. Pewnego popołudnia wziął wnuka do obozu cyganów, by na dnie morderczych i nieskończonych upałów wybrzeża Morza Karaibskiego mały Gabito pierwszy raz w życiu dotknął bryłę lodu i zapamiętał jej śliską, zimną tajemnicę. Wnuk zrozumiał. Bez upartej pamięci o tej realnej wędrówce nie narodziłaby się tajemnica „Stu lat samotności”, jednego z najwspanialszych rysunków świata, kreślonych słowami.

Jak było zatem, tak zostało. Kronopio Wiśniak rysuje. Dzień w dzień o poranku, przez godzinę, może dwie. Od 77 lat każdy poranek powtarza przejście przez tunel. Jest coś zawrotnego w tej wierności wspomnieniu. Co ma się wydarzyć, pokornie czeka, a on na szarej skorupie miasta dzień w dzień rysuje jaskółkę w locie. Niezmiennie to, nawet jeśli rzeczywiście rysuje coś zupełnie innego.

4 stycznia 2026 r.