Inaczej niż Ettore Guatelli, który na farmie w Ozzano Toro opodal Parmy stworzył Muzeum Czasu, inaczej niż ów zbieracz gratów, od dawna martwych na strychach – kustoszka innych trocin czasu, władczyni Ministerstwa Niezapominania, nie ufa harmonijnym odpowiedziom na zagadki przeszłości. Nie wierzy, iż minione życie można złowić w nieruchomą sieć figur geometrycznych, że czyjś los da się odzyskać i zachować używając cyrkla, ekierki, kątomierza oraz pofalowanych linijek. Na przykład – idealny okrąg, nieruchomy. Snuje on bajkę? Tak? A o czym? Z tego, co było gęstym życiem prowincjonalnego szewca – ile da się dostrzec w dziesiątkach zmurszałych prawideł z drewna, co na ścianie jednego z budynków Guatellego tworzą dziś, lata po śmierci szewca, koncentryczne, klarowne koła podobne znieruchomiałym falom jeziora obudzonego kamykiem?
Wyobrażam sobie, że gdy władczyni Ministerstwa Niezapominania stoi przed falami z drewnianych stóp, markotnieje jej porcelanowo-biaława twarz, która w pokazywanej na Festiwalu Filmów Dokumentalnych MDAG opowieści Jane Pollard i Laina Forsytha „Broken English” jest hipnotyczną twarzą Tildy Swinton – obliczem owada. Kiedy patrzy na godną gotyckiej katedry rozetę z młotków i gwoździ, ocalałych po ślusarzu z okolic Ozzano Toro, jej rzęsy, Vladimir Nabokov rzekłby: jej rzęsy konia – blakną zupełnie. Rozczarowana przeczesuje palcami śnieżne włosy, rozluźnia kartoflany węzeł archaicznego krawata, sędziwą koszulę rozpina pod szyją cienką niczym klarnet i zdejmuje za dużą, jasnobrązową marynarkę po ojcu – gdyż nic, zupełnie nic jej nie mówią klarowne, na amen znieruchomiałe figury ułożone z porcelanowych kubków, z papuzich puszek po herbatnikach i z oniemiałych budzików. Dzbanki i słoiki, kilofy i tasaki, klucze i walizki, i maszyny do pisania, i spękane lalki, i podkowy, i buty nie do pary… Ileż musiałaby trwać recytacja imion ponad 60 tysięcy artefaktów, śladów, trocin czasu, z których Guatelli ułożył monstrualną konstelację geometrycznych figur, form, owszem, zagadkowych niczym rebusy, lecz jednak dających namiastkę świętego spokoju, jakiś rodzaj pewności, że z tego, co było, nic nam nie umknie, że wcześniej czy później wszystko zostanie wyjaśnione?
Teraz wyobrażam sobie jak przed ścianą bezdźwięcznych zegarów, ułożonych w porządku wielkości cyferblatów, kustoszka wdziewa marynarkę, zapina pod szyją guzik, utwardza węzeł krawata – i wraca do filmu „Broken English”, w którym, przy pomocy asystenta i archaicznej niczym jej odzież sterowni, przez godzinę i czterdzieści minut będzie panować nad pamiętliwą opowieścią. Wraca, siada na galerii i otwiera seans rozwikływania losu jednej kobiety. Przyciska kilka guzików – i dzieje się tak, jakby kilka kamyków naraz uderzyło w staw, lecz fale nie skamieniały. One wędrują, nakładając się na siebie, nicując się wzajem, bez ustanku tworząc – fala z falą, z falą, z falą… – wciąż nowe układy, by po sekundzie porzucić je i przepłynąć do następnych. A potem znów, i jeszcze, kolejny raz… I tak aż do zgaśnięcia fal, do końca filmu. Inaczej niż w Muzeum Czasu w Ozzano Taro, tutaj pamięć jest ruchem, nigdy nieustającą zmianą. Płynny żywioł samego wspominania to w „Broken English” temat równie istotny jak wspominany los. A bohaterka nazywa się Marianne Faithfull. Wjeżdża na inwalidzkim wózku, ma pod nosem plastikową nitkę tlenu, jest zdumiona ogromem laboratorium. Za jakiś czas, chcąc dotknąć sedno jej dni, kustoszka przywoła epitafium jej ukochanego poety, Johna Keatsa. Powie: „Tu leży ten, którego imię wypisano na wodzie”. Ale to później. Teraz – ruszają fale. Na znak Swinton kamera płynie pomiędzy śladami czasu dokonanego, płynie i nie ustaje. Zaczyna się godzina nieuchwytności.
Żegluje kamera, faluje, podpływa pod ślady przeszłości, pod nosy tych, co bają o ciemno-jasnym życiu Marianne Faithfull, a później odpływa i z góry, z boku, z oddalenia ukazuje krajobrazy gazetowych wycinków, fotografii… Po czym znów przypływ i z bliska ukazane strzępy filmów dokumentalnych, fabularnych, i najistotniejsze dla niej przedmioty, twarze, słowa, nuty. Struny gitary, najwierniejsi muzycy, bezradni wielbiciele, oburzone dewotki, klawisze fortepianu, mikrofon, Bob Dylan i Joan Baez, Mick Jagger i Allen Ginsberg, i Nick Cave, i smyczek skrzypiec, i Tony Richardson – jego kinowy „Hamlet” z roku 1969, w którym ona, młodziutka, ale już z nieudanymi śmierciami na karku, była Ofelią skazaną przez Parki na udane samobójstwo w płynącej wodzie… Wiele innych trocin czasu, co nie potrafią znieruchomieć, zająć się odpoczywaniem. A wewnątrz nich – głowa Marianne Faithfull, zmęczona twarz starowinki, niczym Krapp w „Ostatniej taśmie” Samuela Becketta lub siwy starzec w Becketta „Wtedy gdy”, zasłuchanej i zapatrzonej w pulsujące przed nią strzępy przeszłości. Jest zdumiona, jest bezradna, jest zagubiona, jest rozczulona, jest kąśliwa, jest jaka bywała. Znów jest sobą niegdysiejszą, staje się każdą z tych siebie, którymi była przez lat 79. Tak, od pierwszych falowań dokument „Broken English” przeistacza się w teatr, w dotkliwy seans o istocie teatru, zamknięty sceną na miarę epilogu „Ostatniej taśmy” lub obrazu samotnej śmierci księcia Saliny w „Gepardzie” Lampedusy.
W studiu nagrań gdzieś na tyłach Ministerstwa Niezapominania zjawia się Marianne Faithfull na inwalidzkim wózku, z plastikową nitką tlenu pod nosem. Grajkowie już są, zwłaszcza Nick Cave, także uwielbiany przez nią Warren Ellis, o którym na kanwie ostatniej w jej życiu płyty o Byronowskim tytule „She Walks in Beauty” – „Ona chodzi w pięknie” – recenzentka Helen Brown rzekła, iż wokół melorecytacji kruszejącej Faithfull wyrzeźbił on tak eleganckie, drewniane melodie, że brzmi to, „jakby wyrzeźbił dla niej wikińską łódź pogrzebową”. Zaczynają. To będzie dawna jej pieśń „Misunderstanding”. I to ma być finał filmu „Broken English”.
Jej głos już się poddał, śpiew jest niemożliwy, zostało tylko brzęczenie, rdzawy ton gardła po krawędź zasypanego gruzem. Ale muzycy są delikatni, czuli, taktowni. Prowadzeni przez Ellisa – pomagają. Helen Brown jednak nie myliła się… Słychać pierwsze frazy. „Nieporozumienie to moje imię. To, kim jestem, nie jest grą. Tak łatwo wpaść w pułapkę”. Resztkami sił Faithfull powtarza dawną pieśń, a pod rdzą wracają do niej stare obrazy. Zjawiają się, pulsują i odpływają. Płyta „Broken English”, co zmieniła ją, słodkawą nimfetkę, w tajemnicę; pieśni „Sister Morphine” i „Times Square”, wzbudzające pogardę i zdumienie; legendarne albumy z songami Brechta i Weilla, które nauczyły ją szukać siebie pośród duchów; nieprawdziwie udane samobójstwo jej małej Ofelii i wszystkie naprawdę nieudane śmierci jej samej; reszta trocin. A na końcu zjawia się pod rdzą dziwaczne, ironiczne widmo, będące zlepkiem czasów i miejsc. Oto sędziwa pani, szczelnie okutana romantyczną szatą, w fotelu na kółkach jedzie przez piękno, czasem poprawiając plastikową nitkę tlenu pod swym nosem. A dalej – jej milczenie.
Tak, to miał być finał dokumentu „Broken English” – i to jest finał „Broken English”. Tylko że Marianne Faithfull nie zdążyła go obejrzeć. Odeszła zanim owadzia Tilda Swinton zmontowała całą opowieść o niemożności złowienia przeszłości. Nie zdążyła zobaczyć siebie z boku kadru, jak po skończeniu swej rdzawej melorecytacji siedzi w wózku i słucha Cave’a, żegnającego ją małym wyznaniem. Jedną coraz wolniej, coraz ciszej, coraz mniej wyraźnie powtarzaną przezeń, zamierającą frazą „Only you have such allure”. Tylko ty masz taki urok… Tylko ty masz taki urok… Taki urok… Urok… Ty… Ty…
24 maja 2026 r.
