On nie pisze. On pisze na maszynie do pisania.

Truman Capote

 

Mówi „A” i w tej samej chwili serdecznym palcem prawej ręki dotyka lewego nadgarstka. Zgranie doskonałe! Po czym serdeczny rusza w drogę. Jak pióro po kartce od lewej do prawej – od nadgarstka wiedzie go grzbietem dłoni rybio-miękkiej i tłustawej, zarazem litera po literze dyktując jedno zdanie. Ostrożnie, powoli, delikatnie, do końca. Do knykcia, na którym serdeczny nieruchomieje niczym stalówka w milczeniu kropki. Już? Tak. Teraz słucha głosu sekretarki odczytującej ostatnią podróż jego słów: A może to kwestia mojej krótkowzroczności. I co? Niech tak zostanie. I rozpoczyna zdanie kolejne. Mówi „Je” i w tej samej chwili…

Tak w roku 1975 Jorge Luis Borges pisał „Księgę piasku” – rzecz o tomie nieogarnionym, bez ustanku i wedle niepojętych reguł mnożącym i niwelującym swe kartki w nieskończoność, o deprawującym rzeczywistość tomie rodem z koszmaru. Albo o książce każdej, gdyż w każdej pulsuje książek wiele – tyle, co ludzi, którzy ją przeczytali. Dyktował od wielu lat, od czasu, gdy oślepł zupełnie, jednocześnie zostając dyrektorem Biblioteki Narodowej w Buenos Aires. Dane mu było władać milionami opowieści, których liter już nigdy nie miał zobaczyć, co w „Poemacie o obdarowaniu” nazwie wspaniałą ironią Boga. Dyktował, dotykając rzeczywistość. Dyktował, aby dotykać rzeczywistości i dotykał ją, by móc układać słowa w zdania. Jak gdyby wracał do źródła, przy pomocy palca i dłoni inscenizując starą prawdę o sensualnej naturze pisania. Jak gdyby przypominał, iż słowa są nieprzeźroczyste niczym skóra – każde ma fakturę, odcień i zapach, jest ciepłe bądź chłodne, zostawia na języku ślad słony, gorzki, słodki, stawia łyżce drewniany opór albo na podobieństwo budyniu wpuszcza ją w siebie lekko, waży wiele, mało lub nic. Nie inaczej z literami.

Borges zmarł 40 lat temu, w sobotni ranek 14 czerwca. I oto z okazji tego mrocznego jubileuszu przytrafia się świetna interferencja! Minister edukacji Królestwa Norwegii, pani Kavi Nessa Nordtun, nakazuje szkołom, głównie podstawowym, powrót do źródła. Jako że opętańcza cyfryzacja nauczania przeniosła codzienne paplanie norweskich dzieci na poziom elokwencji jaskiniowców – należy koniecznie wrócić do pisania ręcznego, do normalnych książek, do białych kartek i starych przyborów piśmiennych. Czas się ratować, mimo że chyba jest już za późno.

W Norwegii nastał czas odkurzania wiecznych piór. Szmatkami, miotełkami albo dmuchaniem delikatnym, z bliska. Wszędzie szmer. Następnie trzeba będzie odmoczyć zaschłe stalówki, sprawdzić, czy dobrze zasysa atramentowa pompka oraz czy atrament, o ile w ogóle jeszcze gdzieś jest, nie zmienił się na dnie słoika w czarny, niebieski, zielony pył. Tak, wszyscy wskrzeszają wieczne pióra, ostrzą żyletkami cudem znalezione pod szafą ołówki, panicznym szkicowaniem esów-floresów na ściennym kalendarzu próbują ożywić długopisy martwe od dziesięcioleci. Matka sadza pociechę przy kuchennym stole, kładzie przed nią na blacie zeszyt i tłumaczy: to jest zeszyt. Pociecha mdleje ze zdumienia. Po czym dolewa matka oliwy do ognia, gdyż otwiera zeszyt, chwyta kartkę w palce i drżącym szeptem zdradza kolosalną tajemnicę: a to jest kartka. Pociecha pada raz drugi, lecz najgorsze dopiero przed nią. Dziadzio. Ów melancholijny nostalgik do kuchni uroczyście wkracza oto ze srebrną tacą, na której spoczywa kałamarz w kształcie żaby i białe gęsie pióra, co je dziadzio wyrwał z lewego skrzydła człapiącego ptaka, moczył przez godzin kilka w letniej wodzie, aby zmiękły, później przez kolejne godziny suszył aż do stwardnienia na kamień, w finale zaś fachowo naostrzył ulubionym swym kozikiem grzybiarza. Wkracza, tacę z archaicznymi skarbami stawia na blacie przed pociechą oraz snuć zaczyna inspirującą historyjkę o panu Gustawie Flaubercie, który dawno, dawno temu, za siedmioma górami, siedmioma rzekami, w małym domku nad Sekwaną, maczając takie właśnie pióra ptasie w wypełnionej inkaustem takiej żabie, wyjąc do księżyca stwarzał wiekopomne arcydzieła, choćby „Panią Bovary”, przy której twoja nastoletnia mama pochlipywała, duszko kochana, pochlipywała i raka piekła na policzusiach, gdy babcia romans ów na głos jej czytała o zmierzchu, choć chyba nie powinna, zwłaszcza jednej sceny w dorożce o zasłoniętych oknach zdecydowanie nie powinna… Że co? Że groteskę klecę? Operetkową farsę? Tani wic kabaretowy?

Nawet jeśli, to groteskowość znika, gdy przyjrzeć się pewnej prawdzie, tak zwanemu faktowi autentycznemu, a na domiar zasmucenia – naukowemu, czyli nie do obalenia. Otóż, dzieci, które pisać uczono przy użyciu klawiatury – mają trudności, często nie do pokonania trudności z odróżnieniem literki „b” od literki „d”. Gdy im bowiem abecadło z pieca spadło, okazało się, że abecadło to w zasadzie jeden i ten sam sześcienny klawisz, 23 razy powtórzony plastikowy klocek służący do małpiego pukania weń palcem, więc umyka dzieciom zmiana miejsca pobytu brzuszka przy laseczce – co skutkuje częstym utożsamianiem „dupy” z „bupą”. I gdybyż umykała im tylko ta drobna różnica! Gdyby ich grzechoczący plastikowymi klockami bełkot był jedynie tym lapsusem tycim, przytrafiającym się raz w miesiącu!

Dzieciom klawiatury umyka dużo więcej, prawie wszystko. Koncentracja, spokojny dystans i nastrój stabilny. Od małpiego stukania palcem w plastikową skórę wapnieje dłoń, rozleniwiają się neurony w obszarach mózgu zawiadujących wzrokiem, ruchem i dotykiem, obumiera pamięć, karleją sny. Dzieciom klawiatury umyka sensualność świata, a także… Czy jest sens ciągnąć to dalej? Jest sens recytować pełną listę oczywistych przecież, powszechnie znanych fiask mentalno-fizycznych, jakich nieuchronnie doznają istoty za młodu odcięte od pióra, papieru i godzin z otwartą w rękach książką normalną, czyli z realnym zapachem i kolorem, realnym ciężarem, realną fakturą i kruchością, realnym szelestem wreszcie? Po prostu – głupieją dzieci, płycieją, kwadracieją, topornieją. Pani minister Kavi Nessa Nordtun dostrzegła, iż na ulicach Oslo pojawia się coraz więcej dziwacznych karłowatych osobników gotowych ogniska rozpalać przy pomocy patyka i hubki, piec szczury złapane gołymi rękami i dyskutować przy tym o sprawach świata narzeczem zlepionym z 5 czknięć, 8 beknięć oraz 13 pomruków w tonacji durowej. I pomyślała, że jeśli już koniecznie chcą oni do korzeni wrócić, to niech wracają w pełni i zaczną uczyć się sztuki pisania ręcznego. Niech będą jak mała neandertalska dziewczynka o imieniu Taffy, bohaterka „Takich sobie bajeczek” Rudyarda Kiplinga, ulubionego pisarza Borgesa.

Gdy na prośbę Taffy Tato mówi „A”, jego usta przypominają pewien sensualny element rzeczywistości. Dlatego dziewczynka powiada: Jeszcze raz powiedz „A”, Tatusiu, zatrzymując pod koniec usta otwarte, i pożycz mi tego zęba. Zamierzam narysować szeroko otwarty pyszczek karpia. Tatuś nie pojmuje, więc Taffy tłumaczy. Jak na korze narysuje karpia z otwartym pyszczkiem w dymie ich rodzinnej jaskini, ale karpia stojącego na głowie w błocie, co karpie mają w zwyczaju – to ów rysunek będzie Tatusiowi przypominał jego usta w chwili mówienia „A”. Tatuś się raduje, lecz jest dokładny i ma rację. Otóż, Taffy musi dorysować mackę, co zawsze zwisa karpiom w poprzek pyszczka, odróżniając je od okoni i pstrągów, które macek nie posiadają. Jednym pociągnięciem zęba Taffy uzupełnia otwarty pyszczek stojącego na głowie karpia poziomą kreską. Gotowe! Doskonale – krzyczy Tatuś. Ujrzawszy ten znak gdziekolwiek, będzie tak, jak gdybyś ty wyskoczyła zza drzewa i powiedziała „A”!.

Wiele lat później Borges podyktuje z rybiej skóry lewej swej dłoni opowieść o księdze skrywającej wszystkie książki świata. W pewnej chwili powie: A może to kwestia mojej krótkowzroczności. Po czym doda: Jego wygląd świadczył o uczciwym ubóstwie. Przed tymi zdaniami i po nich – jeszcze kilkaset zdań. Może nawet aż tysiąc. Palec – pióro. Grzbiet dłoni – kartka. Od nadgarstka do knykcia – od lewej do prawej. Może nawet aż tysiąc podróży.

27 września 2026 r.