Kurtyna w górę. Ciemność. Taki początek, klasyczny, odwieczny. Dalej – w słabym świetle jawi się scena pokryta śmieciami, ale niczym sterczącym. Ot, płaskie marności na równinie. Krajobraz ów trwa przez pięć sekund. Widzisz go? Dalej – cichy, krótki krzyk. Ściśle mówiąc – kwilenie, niemowlęcia lub staruszka, obojętne, w ostatecznym rachunku dwóch ciemności to na jedno wychodzi. I natychmiast po kwileniu – odgłos wdechu połączony z wolnym natężaniem światła. Wdech i światło maksimum osiągają w dziesięć sekund. Po czym – pięciosekundowa cisza śmieci na niewzruszonej równinie. Widzisz to?
A teraz – w druga stronę, równią pochyłą w dół. Odgłos wydechu plus równoczesne słabnięcie światła aż do minimum czyli do stanu z początku wdechu. Czas – również dziesięć sekund. I w ciszy po wydechu – znów kwilenie niemowlęcia lub staruszka. Dalej – pod słabym światłem cisza śmieci na niewzruszonej scenie przez około pięć sekund. Widzisz? Wreszcie znów ciemność, jak u zarania, odwieczna. No i – kurtyna w dół. Koniec. Co – już? Już. Pięć plus dziesięć plus pięć plus dziesięć plus pięć. Razem – trzydzieści pięć. Trzydzieści pięć sekund biednego obrazka, albo całe istnienie jak komar w kropli trzydziestu pięciu teatralnych sekund scenicznej sztuki, sztuczki Samuela Becketta „Oddech”. A teraz – zamknij oczy i powtórz kroplę.
Zapewne gdzieś w okolicach grudniowej rocznicy śmierci Becketta posłowie słusznie pomyśleli, aby 2026 uczynić Rokiem Polskiego Radia, jako że 100 lat temu, 18 kwietnia, ludzie nad Wisłą pierwszy raz coś usłyszeli, a zarazem nie widzieli nic, więc nie mając innego wyjścia – na kanwie sunących z drewnianego pudełka dźwięków zaczęli śnić na jawie. Choćby uczesanie i kolor oczu spikerki, co właśnie ich przywitała. Zapewne też nos spikera zapowiadającego pogodę na popołudnie. I nagie ramiona skrzypaczek w orkiestrze grającej coś z krzepiących duszę słowiańską dzieł Stanisława Moniuszki bądź Fryderyka Chopina. Zasłuchani ludzie na jawie śnili to i zapewne także całą nieogarnioną resztę kształtów, kolorów i faktur niewidzialnych za parawanem radiowych dźwięków. W istocie – nic się od tamtego dnia nie zmieniło i nie zmieni. Podobna, bardzo podobna do gry, jaką słowa drukowane toczą z mózgiem pochylonym nad nimi – gra nęcących brzmień radia z wyobraźnią czającą się przy głośniku też jest odwieczna i nieuchronna. To oczywiście wzruszający banał, jak rewelacja, że dwa i dwa jest cztery. Tylko że bez banału czwórki jako sumy dwóch dwójek – ludzkość gotowa byłaby się rozpaść. Czyż nie? W każdym razie – z okazji Roku Radia zamknij oczy i powtórz kroplę „Oddechu” Samuela Becketta, a otrzymasz istotę radia. I wiele więcej jeszcze.
Zobaczysz śmieci, jakich nikt inny nie widzi, choć słyszy to samo, co ty. Początkowa słabość światła będzie godna wyłącznie twoich zamkniętych oczu. Tak samo jak nieco późniejsze dziesięciosekundowe natężanie się jasności i jej dziesięciosekundowe marnienie. Płaskość sceny stanie się płaskością czarnych kart twojego albumu fotografii rodzinnych, a kwilenie niemowlęcia lub staruszka ustawi ci przed oczami twoje zdjęcie z czasów pierwszego wózeczka i zdjęcie dziadzia ze strony matki, w dniach, kiedy mógł, słabowita lichotka, już tylko leżeć. Krótko mówiąc – zamknąwszy oczy, będziesz przy „Oddechu” doskonale sam pośród dźwięków budzących do widomego istnienia twoje własne podobizny. Sam jak wtedy, gdy czytasz baśń, to znaczy wiersz, nowelę lub powieść. Albo nawet niczym Samuel Beckett w pięknym wywiadzie, udzielonym telewizji szwedzkiej w roku 1969, w Maroku, dokąd umknął przed zgiełkliwą potwornością osobistego odbierania przyznanej mu wówczas Literackiej Nagrody Nobla. Przeprowadzony na balkonie hotelu opodal Morza Śródziemnego wywiad jest krótki, trwa zaledwie 89 sekund. Ot, niecałe trzy „Oddechy”.
W ogrodzie pod balkonem – kwiaty, palma jedna, druga, źdźbła szumiących traw. Kwilenie. Tak. Kwilenie ptaka. W oddali – wieczna mowa słonej wody, wciąż to samo przypominającej w tę i we w tę. Kwilenie i słone bajanie słychać będzie do końca. Teraz – zbliżenie na balkon. Lewa dłoń Becketta na framudze okna. Dalej – on cały, ściana w tle. Ciemnozielony golf i szara marynarka. Ręce splecione za plecami, głowa lekko pochylona w stronę prawego ramienia. Pokornie zasłuchany wieczny uczniak. Teraz – najazd na jego twarz, o której jak wiele byś nie powiedział, zawsze za mało powiesz, za mało i gdzieś obok. A zwłaszcza o jego spojrzeniu – zawsze za mało i dziecinnie. O tych oczach bezbłędnie omijających spojrzenia świata, oczach od razu szukających czegoś tam, po drugiej stronie spojrzeń, na podszewce dźwięków. Pokorny ich uczeń stoi oto na balkonie, słucha szumu i kwilenia, słucha nieogarnionej lekcji morza. W pożegnalnym kadrze widać na ekranie maleńkie fale, wciąż od nowa zjawiające się blisko brzegu i wciąż niknące w piasku. Widać je i słychać, nieprzerwanie. To już wszystko. Kamera – stop. Kurtyna.
Tak, nic więcej. Pewnego popołudnia roku 1969 twórca „Oddechu” na 89 sekund przykleił ucho do radia rzeczywistości. Przez 89 sekund wywiadu nie powiedział nic. Jedynie słuchał. Kolejny raz powiedział tak wiele. Może wszystko, co warto było.
11 stycznia 2026 r.
