Znałem jednego lejtnanta. Znaleźli go w łóżku, z jednym butem w ręce, drugi miał na nodze. Zostawił kartkę: „Znudziło się wkładać i zdejmować” i się zastrzelił.

Sławomir Mrożek „Miłość na Krymie”

 

Powiadają: śmiertelna nuda. Julian – być może głównie dlatego, iż jest zeń światowej sławy psychoanalityk – na wylot zna ów mgielny stan ducha. Wie wszystko o umieraniu z nudów, zwłaszcza o zdychaniu ze znudzenia samym sobą, dryfującym w powracających rytuałach codzienności. Ileż można błąkać się tak? Większość – potrafi przez życie całe. Lecz nie Julian, trochę po pensjonarsku skomplikowany jak zdanie, które na cześć pisarki Audrey Schebat uklepię teraz. Otóż, pewnego wieczoru codzienne śmiertelne Juliana znudzenie śmiertelnym jego zdychaniem ze znudzenia sobą dryfującym w powracających rytuałach codzienności, przekroczyło granicę jego psychoanalitycznej wytrzymałości – a także mojej wytrzymałości stylistycznej – więc sięga Julian po sznur, co oczywiście raduje również me pióro, próbujące, jak uczył wieszcz, odpowiednie dać sztuce Schebat słowo, co serce uleczy… Amen po raz pierwszy.

Dobrze zna Julian instrukcję pożegnalnej obsługi szyi. Jeden koniec sznura do nogi fortepianu przywiązuje zatem i przez żelazną żerdź u powały przerzuca sznur, z drugiego końca robi klon lassa, staje na krześle pod żerdzią, wkłada głowę w pętlę i, jak się zdaje, liczy od „jednego”, do swej szczęśliwej liczby, ostatni raz patrząc w siną dal. Co, już „siedem”? Teraz pozostaje mu jedynie zrobić mały krok w przód… Niestety. Sara, żona Juliana, światowej sławy pianistka, która z występów w Berlinie miała wrócić następnego dnia – zjawia się oto teraz, w sednie samobójczej pantomimy małżonka. I tak zaczyna się drugie życie Juliana, ale i drugie życie Sary. Tak zaczyna się tragikomedyjka Audrey Schebat „List”, którą w Teatrze Bagatela na Scenie na Sarego 7 Radosław Krzyżowski wyreżyserował.

Słowem – nici z trupa Juliana o zmierzchu. Nici, bo jak masz wieszać się skutecznie, gdy tuż przed ostatnim twym krokiem kobieta twego życia bez pardonu wpada do pokoju i domaga się od ciebie nie dość, że natychmiastowych, to na domiar groteski – racjonalnych wyjaśnień! Jak mam rzecz ująć, by pozostać w konsystencji opowiastki pani Schebat, oddając choć jeden z jej odcieni? Może tak? Lecąca na skrzydłach wprawdzie od lat dogasającej, lecz przecież jeszcze nie na amen wystygłej miłości, lecąca, co wyzna później, nie po to, aby już trzydziestoletnią miłość małżeńską bezlitośnie dogasić, wylewając nań wiadro lodowatej wody obojętności, lecz aby miłość ową, niby tlącą się hubkę, chuchnięciem rozniecić, rozpalić i niegdysiejszą płomienistość jej przywrócić – przedwczesnym swoim lądowaniem w gnieździe małżeńskim Sara niedelikatnie zabija śmierć Juliana. Po raz drugi – amen. Ląduje, zaś nuda codzienności wraca ze zdwojoną siłą.

To było nieuchronne. Julian, znawca najgłębszych głębi, na wylot znający instrukcję pożegnalnej obsługi szyi, na wylot zna także jej przemilczany paragraf, bodaj najistotniejszy. Otóż, pamiętaj podróżniku w ostatniej podróży – również ty, widzu – bez ustanku pamiętaj, że jeśli, nie daj Bóg, samobójstwo ci nie wyjdzie, zwłaszcza gdy ci nie wyjdzie nie z twojej winy – dopiero wtedy zacznie się nuda prawdziwie mordercza i życie o wiele cięższe niż było przed nieudaną śmiercią! Nastanie epoka nudy piłujących pytań, z których każde skrapla się właściwie w jednym słowie: „Dlaczego?!”. A dlaczego żeś listu pożegnalnego nie napisał?! A dlaczegoś się nie wstrzymał do mego przyjazdu?! A dlaczego wybrałeś sposób tak banalny?! A dlaczego to?! A dlaczego tamto?! A dlaczego siamto?! A dlaczego owo?!… Krótko mówiąc: zadbaj o pierwszą szansę na śmierć samodzielną, bo drugiej raczej nie dożyjesz. Owszem, w partykule „raczej” snuje się nadzieja – więc Sara i Julian próbują do jasności. Lecz zanim podejmą konkretne decyzje – wpierw wykonują krok niezbędny. Przystępują do spowiedzi.

W nocy nieudanej śmierci i rankiem dnia następnego – co daje dwie godziny spektaklu Krzyżowskiego – Sara i Julian są dla siebie wzajem proboszczami w przezroczystych konfesjonałach. Spowiadają się sobie z życia przeszłego, z puchnącej nudy codzienności, w której gasły z wolna wszystkie ognie początku. Miłość, namiętność dziergania zawodowych karier, przyjemności sukcesów pianistycznych i psychoanalitycznych, radość z dzieci, itd., itp. Zwyczajnie – matowiało wszystko, co ongiś żarem pałało, a żadne z nich nie uczyniło nic, co by przynajmniej zwolniło proces matowienia życia, zmniejszyło ciężar nudy rosnącej nieubłaganie. Gdy zostać przy samym, gołym tekście Schebat, odartym z głosów i twarzy aktorów – ów tekst prędko staje się nudny, może lepiej rzec: nużący. Tak, nużący, gdyż w swych tematach nużąco przewidywalne są dwie zapętlające się spowiedzi, sunące starymi, sprawdzonymi koleinami. Słowa, zdania, dialogi – zbyt chętnie przemieniają się w papier, na którym tkwią jako zestaw znaczków czarnej farby, monotonnie małpujących sędziwe refleksje jeśli nie wszystkich, to dziewięciu dziesiątych małżeństw świata całego, które zaczynają chwiać się lekko. Zbyt lustrzane małpowanie realności to nie jest sensowna strategia fikcji literackiej. Prędko więc sięgnąłem po wytrych „itd., itp.” Dalej nie pójdę. Niech starczy, że Sary i Juliana spowiedzi z istnienia w nudzie codzienności, monotonia przezroczystej przewidywalności owych wyznań, u Schebat przywodzi na myśl pamiętną wymianę zdań w Mrożkowej „Miłości na Krymie”, niestety nie mając w sobie nic z ironicznej goryczy tego dialogu spoza czasu.

CZELCOW – Życie. Ot, siedzimy sobie, siedzimy, herbatkę pijemy, a włosy nam rosną. Czy to coś sensacyjnego? Nie. nawet nie zauważamy… A jednak wyrosną, przerosną i ani się spostrzeżemy, jak trzeba będzie pójść do fryzjera.

WOLF – A łysy?

CZELCOW – Co łysy?

WOLF – No, jak ktoś jest łysy. Jemu włosy nie rosną.

CZELCOW – Jak mu nie rosną włosy, to mu rośnie co innego. I wszystko swoją drogą idzie.

Ale jest jeszcze – teatr. To znaczy – aktorzy. Najściślej rzecz ujmując – są: Urszula Grabowska-Ochalik oraz Marcel Wiercichowski. I w końcu jest, a raczej była, decyzja Krzyżowskiego, że ona stała się Sarą, on zaś Julianem. Z grubsza – tyle starczyło, aby z nudy oczywistości Schebat i z tego tandemu aktorskiego powstał sceniczny oksymoron. Nienudna nuda. Oczywistości nieoczywiste. Nie chodzi o to, iż Grabowska-Ochalik i Wiercichowski sztuką swą pod egidą Krzyżowskiego czarodziejsko przemieniali lekko pensjonarską Schebat, bo ja wiem?, może nawet w samego Samuela Becketta. Skądże. Lecz z drugiej strony, gdy w teatrze jest teatr – wtedy powtarza się tajemnica, dzięki której nawet banał tak gigantyczny jak fraza „dwa plus dwa równa się cztery” – zaczyna niepokoić. Czym? Dlaczego? Wedle reguł jakiej alchemii?

Po cóż to wiedzieć. Powiadają, iż alchemia bywa niebezpieczna. Lepiej więc się nie wpychać. Lepiej z oddali śledzić fabułę twarzy, gestów, kroków i głosów, które przesuwają oczywistość w cień na milimetr. Lepiej o nic nie pytać, lepiej patrzeć z jak piękną bezradnością kilka godzin po nieudanej śmierci Julian próbuje skryć się w małym seansie maniakalnej pedanterii. Z książek i kajetów, przekładając je z lewej strony biurka na prawą, a potem znów na lewą i znów na prawą – wciąż od nowa tworzy tę samą prostopadłościenną kolumienkę, która go nie ocali. W tej pedanterii Wiercichowski jest niczym u W.G.Sebalda uwięziony w noktoramie szop pracz, który z wyrazem powagi bez wytchnienia pierze w strużce wody wciąż ten sam kawałek jabłka, żywiąc nadzieję, że dzięki obłąkańczemu praniu zdoła uciec z fałszywego świata, do którego się nie wpraszał. Tak, lepiej siedzieć cicho. Lepiej go nie płoszyć. Niech się łudzi w spokoju.

25 października 2026 r.