Jak długo, jak krótko, trwało przejście tygrysa ze starej opowieści do opowieści nowej? Minutę? Miesiąc? Rok? „Znów przyśnił mi się niebieski tygrys, który chodząc, rzucał długi cień na piaszczystą ziemię”. Ile czasu musiało spłynąć za plecy, aby hipnotycznie piękny, lecz normalny, z tego świata kot, magicznie przepoczwarzył się w zjawę nie do powtórzenia na ziemi, a jej niesłyszalne kroki dały się słyszeć w tym nieważkim zdaniu z nowej opowieści? Czy aż wiek prawie, który dzieli wydanie młodzieńczej noweli Rudyarda Kiplinga „The Drums of the Fore and Aft” (1899 rok) od ukazania się „Niebieskich tygrysów” (rok 1983), drugiego z czterech ostatnich snów, jakie Jorge Luis Borges zdążył podyktować?
Tygrysy. Uparcie powracające tygrysy, wędrujące w te i we w tę. Z realności dżungli na karty Williama Blake’a, gdzie są „błyskami w gąszczach mroku”, potem do frazy G. K. Chestertona przekonującej, że „ty i tygrys stanowicie jedno”, a dalej – może znów do realności, lecz już innej, do realności tygrysów oswojonych, w których sierści nie mogący ich zobaczyć, umierający Borges zanurzał budyniowo miękką dłoń. I tygrysy dzieciństwa Borgesa, hipnotyzujące go w ogrodach zoologicznych, i ten widmowy z czytanej przezeń w dzieciństwie noweli „The Drums of the Fore and Aft”, i reszta pręgowanych gigantycznych kotów, które Kipling lepił ze słów, i te przez Borgesa przywoływane w wierszach bądź łupinach prozy, i jeszcze inne, nieprzeliczone. Tygrysy powracające, lecz nigdy nie w tej samej, nietkniętej formie, wędrujące tam i z powrotem, za każdym razem inaczej przepoczwarzone, naszkicowane, nucone, cieniowane. Tygrysy i nie tylko one. Jeszcze motywy żeglujące bez ustanku, spacerujący przez czas bohaterowie, ze stulecia w stulecie przefruwające fabularne schematy, metafory, czasem nawet całe baśnie.
W drobiazgu „Cztery cykle” Borges kataloguje najistotniejsze z owych wędrujących opowieści-tygrysów, głosów snujących się po zegarkach. Jest rzecz o obronie domu („Iliada”), jest kronika melancholii powrotu („Odyseja”), także bajka o poszukiwaniu snu ucieleśnionego (Jazon, Złote Runo), i wreszcie powielany portret ofiary z boga (Chrystus i Krzyż). W finale wyliczanki twórca „Ogrodu o rozwidlających się ścieżkach” wyznaje: „Opowieści są cztery. Przez czas, jaki nam pozostał, będziemy je przeobrażać i snuć wciąż od nowa”. W innym miejscu dopowie, że historia powszechna, więc i historia literatury, może zwłaszcza ona, jest historią kilku metafor, fabułą wciąż zmieniających się intonacji kilku odwiecznych metafor. Pisanie byłoby więc tkaniem pajęczyny z postrzępionych ech starych głosów. Cztery? Rzecz jasna, jest ich więcej. Nie szukając daleko – Borges miał dla siebie jeszcze stare głosy opowiadań Kiplinga, którego uważał za wirtuoza. Za geniusza łatwych na pozór, prostych opowiadanek, a w ostatecznym rachunku nie mniej labiryntowych i po finałowej kropce nie lżej niepokojących niż utwory Franza Kafki oraz Henry’ego Jamesa, choć bez wątpienia lepszych. Całe życie wracał Borges do owych, jak powie, arcydzieł lakoniczności, zaś w roku 1970 odpowiedział na nie własnymi drobinami – zbiorem „Raport Brodiego”. „Nieraz myślałem – wyznaje w Prologu – że to, co zamierzał i czego dokonał pełen geniuszu młodzieniec, może zostać skromnie powtórzone przez człowieka u progu starości”. Powtórzył – lecz co? Czym odpowiedział na bez ustanku nęcące go drobiny prozy młodego Kiplinga?
Tygrys, widmo tygrysa wyprowadzone z napisanego prawie wiek wcześniej opowiadania „The Drums of the Fore and Aft” – w drugim z czterech ostatnich, przez Borgesa trzy lata przed śmiercią podyktowanych snów, przestał być tygrysem jako takim. Nie dość, że jest niebieski, to jest nie jeden i żaden w niczym nie przywodzi na myśl kota rzeczywistego. Tygrys Kiplinga przepoczwarzył się u Borgesa w głęboko niebieskie, prawie czarne kamyki o kształcie żetonów, co wytrącają narratora z bezpiecznej racjonalności, gdyż niepodobna ich zliczyć. Są nieludzko płodne. Nieludzko, gdyż mnożą się w obie strony, raz do nieskończoności, raz do zera. Mrowią się niepoczytalnie, poza regułami, drwią z arytmetyki, gdy ta sama ich kupka po zrachowaniu może dać liczbę 5, 150, 17 lub każdą inną z możliwych. Narratora ogarnia lęk, że oto wpada w obłęd. Zaczyna przeczuwać, że we wszechświecie zagnieździł się zamęt. Zamęt lub coś gorszego, ostatecznego. „Jeżeli trzy dodać jeden równa się dwa lub czternaście – diagnozuje własny mózg – to rozum jest formą szaleństwa”. Nie powtarza więc Borges tygrysa, powtarza mieszkający w tygrysach nieokreślony niepokój, porównywalny z niepokojem wierszy lub opowiadań. I podobnie jest w „Raporcie Brodiego” z narracyjnymi drobinami Kiplinga. Żadnych u Borgesa oczywistych kalek, cienia prostych powtórzeń, klarownych kładek, podobizn fabularnych lub majaczących między postaciami. Więc – co? Co jest w tym tomie pokłonem, jaki pełnemu geniuszu młodzieńcowi składa człowiek będący u progu starości, jako tako znający rzemiosło układania zdań?
Gdyby tak księgarnie poszły dziś po rozum do głowy i ustawiały na półkach tuż obok siebie, okładka w okładkę, niedawno wydany przez PIW w borgesowskiej serii „Raport Brodiego” i również przez PIW dzień, dwa dni temu wysłany w Polskę tom „Najlepsze opowiadanie w świecie”, zbiór 19 Kiplinga arcydzieł lakoniczności, wybranych z wielu i ułożonych – przez Borgesa! To dopiero byłaby radość dla ludzi umiejących czytać! Szukaliby sobie natury pokłonu oślepłego starca i odkrywaliby, że natura owa – ów „tygrys” wędrujący z kart Kiplinga na karty Borgesa i z powrotem – to intonacja, ton arcydzieła lakoniczności, na pozór łatwy, jasny i przyjemny w smaku, lecz na końcu zostawiający w żyłach ślady dziwnego, nieokreślonego niepokoju. I odkryliby przynajmniej jedną analogię, fundamentalną analogię, łączącą twórcę tygrysów z twórcą niebieskich tygrysów.
W drugim drobiazgu księgi 19 drobiazgów, drobiazgu, którego tytuł jest tytułem całej księgi, narrator odkrywa, iż jego młodziutki przyjaciel to cenna ofiara losu zwanego wędrówką dusz, z której to wędrówki bez końca, z tych nie wiedzieć jak wielu wcieleń, pamięta sporo, lecz nie wie, że pamięta, więc myśli, że to zaledwie praca wyobraźni. Myli się narrator. Owszem, chodzi o metempsychozę, ale o metempsychozę motywów, fabuł, scen, książek. O metempsychozę tygrysów wszystkich bibliotek globu, tygrysów bez końca wędrujących z czasu w czas i odpoczywających w tej bądź innej ludzkiej głowie – i wtedy wszystko zależy tylko od tego, czy w głowie znajdzie się intonacyjna moc zdolna uporać się z tygrysim gościem, który prosi, aby go opowiedzieć raz jeszcze.
W „Spotkaniu”, czwartym drobiazgu „Raportu Brodiego” stare niczym pampa noże, ongiś należące do dwóch najpotężniejszych gauczów – budzą się oto po śnie chyba stuletnim. Kiedyś wspomniani gauczowie nie dokończyli swoich spraw – nie spotkali się w klasycznym pojedynku na noże, więc świat ich pożegnał, nie wiedząc, który był potężniejszy. Nie wdajmy się w szczegóły. Musi wystarczyć, że szmat czasu po śmierci gauczów całkowicie przypadkowe dłonie – chwyciły za rękojeści legendarnych noży i stara opowieść mogła wreszcie powtórzyć się skutecznie, to znaczy – do ostatniej kropki.
Rzecz jasna – padł trup. To było nieuchronne. Tak nieuchronne i tak długo wyczekiwane, iż zdawało się, że trup, co padł oto przed chwilą, w istocie padł sto lat temu, w pojedynku, który się nie odbył, lecz który właśnie dobiegł końca.
Rzeczy trwają dłużej niż ludzie, uczy Borges w finale. Nie tylko rzeczy. Także fabuły, figury, bajki. Tygrysy. Uczy i pyta: „Któż wie, czy nie spotkają się znowu, czy to już koniec historii”. Nikt nie wie, ale chyba jednak to jeszcze nie koniec.
26 kwietnia 2026 r.
