Szukam potwierdzenia… Zdumiewające wyznanie, wręcz fantastyczne, jeśli zważyć, kto je uczynił. Tadeusz Kantor. Tak. Naprawdę on. W krakowskim Muzeum Narodowym przyglądał się ustawionym na sztalugach obrazkom Witolda Wojtkiewicza, po czym dźgając palcem powietrze wskazał na jednym z nich osobistą tajemnicę, sedno własnego niepokoju, i wyznał: Tam są drzwi. Tam są drzwi. Szalenie ważne, szalenie ważny element! Ja dlatego szukam potwierdzenia dla swoich drzwi, które ciągle daję, że coś się dzieje za drzwiami. To, co się dzieje za drzwiami, jest o wiele ważniejsze, niż to, co się dzieje na środku pokoju! Chodziło o „Cyrk II” z 1906? A może o namalowaną w tym samym dalekim roku „Fantazję”? Nie pamiętam. Sen robi tedy, co chce, i podsuwa mi „Cyrk wariatów”. Na końcu widoku, w tle wypchanego trocinami dziecięcego konika na kółkach, szmacianych karłowatych manekinów i cudem wciąż żywych starców z naręczami trupiobladych lalek – brunatne wrota w murze brudnej bieli. Co może wsunąć się z cienia po tamtej stronie, kto może przybyć z mroku na drugim brzegu, kiedy jękną zawiasy i szpara między brunatnymi skrzydłami zacznie się powiększać? Zjawy podobne tym, które w „Wielopolu, Wielopolu” Kantora wchodzą w światło przez wrota rozsuwające się z tyłu sceny lub w pamięci Kantora?
Szukał potwierdzenia! Co jeszcze? Można dorzucić „usprawiedliwienie”, „pomocną dłoń przeszłości”, „usankcjonowanie” albo „zgodę” i „rację”? Pragnął, aby świat autorytetów ciągle wyrażał mu zgodę na bycie sobą? Szukał artystów, którzy przyznają rację temu, co i jak tworzył? Na boku zostawiając uczone o Kantorze wypowiedzi, referaty, analizy oraz księgi – w światku powszechnym, rozległym bardzo i ludnym, na środku gigantycznego pokoju codzienności, gdzie pichci się łatwe i zgrabne sądki o sztuce, świetnie się ma odpustowa pewność, iż Kantor skrajnie awangardowy był, to znaczy – programowo gardzący czasem przeszłym. Po prostu – nowocześnie ambitny był, niepowtarzalnie rewolucyjny, niepodrabialnie nowatorski i odkrywczy niczym sam Kolumb! A nawet odkrywczy bardziej, bo, że tak powiem, czyściej odkrywczy, gdyż Kolumb Amerykę odkrył przez przypadek, płynąc do Indii, Kantor zaś wszystkie Ameryki malarstwa i teatru nie tyle odkrył ściśle planowo, co zgodnie z planem zupełnie na nowo je – stworzył z niczego, od zera!… Od dawien dawna takimi właśnie banałami ludek pociesza się w ogromnym pokoju codzienności, a Kantor w roku 1986 spowiada się przed ludkiem z szukania u Wojtkiewicza, w drzwiach na jego obrazach z początku wieku, potwierdzenia dla swoich drzwi scenicznych i tych przez siebie namalowanych. Czy na drzwiach się kończy?
W rok potrójnego jubileuszu: 110. rocznicy urodzin Kantora, 35. rocznicy jego śmierci i 50. rocznicy prapremiery „Umarłej klasy”, myślę o drugiej Cricotece. Pierwsza, od jakiegoś czasu mieszcząca się w nowym gmachu, imponująca jest. Gromadzi ogrom śladów – wszystko, co namacalne, co ma jakiś ciężar, zapach, smak, kolor. Milion artefaktów wszelkiego gatunku, od czcionki po guzik. Milion łupin składających się jednak na pewien rodzaj pewności. Słowem – wszystko jasne. Labirynt, w którym raczej nie sposób się zgubić. A druga Cricoteka? Kwintesencja włóczenia się, błąkania. Byłaby widmem w cieniu za otwartymi drzwiami Cricoteki pierwszej. Byłaby zakątkiem wahań, szarą przestrzenią wielu niepewności wciąż szukających potwierdzenia. Tak, wielu. Myślę bowiem, że tamto spotkanie Kantora z Wojtkiewiczem nie było jedyne. Kogo jeszcze zagadywał o potwierdzenie? Kiedy? W sprawie jakich lęków scenicznych, malarskich i tych na dnie poza teatrem, spoza płócien i farb?
Ze Stanisławem Wyspiańskim, z jego wizją widm wychodzących ze starych dzieł sztuki, by ożyć w nowym dziele, po czym wrócić na dawne, raz na zawsze dane im miejsca. To spotkanie oczywiste. A spotkanie, na przykład, z Vladimirem Nabokovem, z jego iluzjami pełnymi zmarłych wcielonych w motyle bądź wiewiórki, albo choćby z powieścią „Przezroczyste przedmioty”, w której – jak u Kantora od „Umarłej klasy”, po „Dziś są moje urodziny” – widma zmarłych prowadzą narrację, z tamtego brzegu snuta jest opowieść o losie żywych? I dalej Nabokov. W „Patrz na te Arlekiny!” do pisarza przybywają oto na pożegnalne przyjęcie (do pożegnalnej powieści) strzępy wszystkich dawnych jego powieści. Czy trzeba przypominać istotę seansu Kantora „Nigdy tu już nie powrócę”? A Kantor i powietrzne korowody duchów na płótnach Jacka Malczewskiego? A Kantor i ciemność enigmatycznych drobnostek teatralnych Maurycego Maeterlincka? O niechybnym spotkaniu z pamięcią Marcela Prousta lub tylko domniemanym spotkaniu z pamiętliwym wędrowaniem W.G.Sebalda, i jeszcze o spotkaniu z niepokojącym milczeniem biednych przedmiotów najniższej rangi w „Wiwisekcji” Mirona Białoszewskiego – szkoda mówić. W ogóle trzeba tę recytację urwać, gdyż katalog podróży Kantora, świadomych i nieświadomych, po cudzych snach w poszukiwaniu potwierdzenia własnych lęków jest długi. Rzecz jak zawsze w tym, by nie poprzestać na skatalogowaniu asocjacji, ech, analogii, dalekich podobieństw. Nie zatrzymać się na suchym naskórku oczywistości.
Co zatem będzie z drugą Cricoteką – tego oczywiście nie wiadomo. Zwłaszcza, że powinna to być nie-instytucja nie-tworzona przez gromadę istot zupełnie samotnych, które nic nie wiedzą o sobie nawzajem, a o własnych, na kanwie Kantora snutych bajkach – niewiele. Na przykład – któż może znać tę bajkę o końcu artysty, który śnił swoje opowieści blisko, bardzo blisko snów twórcy „Wielopola, Wielopola”?
Był zmierzch roku 1989. 24 grudnia Tadeusz Kantor zanotował: „we wigilię/ umarł Beckett/ miał 80 lat/ żył ostatnio/ i umarł/ w domu starców/ nie miał rodziny”. Zostawmy detale. Niech starczy tyle. Na poddaszu kamienicy przy krakowskim Małym Rynku jedna samotność, żeby nie zapomnieć, uwiecznia sobie śmierć drugiej samotności. Za jakiś czas Kantor, któremu został rok życia, kupuje „Tygodnik Powszechny” – prasowe arcydzieło, stworzone i przez długie lata komponowane przez Jerzego Turowicza, niegdyś, za okupacji, odtwórcę roli Kirkora w stworzonej przez Kantora legendarnej „Balladynie” – i widzi niewielki tekst zatytułowany „Podrygi”. To ostatnia proza, jaką Beckett zdołał napisać. Jest zimno. Ciemnieje realność za oknem strychu przy Małym Rynku. Kantor czyta znaki słane stamtąd. Czyta urywanymi spojrzeniami, skacząc po zdaniach.
Pewnej nocy lub pewnego dnia, gdy siedział przy stole z głową złożoną na rękach, ujrzał siebie, jak wstaje i idzie. Najpierw jak wstaje i stoi, kurczowo trzymając się stołu. Po czym jak znowu siada. Po czym jak znowu wstaje i stoi, kurczowo trzymając się stołu. Po czym jak idzie. Jak rusza. Choć stóp nie było widać… Gdzieś daleko bił zegar, godziny i ich połowy. Ten sam, co bił i wtedy gdy między innymi Darly umarł i go zostawił… Widziany zawsze od tyłu, w którakolwiek szedł stronę. W kapeluszu i płaszczu z czasów, kiedy się włóczył… Jak gdyby szukał wyjścia…
Przerwał. Z ulgą pomyślał o pomniku Wiecznego Wędrowca, który chciał ustawić na Kanoniczej, gdzie zaczęła się Cricoteka. I znów zobaczył w pamięci teatralne wędrówki swych umarłych staruszków i starowinek wokół szkolnych ławek. Wyjrzał przez okno. W żółtawych szybach klasztoru Dominikanów jasne postacie przechodziły z prawej strony na lewą i z powrotem. Powoli, powoli. Coraz wolniej. Coraz rzadziej. Aż w końcu już nie.
14 grudnia 2025 r.
