Pokorny człowiek, który wiele lat strawił w nieogarnionym lesie cudzych słów, teraz, gdy na scenie Teatru Łaźnia Nowa przyszło mu rozpocząć opowieść o najistotniejszym spotkaniu jego życia, ze zdumieniem odkrywa ich biedę, ich bezradnie opuszczone wzdłuż brzmienia sensy. Nigdy nie było z nimi tak źle.
Przez całe życie pokorny człowiek szefował kancelarii parającej się kopiowaniem urzędniczych dokumentów na Wall Street, w biznesowym pępku świata, i dobrze pamięta: każde z przenoszonych z kartki na kartkę słów zawsze cechowała jedynie bezlitosna klarowność. Nigdy żadnych niejasności znaczenia, żadnych podtekstów, drugich den, podskórnych odcieni, nigdy więc nie było potrzeby stawiania pytań i szukania odpowiedzi. W żadnym słowie nigdy nie tliło się nic, co by w pochylonej nad słowem głowie rysowało choćby włos niepokoju. To samo ze zdaniem każdym, ową prostą linią nieomylnego geometry. I podobnie z każdym akapitem – nieubłaganie idealnym prostokątem wypełnionym regularną siatką tkaną z liter. Nie ma się czemu dziwić. Filozof uczy, że struktura świata jest strukturą języka, a w świecie Wall Street nie ma czasu na frazy mgliste, na wszystkie te „być może”, „jak gdyby”, „poniekąd” lub „ewentualnie”. Zatem podwładni pokornego człowieka skrybowie, kopiując pisma Wall Street, w istocie kopiowali strukturę świata tuczonego słowami tylko jednoznacznymi. A w Łaźni Nowej? Słowa poddały się. Pokornemu przychodzi oto skopiować, powtórzyć, w istocie – stworzyć przeszłość bajaniem. Stworzyć, gdyż nie ma przeszłości innej niż opowiedziana. Pewnego dnia spotkał mrok o twarzy chłopca, w szarym sędziwym płaszczu i niemodnych okularach, a tego nie sposób opowiedzieć przy pomocy starej jednoznaczności.
Pokorny człowiek stoi teraz na platformie będącej ogromnym okręgiem, na modłę bibułowych pierścieni zdobiących świąteczne choinki, zapętlonej z bliźniaczą platformą, ustawioną pionowo. Lecz tutaj nie będzie żadnego pocieszenia, nie narodzi się światełko. Stoi z urzędniczą aktówką w ręce, drepce, kuli się, wolną dłonią szuka oparcia w powietrzu, które przez następne 70 minut będzie tylko zmierzchem – kawałkami marnego światła w ciemnościach. I mówi, próbuje mówić starą geometrią języka, zdumiewając się bezradnością jednoznacznych słów, opadających bezwładnie z jego ust na ziemię. Próbuje ulepić wspomnienie spotkania z mrokiem, lecz słowa, zdania, co przez tyle lat pacykowały Wall Street, nie dźwigają tamtej zawrotnej chwili. Są obok, są nie o tym, nie trafiają w sedno, nawet najdelikatniej nie dotykają czasu przeszłego dokonanego. Kiedyś niezawodny las, którego kawałek zapewne taszczy teraz w pękatej aktówce – jak gdyby usechł. Pokorny człowieczek próbuje go ożywić, próbuje całym sobą, niczym śpiewacy operowi dobywający z siebie strzeliste arie nie tylko samym gardłem, ale i płucami, przeponą, mięśniami, kośćmi, powiekami, miękkim podniebieniem – wszystkim.
Pamiętam pewnego tenora Opery Krakowskiej. Zwałem go sobie Oczkiem. Nie był to najlepszy tenor świata, ale nie można też powiedzieć, że najgorszy. On był osobny, niepowtarzalny, zawsze samotny i bohaterski. Gdy w arii zbliżał się do nieosiągalnego dla siebie górnego C, gdy stąpał w górę po szczebelkach nut, całym sobą napinał się drastycznie. Lekko kucał na dygoczących nogach, dłonie przemieniał w kolibry, pod skórą szyi zaczynały mu się wić dwa węże boa, jabłko Adama pęczniało do rozmiarów dyni, zaś gdy spozierałem głęboko w jego zasnute łzami oczy, miałem pewność, że za sekundę – niczym majtkowi z noweli Witolda Gombrowicza „Zdarzenia na brygu Banbury” – wyskoczą mu one z głowy, potoczą się po scenie i spadną wprost na kolana siedzącej w pierwszym rzędzie melomanki, nagle uszczęśliwionej, tak, gdyż wrócić do domu z oczami tenora w torebce, to nie to samo, co wrócić tylko z muzyką w uszach.
W seansie „Kopista Bartleby”, który na kanwie arcydzielnego opowiadania Hermana Melville’a wyreżyserował Tomasza Fryzeł, Sebastian Gryga grający postać pokornego człowieka nie jest, rzecz jasna, tak malowniczy jak mój niezawodny Oczko, lecz jest podobnie zagubiony w próbie namalowania geometrycznymi słowami portretu zawrotnego spotkania. Przynajmniej na początku. Opowieść Melville’a to opowieść pamięci. Fryzeł zmienia ją w seans bezradności wspominania. Miejsce wypełnione zamierającym światłem, ogromem zmierzchu i zapętlonymi podestami w kształcie monstrualnych okręgów jest być może krajobrazem wnętrza głowy pokornego człowieka, próbującego uporać się z trupkami rzeczowników, czasowników i zdań dla jasności oraz spokoju ducha wyłącznie prostych, nigdy złożonych, nigdy metaforycznych. Za moment w głowie pokornego człowieka zjawi się Bartleby, mrok o twarzy chłopca. Zjawi się Adam Borysowicz, jak widmo, jak półprzezroczysty wędrowiec z czasu dokonanego, by po raz pierwszy wyrecytować swą legendarną sentencję, o której filozofowie tyle napisali. Pierwszy raz powie: „Wolałbym nie” i tą dziwną drobiną językową pierwszy raz nakłuje twardą, kojąco płaską fasadę świata sytego jednoznacznością słów, zdań, gestów, osądów, nawyków. Potem, prócz wygłoszenia innych umykających gdzieś w bok sentencji, swoje ocalające „Wolałbym nie”, będące odmową brania udziału w codziennej operetce oczywistości, powtórzy jeszcze wiele razy. To źle się dlań skończy. Fasada nie wybacza. Ale zostawiam w spokoju los Bartleby’ego. Co innego jest istotne.
Uparte brzęczenie sentencji „Wolałbym nie” jest jak w „Kosmosie” Gombrowicza nagle znaleziony w przydrożnych krzakach trupek wiszącego na sznurku wróbla. Ono otwiera przejście do zwałów niepewności, ukrytych pod naskórkiem świata. Seans Fryzła to opowieść o uchylaniu furtki wiodącej na dno. Bartleby przybywa do głowy pokornego człowieka, aby nauczyć go potęgi niejednoznaczności, aby dać mu lekcję przywracania słowom, zdaniom, gestom, osądom i nawykom – pełni, jaką miały kiedyś, na początku.
Pokorny człowiek jest dobrym uczniem. W pewnej chwili dwóch bohaterów stanie naprzeciwko siebie, oko w oko, mrok w mrok. Po chwili ciszy, w tej samej sekundzie, bez cienia złośliwości, każdy z nich powie o tym drugim jedno i to samo imię: „Bartleby”. Każdy tym wypowie – wszystko.
Wtedy spójrzcie na drugą stronę sceny, gdzie wznosi się pełna głów, pochyła widownia podobna do tej, na której wy siedzicie. Zobaczycie jak głupawe, spanikowane maski wyrastają na twarzach teatromanów, którzy na scenie nie dostrzegają tego, czym współczesny teatr tuczy ich od lat. Ani sterty ukochanych pustaków jednoznacznej publicystyki społeczno-kulturalnej. Ani pseudo-sensów serwowanych na tacy wraz z instrukcją ich obsługi. Ani odpustowych gadżetów oczywistości.
Za to kłaniam się panu, panie Fryzeł.
