Gdyby 25 lat temu W.G.Sebald wybrał nogi – jak tyle razy wcześniej, jak jego narratorzy zawsze – gdyby w południe zimnego dnia rzekł do Anny: „przejdźmy się”, a nie „jedziemy” – dotarliby do Norwich. Dwie, cztery, może sześć godzin później, a niechby dopiero następnego dnia, lecz dotarliby. Spacer by ocalił. Nawet dużo mniej by ocaliło. Zgoła nic. Ot, minuta. Co mówię minuta! Wrócić po szalik, mocować się z pasami bezpieczeństwa, o dwa razy więcej niż zazwyczaj wrzucać wsteczny – tyle, góra trzydzieści sekund opóźnienia by starczyło, a trzydziestoośmiotonowy tir spokojnie pokonałby śmiertelny zakręt mgnienie przed chwilą, kiedy na tym zakręcie Sebald się zagapił lub stanęło mu marne serce i zjechał na przeciwny pas ruchu. I nie stałoby się. Żyłby na podobieństwo wielbionych ciem, co umierają tak dyskretnie. Mawiał: po prostu czekają, aż życie z nich wyjdzie, i wtedy padają bezgłośnie. Może nawet w grudniu tego roku obchodziłby 82. urodziny – w Krakowie!
Kiedyś miał tutaj przybyć, lecz trupi wiraż przeszkodził. Wyobrażając sobie, że fatalnego dnia wybrał podróż piechotą, widzę, jak w rzeczone urodziny staje na ul. Westerplatte przed kamienicą nr 11. Przyczyna – ta sama. Sebald. Lecz inny Sebald. Inny specyficznie, gdyż na kanwie podszywania się, udawania, przebierania się, wdziewania masek, słowem – teatralnie inny. Chodzi o Józefa Sheybala, który przed końcem XIX wieku zmienił nazwisko na Sebald i aż do wybuchu I wojny prowadził w Krakowie przy Westerplatte, później przy Batorego, zakład fotograficzny „Atelier Wanda”. Ufam, iż o hipnotycznych W.G.Sebalda konszachtach ze starymi zdjęciami, o alchemicznych grach, co je portretował w akapitach niepodrabialnej, osobnej prozy, nie ma co się rozwodzić. Nie czas. Lecz koniecznie trzeba przywołać sedno konszachtów – opowieść tytułowego bohatera księgi „Austerlitz”, tkaną na kanwie teatralnej fotografii, uwieczniającej scenę w górach, i zdań pamiętliwej starowinki.
Upłynęły minuty – mówił Austerlitz – w czasie których i mnie zdawało się, że widzę osuwające się zwały śniegu, nim dotarły do mnie dalsze słowa Very o tym, że takie wynurzające się z zapomnienia fotografie zawsze mają w sobie coś niezgłębionego. Wydaje się, powiedziała, że coś się tam wewnątrz porusza, że słychać ciche westchnienia rozpaczy, gémissements de désespoir, tak powiedziała – mówił Austerlitz – jak gdyby fotografie same miały pamięć i przypominały sobie, jacy byliśmy kiedyś, my, którzyśmy przeżyli, i ci, których już nie ma wśród nas.
Jeśli więc 25 lat temu Sebald i Anna ruszyli do Norwich piechotą – powiedzmy, że z końcem czerwca roku 2026, Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego przesłał mu do Anglii godny klasztornych bibliotek, karmazynowy niczym plusz teatralnej loży, ogromny tom czasu przeszłego, kilkuset podobizn wielu przeszłych czasów, zatytułowany „Pamięć teatru. Polska fotografia teatralna od początku istnienia do dziś. 1839 – 2024”. Sebald wciąż go przegląda. Wędruje po zamarłych twarzach, mroczniejących rzeczach, krawędziach tym mętniejszych, im starszych. I nasłuchuje, jak w wielu antykwariatach Europy nasłuchiwał westchnień tysięcy, dziesiątków tysięcy sędziwych zdjęć, pocztówek, monideł.
A teraz Tadeusz Łomnicki jako Hamm w „Końcówce” Samuela Becketta pyta, albo za moment, z głębi roku 1986 zapyta Sebalda: Spotkało kogo… nieszczęście… bardziej wzniosłe… niż mnie? Rok 1977 dźga twórcę „Pierścieni Saturna” mefistofelicznym rechotem Jana Nowickiego, co w roli Rogożyna z niepojęcie ogromnej miłości zabił Nastazję Filipowną. Na dnie kadru uwieczniającego jedną sekundę „Wielopola, Wielopola” Tadeusza Kantora, seansu bezsilności wspominania, rekruci tupią już od pół wieku i tupać nie przestaną, aż kadr obróci się w kurz. A nad zdjęciem palącego Konrada Swinarskiego, który snuje opowieść o swoim „Śnie nocy letniej”, wraca do Sebalda fotografia ze studenckiego przedstawienia „Snu nocy letniej”, w którym Sebald był Klocem, ale także Lwem, więc, co pokazuje fotografia, chodził na czworakach. Ryczał? Oczywiście. A dalej, nad innymi zamarłymi krajobrazami fantastycznie skomponowanej, karmazynowej księgi, nad innymi nieubłaganie mętniejącymi portretami Hamletów, Antygon oraz innych widm – z czterech prozatorskich arcydzieł Sebalda wracają doń wszystkie niepokojące zdjęcia, owe przestrzenie zamarłe w małych prostokątach, obtańcowywane przez jego rozległe, spokojnie falujące zdania, co są niedokładnym echem westchnień wewnątrz zdjęć, albo raczej odpowiedzią na westchnienia. Wracają, a Sebald ironicznie się uśmiecha, powtarzając swe w „Austerlitzu” pomieszczone słowa.
Nie sądzę, byśmy rozumieli prawa, które rządzą powrotem przeszłości, ale coraz mocniej przekonany jestem, że czasu w ogóle nie ma, są tylko różne, zazębiające się wedle wyższych zasad stereometrii przestrzenie, pomiędzy którymi żywi i umarli mogą się przemieszczać, jeśli chcą.
Przemieszcza się więc Sebald dalej. Jak przez życie całe od książki do książki, od mglistego obrazka do mglistego obrazka, od frazy swojej do frazy swojej – teraz, jeśli 25 lat temu wybrał spacer, przemieszcza się między teatralnymi fotografiami. I trafia na bohatera „Fausta”, zmienną istotę, co wedle Goethego raz jest czarnym pudlem, raz wędrownym belfrem, raz aktorem w masce szlachetnego dżentelmena, a raz nieznajomym w jedwabnym płaszczu, czapce z kogucim piórem i szpadą przy pasie. Mefistofeles, tym razem przeistoczony w nietoperza. Genialny demon, przez Kazimierza Kamińskiego grany w Teatrze Miejskim w Krakowie zimą roku 1900.
Pośród setek nietoperzowych istot, zaludniających karmazynowy tom, najbliższy bezszelestnie latającemu nocą ssakowi jest właśnie on. W grudniu skończy 126 lat bycia nieruchomym w nieubłaganie gęstniejącej sepii zwyczajnej pocztówki, 13 x 9 cm. Taki szmat czasu Mefistofeles stoi oto na mrocznej kuli, która być może jest symbolem Ziemi, rozpościera szeroko w bok ręce, ukazując błonę nietoperzych skrzydeł, i patrzy w napowietrzną przepaść bez dna, zwaną Bogiem. Tak trwał będzie, aż pocztówka zmieni się w kurz. Na mrocznej kuli, tuż pod stopami Mefistofelesa – nazwisko fotografa. Sebald czyta: „Sebald”. Dalej – sporo innych teatralnych zdjęć mistrza Sheybala, który nic nie wiedząc o W.G.Sebaldzie – wiele lat przed jego narodzinami skryje własne nazwisko pod maską nazwiska tego łowcy widmowych intonacji dochodzących z dna starych fotografii. Wreszcie – strona 120. Portret Michała Tarasiewicza w roli białego motyla. Ostatnie i najpotężniejsze z przemieszczeń, spotkań tyleż umarłych z żywymi, co fikcji z rzeczywistością. Gdyby fotografik o fałszywym nazwisku odpiął motylowi skrzydła i kazał stanąć przodem do obiektywu – pisarz o prawdziwym nazwisku mógłby tym skorygowanym motylem zastąpić swoje zdjęcie z dzieciństwa, któremu to zdjęciu wyznaczył w „Austerlitzu” rolę zdjęcia z dzieciństwa tytułowego bohatera, zaś wspomnianej Verze powiedzieć te słowa.
A tu, na drugiej fotografii, to jesteś ty, Jacquot, w lutym 1939 roku, mniej więcej na pół roku przed wyjazdem z Pragi. Agata zabrała cię ze sobą na bal maskowy w domu jednego ze swych wpływowych wielbicieli i specjalnie na tę okazję uszyto ci ten biały kostium. „Jacquot Austerlitz, páže ružové králowny”, napisane jest na odwrocie ręką twego dziadka, który akurat wtedy tu gościł.
Tak, kilka miesięcy po chwili spotkania z białym, granym przez aktora Tarasiewicza motylem, który jest jak prawdziwy pisarz Sebald w realnym dzieciństwie, który jest fikcyjnym Austerlitzem w dzieciństwie zmyślonym, który jest białym bajkowym paziem u boku Królowej Róż, jak napisał dziadek, którego nigdy nie było naprawdę – kilka miesięcy po tej zawrotnej chwili W.G.Sebald stanie przed kamienicą przy Westerplatte 11, w której 126 lat temu Sheybal w masce słowa „Sebald” zrobił motylowi zdjęcie z profilu. Myślę, że postanowi napisać o tym powieść. Ale wszystko pod warunkiem, że 25 lat temu postanowił ruszyć z Anną do Norwich piechotą.
19 lipca 2026 r.
