Nogi, jak zawsze, ciągnęły go tradycyjnie w przód, lecz oczy, po całym życiu bycia w oczywistej zgodzie z nogami – pierwszy raz nakazywały im obrać kierunek rewolucyjnie przeciwny. Był bezsilny. Rozrywany siłami o sprzecznych wektorach – buksował, biedak, dreptał w miejscu przed wejściem do teatru. „Przepraszam panów”, rzekł, gdyśmy go z profesorem mijali. „Heniek jestem, teatroman, i najmocniej przepraszam, ale czy możecie mi jakoś pomóc… Coś chyba poszło nie tak…” Miał rację. Poszło nie tak, ostro nie tak, lecz nie coś, a wiadomo co. I nie dopiero teraz, tylko wcześniej.
Do wniosku, że poszło ostro nie tak, doszliśmy tuż po spektaklu. Stoimy oto w ogonku do szatni, patrzymy, a Henio idzie w dół po schodach. Nie dziwujemy się, że wędruje niebywale wolno, że kroki stawia ze starannością ślepca, nie dziwimy się temu wcale, gdyż Henio idzie – niosąc własną głowę pod pachą! Ktoś krzyczy głupawo: „Messi – podaj!”, kilku pstryka fotki, wielu ze skrywanym niepokojem obmacuje swe szyje, profesor zaś, legendarny humanista, z krwawej ballady Bolesława Leśmiana „Piła” ciemnym basem recytuje dystych przecudny: „Głowa, dudniąc, mknie po grobli, szukająca karku/ Jak ta dynia, gdy się dłoniom umknie na jarmarku”. Heniowi wprawdzie nie umknęła, niebawem jednak opuściło go szczęście. Próbując przed teatrem samodzielnie nałożyć sobie głowę – fatalnie wycelował. Nie powiem, w szyję trafił, lecz – podobnie jak niektórzy modni tenisiści bejsbolówki – myślącą bryłę założył Henio odwrotnie, skazując się na buksowanie i wieczną kontemplację świata za swymi plecami. Nikt nie zdoła bez przerwy przebierać nogami w miejscu, więc i Henio przystawał czasem. Niczym bocian zastygał na lewej nodze, brodę wtulał między łopatki i przyglądał się zawisłej w powietrzu prawej pięcie. Przy którymś z tych Henia zmarmurzeń pomyślałem: A gdyby tak zacny pomysł Stowarzyszenia Pisarzy Polskich rozszerzyć na teatr?
Krakowski Oddział SPP, na czele z nowo wybranym przewodniczącym Adamem Kwaśnym, ogłosił konkurs na pomnik czytelnika. Co mówię ogłosił! Wysokie jury konkurs już rozstrzygnęło – wygrał projekt Kajetana Gacka, studenta Akademii Sztuk Pięknych. Nie widziałem tego dzieła, wiem jedynie, że w efekcie ma powstać pomnik, pomniczek raczej, składany i mieszczący się w walizce, po prostu podróżny i niczym namiot łatwy w obsłudze na biwakach literackich. Teraz nie ma się co nad tym rozwodzić, należy gromko apelować. Niech pani Inka Dowlasz, przewodnicząca Krakowskiego Oddziału Związku Artystów Scen Polskich weźmie z Adama Kwaśnego oraz SPP przykład i rozpisze konkurs na pomnik widza teatralnego! Mówiąc dokładnie – na pomnik polskiego widza teatralnego w dobie teatralnych rewolucji estetycznych. A wytyczna dla startujących niech będzie tylko jedna. Bez wytchnienia zerkać na „Piłę” Bolesława Leśmiana! Uważnie słuchać bajki o miłosnym zwarciu człowieka z narzędziem drwali, z tym swoistym artyzmem o wyszczerzonych zębiskach, który człowieka na kawałki całusami przerżnął i po świecie rozrzucił, a one, powiada poeta, „Sama chciały się uciułać w kształt wielce bywały,/ Jeno znaleźć siebie w świecie wzajem nie umiały”.
Dzieła sztuki przemieniają ludzi. Bywa, że stwarzają ich od nowa na swój obraz i podobieństwo. Po przeczytaniu siedmiu tomów Marcela Prousta, Jan Błoński wyznał: „Z tej lektury, która trwała całą wiosnę, wyszedłem odmieniony. Pewnego dnia spostrzegłem, że inaczej patrzę, inaczej widzę, że świat zmienił – barwę, klimat? że odnowił się, rozbłysnął…” Henio z teatru także wyszedł odmieniony, inaczej patrzył, inaczej widział… Nie chcę się narzucać, lecz gdybym brał udział w konkursie na pomnik polskiego widza teatralnego w dobie teatralnej rewolucji estetycznej, inspiracji szukałbym u Giuseppe Arcimboldiego, pre-surrealisty sprzed ponad pół tysiąca lat, który alegoryczne portrety ciułał z rupieci przeróżnej maści. Na przykład – bibliotekarza zrobił z książek, sadownika – z owoców, gałązek i liści. Głowa jednego kucharza przedstawia zbiór sztućców oraz naczyń, a głowa masarza to wciąż ciepłe mięsiwa: przed momentem oskubana przepiórka występuje w roli nosa, czoło zaś jest różowiutkim prosiątkiem o powieczkach już na amen sklejonych.
Mądrze byłoby także sięgnąć wyżej, na najwyższą półkę. Myślę o Picassie, zwłaszcza o postaciach, które na jego genialnych płótnach przemienione są w znieruchomiały pląs figur geometrycznych. Myślę choćby o dziele „Młoda dziewczyna w fotelu”, na które trzeba patrzeć nie mniej niż godzinę, gdyż patrząc krócej nie docieczesz, co jest fotelem, a co dziewczyną. Podobnie sprawy się mają z obrazem „Nago w fotelu z butelką wody Evian”. Jak dla mnie – to butelka Evian wypija nagą zapadłą w fotelu. I wcale mnie to nie dziwi. Nie dziwi mnie również, iż na mym ukochanym arcydziele Picassa, „Portrecie Marie-Therese Walter”, lewe oko Marie-Therese przebywa w miejscu, w którym powinno widnieć lewe ucho, lewe ucho wyrasta z boku żuchwy, źrenice zaś okazują się ostrymi języczkami małych wiewiórek, sterczącymi spod górnych powiek będących orzęsionymi górnymi wargami dużych myszy lub tycich małpek.
Arcimboldi zatem, Arcimboldi, Picasso, oczywiście Franz Kafka, oczywiście w Leśmiana „Pile” mordercza piła seksoholiczka, jeszcze inni arcymistrzowie przemieniania ludzi w ludzi nie do poznania. Wspaniałe wzorce. Niewątpliwie. Lecz aby dojść do swojego projektu pomnika widza teatralnego da się też iść ścieżką bardziej, rzekłbym, metaforyczną, ścieżką, po której pewien polski artysta doszedł do stworzenia szalenie zagadkowego obrazu. Widziałem go wyraźnie, z bliska, i pamiętam, dobrze go pamiętam, zatem wiem, co mówię. Otóż, dzieło ukazywało – marchewkę. Tak. Była to na środku ogromnego, pustego, białego płótna przyklejona poziomo, prawdziwa, samotna marchewka średniej wielkości o naci markotnie oklapłej niczym wąs Podbipięty po bitwie. Tytuł obrazu rozwiązywał jego zagadkę. Brzmiał: „Ty”. Po prostu: „Ty”.
Słowem, wszystko to są cudne możliwości, perspektywy, wytyczne. Znamienite to wzorce, mocno inspirujące. Nic, tylko czerpać. Ja jednak na skromnym poprzestanę. Na Heniu. Cóż począć – polubiłem go. Już na samym początku mnie wzruszył, nieszczęsny tragarz własnej rozsypki, z głową swą pod pachą walczący po spektaklu o życie na wyścielonych czerwonym dywanem schodach. Gdy profesor, do niedawna przecież wielki fachowiec od nastawiania nienastawialnych głów studentów reżyserii teatralnej, wdrapywał się na przytaszczony z szatni zydel, aby głowę buksującego Henia osadzić wedle bożego planu, czyli przodem do przodu – postanowiłem, że jak tylko odważę się po ołówek sięgnąć, to przesłany przewodniczącej ZASP-u, pani Ince Dowlasz, mój projekt pomnika widza teatralnego przedstawiał będzie właśnie to.
Teatroman z marmuru, uwieczniony w chwili odpoczynku od buksowania. Bez końca stoi na jednej nodze, bez końca patrzy w ciemniejącą dal. Patrzy przed siebie w tył – widzi całe przeszłe życie. Tuż obok postawnej nogi człekokształtnego boćka marmurowy profesor bez końca wdrapuje się na marmurowy zydel. Tytuł rzeźby rozwiązuje jej zagadkę. Brzmi: „Henio”. Po prostu: „Henio”.
14 czerwca 2026 r.
