Gdy wczoraj po 19.00 siadłem za biurkiem, aby stary rozległy monolog czytać kolejny raz, wróciło moje zaskoczenie pytaniami, co padły w prologu pierwszej lektury lat temu… Jak wiele? Ktoś się z wnętrza wstępnego akapitu dziwił wtedy sennie, tak, dziwił się jakby mnie śnił. Że przybywam z daleka kupić wielki banał, że nagle zjawiam się w progu nieważnej izby z boku świata, żem się trudził nieludzko długą wędrówką, a przecież wielki banał sprzedają wszędzie, w każdej budzie z warzywami, za grosze… Lecz przypomniało się także tamto moje milczenie. Nie umiałem pojąć, kto pyta. Jak odpowiadać, skoro niepokoi myśl, że pytania stawia nie ktoś, a coś?

Podobnie było wczoraj. Minęła 19.00. Znów zaczynam czytać „Traktat o łuskaniu fasoli” Wiesława Myśliwskiego, otwarty na blacie po lewej stronie. Znów słyszę: „Przyszedł pan fasoli kupić? Do mnie? To przecież w każdym sklepie dostanie pan fasoli. Ale proszę, niech pan wejdzie”. Nie opieram się. Wchodzę, to znaczy czytam. Czytam dalej. Słucham dalej. Słucham rozległej przeszłości, którą przecież znam już z pierwszej lektury i której zarazem wciąż nie znam. Bezlitosna sentencja uczy, że prawdziwie wielkiej powieści nie da się przeczytać, da się ją jedynie przeczytać – kolejny raz. Dlatego znów wsłuchuję się w stare słowa. Równolegle jednak podsłuchuję inną rozległą przeszłość – leżący po prawej stronie blatu tom „W środku jesteśmy baśnią”, gigantyczny zbiór drobnych tekstów Myśliwskiego i wielu z nim rozmów o wielu czasach, nade wszystko – o pisaniu. Z lewej strony słyszę echo wersetów św. Jana: „Świat jest taki, jak Bóg opisał, a nie jak człowiek widzi”. Od prawej płyną wykrzykniki Myśliwskiego. „Opowiadam język! Nie świat – język! Piszę z języka, nie w języku, ponieważ świat zawarty jest w języku!”. I na dokładkę: „Jedyne, co mamy naprawdę, to język!”. Patrzę w indeks osób na końcu gigantycznej księgi. I jeszcze raz, powoli, uważnie. I jeszcze. Rachuję numery stron przy nazwiskach…

A więc jednak! Pomijając członków bliskiej i dalekiej rodziny, pośród pisarzy i innych sztukmistrzów Myśliwski jedynie o Henryku Berezie wspomina częściej niż o Ludwigu Wittgensteinie. Tak. O nim, filozofie analitycznym, logiku, który zamiast szarej galarety mózgu miał w czaszce zestaw nieludzko precyzyjnie tańczących brzytew. Wyobrażam sobie zdziwienie wyznawców prostej, łatwiuteńkiej koleiny, w której stwórca „Kamienia na kamieniu” jawi się jako poczciwy i pełen troski Wincenty Kadłubek starej wsi nadwiślańskiej, zbieracz ludowych artefaktów, okutany baranią kapotą kustosz baśniowych czasów strzech, żurawi nad studniami, sierpów, lnu niczym blacha, cepów, braku prądu, analfabetyzmu wszędobylskiego i kartofli z wieczora jedzonych lękliwie jedną sosnową łyżką z jednej dziurawej miski, w normalne dni po dwie parujące bulwy na głowę, w niedzielę i święta zaś po dwie i pół, plus kapka kwaśnego mlika ku chwale św. Antoniego Opata, opiekuna krów i reszty stajennych bydlątek, amen. Jakże to tak!, dziwują się nad indeksem wyznawcy szufladkującej łatwizny. Ani jednego wzruszającego etnografa zamarłej wsi sandomierskiej, gdzie na świat przyszedł nasz kustosz Wiesław, a lodowaty filozof przywołany aż 15 razy! A niby co on?! Jakiś refren, mantra, sedno, kompas wskazujący istotę pisania?!

Owszem. Na stronach gigantycznej księgi o baśniach milczących w każdym z nas z osobna Wittgenstein powraca uparcie. Zauroczył się nim Myśliwski. „Niebieski i brązowy zeszyt”, „Uwagi różne”, „Uwagi o kolorach”, jeszcze inne dzieła, oczywiście „Traktat logiczno-filozoficzny” oraz „Dociekania filozoficzne”. Stwórca „Traktatu o łuskaniu fasoli” zapewne smakował owe tomiki wciąż od początku, a później przywoływał je sobie, aby nie błądzić. W gigantycznej księdze – 15 razy wprost to czyni. A ile razy parafrazując, w strzępach, w echach? Słucham prawej strony blatu, zasłyszane spisuję niedokładnie, naprędce.

Granice mojego języka są granicami mojego świata… O czym nie można mówić, o tym trzeba milczeć… Nie w słowniku tkwi znaczenie słowa, znaczeniem słowa jest jego użycie… Jestem moim światem… Cóż mnie obchodzi historia? Mój świat jest pierwszy i jedyny… Język to nasze człowieczeństwo… Jedynym ratunkiem dla literatury jest zakreślić własną przestrzeń, którą jest tylko sztuka słowa, sztuka słowa jednostki… Pojedynczy człowiek ma własny język, więc kiedy opowiada cokolwiek, w istocie opowiada samego siebie, jedynie prawdę własną, pojedynczą, nieusuwalnie samotną… W opowieści świat jest zawsze mój, twój, jego, każdego z osobna – i nigdy nasz… Język to nie narzędzie opowieści, jak niektórzy sądzą, to jej budulec… To, jak się opowiada, jest tym, co się opowiada… Komunikacja jest zaledwie jedną z funkcji języka, na szarym końcu w skali ważności… Język stanowi część organizmu ludzkiego i jest nie mniej niż on skomplikowany… Treść otrzymuje swą godność od słów, nie odwrotnie… Język stwarza na nowo, a nie kalkuje bezwiednie… Skąd mam wiedzieć, co myślę, odczuwam, zanim przeczytam to, co napiszę?… Człowiek sam w sobie jest kreacją własnego języka… Tak, moje pisarstwo jest wymierzone w pychę dyskursów… Wybieram literaturę języka, odrzucam literaturę idei, zaangażowania, fabuł i z góry wykoncypowanych tematów, odrzucam pisanie, które portretuje rzeczywistość wedle wcześniejszych założeń… Język wie lepiej… Piszę, bo nie wiem…

Wystarczy. Wracam na lewą stronę blatu. Zaproszony przez zdania, wchodzę w nie. Na śmierć Myśliwskiego czytam „Traktat o łuskaniu fasoli”. Czytam, więc słucham. Słyszę, gdyż czytam. Od sylaby do sylaby, od akcentu do akcentu, sklejając z sobą brzmienia, intonacje i rytmy tworzą słowa – być może za zgodą Myśliwskiego, być może bez zgody – postać starego człowieka, jakąś mysio-szarą samotność na marginesie nieznośnie buczącego świata, jakieś widmo, które oto, jak co roku o tej porze, reperuje tabliczki nagrobne, zdjęte z krzyży pobliskiego cmentarza. Świeżą farbą przywraca niknącym literom imion i cyfrom granicznych dat beznadziejną nadzieję na życie wieczne przynajmniej na ziemi. Który to już raz tak się trudzi? Sobie i mnie mówi nagle: „Skąd sądzę, że zmarli myślą? Stąd, że nie wiem, czy nie myślą. Bo co my wiemy?” No – mało. I jeszcze: „Trzeba cierpliwości do takich nieżyjących liter”. Ma cierpliwość, lecz nie jedynie do cyklicznej śmierci nagrobnych tarcz. Ma cierpliwość, by nad nimi snuć sobie, dla siebie, kilkusetstronicowy monolog o sobie we wszystkich swoich przeszłościach. On – chłopczyk, on – młodzieniec, on – mężczyzna, w końcu on – sędziwe widmo z pędzlem w nieudolnych palcach skulone nad stertą blaszanych cieni… Czy w życiu widma było tak naprawdę?

Czytam dalej, gdyż pytam, a odpowiedzi nie wybrzmią. Dalej słucham rozległego traktatu o łuskaniu słów komponujących mysiemu człowiekowi całą przeszłość do zanucenia, która być może była inna. Lecz nie ma kto potwierdzić, nie ma kto zaprzeczyć. Mysiemu człowiekowi pozostaje ufać, że było tak, jak słychać. I że jest on tym, co opowiada.

5 kwietnia 2026 r.