Ałfierow wiercił się przez chwilę na ławce, westchnął raz czy dwa, a potem zaczął cicho pogwizdywać, co brzmiało, jakby sypał się cukier… Podnoszę głowę znad tych słów na 3. stronie „Maszeńki” Vladimira Nabokova, patrzę i nic nie widzę pod ścianką z przyciskami. Czyżby tym razem reżyserka seansu czytania w ogóle zrezygnowała z ławki? Dziwne. Niby dlaczego akurat dziś postacie opowieści – Ałfierow oraz główny bohater Ganin – mają tylko stać nos w nos, nie widząc się wzajem?
Gdy zdanie to studiowałem może pół roku temu, za plecami słowa ławka, jakby ono było otwierającym sezam ławek zaklęciem Ali Baby, przy ściance z przyciskami reżyserka ustawiła rozchwierutany taboret, by podkreślić marność pensjonatu rosyjskich emigrantów, wiek temu przez Lidię Dorn prowadzonego w Berlinie. Jeszcze wcześniej, do marginalnej roli ławki reżyserka zawsze znajdowała jakiegoś statystę. A to krzesło z dziurawym siedziskiem, a to zetlały fotel, a nawet od wieków niebujający się fotel bujany. Pamiętam też, dobrze pamiętam, jak w trakcie pierwszej, dalekiej mej lektury „Maszeńki” cudem przytwierdziła do ścianki z przyciskami kuriozalne pół dyszla. Krótko mówiąc, co było do siedzenia, to było, lecz zawsze coś, zaś teraz, przed chwilą – nagle nie ma nic. Dziwne. Po czym mijają te same co zawsze cztery małe frazy Nabokova i zjawia się to samo co zawsze zdanie-wybawienie. W tej właśnie chwili rozbłysła żarówka i klatkę windy, całą nagle roztętnioną, wzbijającą się ku górze, wypełniło żółte światło… Znów podnoszę głowę i patrzę. Winda jest duża, o wiele, wiele większa niż każda z wind poprzednich iście teatralnych seansów czytania „Maszeńki”. Przypomina wędrujący jękliwie w górę i w dół garaż wyłożony brunatną sklejką o zmatowiałym lśnieniu. Dziwne. Z drugiej strony – po cóż się dziwować, skoro nie ma się pełni władzy nad swoją czytającą cudze sny wyobraźnią, która jest jedną z form pamięci, a może po prostu jest pamięcią? Czy nie rozsądniej jest się poddać, usiąść w fotelu, poczekać aż kurtyna pójdzie w głowie w górę, a później nie protestować, tylko w skupieniu oglądać seans pani reżyser. Całkiem podobnie jak Lew Glebowicz Ganin w „Maszeńce”.
Stracił wszystko. Wiadoma kolej rzeczy: bolszewicka rewolucja, śmierć świata normalnych ludzi, ich ocalający życie i sens życia exodus na zachód i tam czekanie, choćby w wolnym Berlinie, czekanie na nie wiadomo co, chyba na litość losu. Stracił Ganin wszystko, a teraz – w połowie lat dwudziestych ubiegłego stulecia – próbuje w głowie swojej wracać do świata utraconego. Pozwala pani reżyser – pani wyobraźni, pani pamięci – na kanwie kilku, kilkunastu starych słów lub garści majaczących mu w głowie mglistych kształtów ocalałych z dawnych czasów – na nowo inscenizować dawne czasy. Powiedzmy: tamta nazwa ulicy, tamta brama, tamto jej imię, jej twarz, i tamta klamka lub aleja parkowa, i jeszcze coś, lecz niewiele. Na kanwie owych biednych artefaktów pani reżyser, samodzielna cząstka Ganina, wcale nie odtwarza przeszłości. Nie. Ona przez dni sześć świat utracony stwarza na nowo, aby siódmego odpocząć. Niczym sam Nabokov w dniu, w którym skończył pisać „Maszeńkę”, będącą echem jego berlińskiego losu i z wolna blaknących w Berlinie śladów jego pierwszej miłości, niemożliwej do powtórzenia. Tyle że dla Ganina nie będzie odpoczynku, choć nastanie dzień siódmy. W finale idzie na dworzec, gdyż miłość, Maszeńka, po tylu, tylu latach wreszcie przybywa do Berlina. Lecz Ganin odwraca się nagle na pięcie i odchodzi w stronę przeciwną litej prawdzie, która za chwilę wyjdzie z wagonu. Wraca do wnętrza seansu. Nie dojdzie do spotkania snu z jawą na peronie. Ganin pojmuje, że Maszeńka, rzeczywista Maszeńka, byłaby ciałem zupełnie obcym w przepięknej fatamorganie pamiętliwego seansu, co mu go inscenizuje pani reżyser, wciąż zmieniając rekwizyty, ich kolory, blaski, zapachy i całą sensualną resztę, wciąż coś dodając do gry.
To właśnie jest istotne naprawdę: gra. Dlatego odstawiam na bok biografizmy, bolszewię, tamtą emigrację Rosjan, tamten Berlin i całą gęstą resztę tamtej realności, więc i pewien dzień, kiedy Nabokov z drżeniem przerwał stwarzanie „Maszeńki” i ruszył na dworzec odebrać dwa okruchy gwałtownie utraconej przeszłości, przybywające pociągiem z Estonii. Od 6 czy 7 lat niewidzianą starą służącą rodziny Nabokowów oraz jamnika Boksa II, wnuka Quiny i Broma, ukochanego jamnika Antoniego Czechowa. Zostawiam to wszystko, gdyż równo sto lat temu 27-letni Nabokov – pod pseudonimem Sirin, pod egidą owej starej mitologicznej zjawy rosyjskiej, wielobarwnego ptaka o obliczu i piersiach kobiety, podobnego do widm melodyjnej narracji, do owych syren, które śpiewem próbowały jawie Odysa, jego jaźni, jego przeszłości nadać niepojęty, zgubny sens – otóż młody Nabokov wydaje wtedy w Berlinie debiutancką powieść, drobną, liczącą trochę ponad sto stron „Maszeńkę”. Udziela lekcji.
To pierwsze tak doskonałe ucieleśnienie późniejszej tezy Nabokova, nigdy nie opuszczającej go pewności, iż rzeczywistość nic nie znaczy bez cudzysłowu, bez wzięcia jej w nawias czyjejś o niej opowieści, bez reżysera, który swobodnie doda rzeczywistości coś bądź odejmuje, aby ulepszyć intonację spektaklu, a nie jego prawdę. I jest także „Maszeńka” pierwszym szkicem do portretu gry, do wielu takich portretów, które Nabokov będzie malował bodaj we wszystkich przyszłych opowieściach, do końca. Jawa i sny, realność i fikcja, iluzja i rzeczywistość, przeszłość i pamięć. Jeszcze wielki temat dwóch światów i przejść, co z naszego życia i za naszego życia wiodą w zaświaty, choćby tylko na chwilę, na te kilka godzin, gdy trwa czytanie powieści lub opowiadania. I jeszcze niepokój pączkującej tożsamości – niepokój pary doktor Jekyll i znów doktor Jekyll, ale ten, któremu reżyser dodał ciemność, przemieniając go w pana Hyde’a. Ta gra w wielu odcieniach powtarza się aż do ostatniej ukończonej powieści Nabokova, do wydanej w 1974 roku, piętrowo zmistyfikowanej autobiografii „Patrz na te arlekiny!”, w której „Maszeńka” zjawia się jako gość honorowy wielkiego Nabokova przyjęcia stylistycznego na pożegnanie z wszystkimi powieściami i opowiadaniami, jakie stworzył, jakie wyreżyserował przez sześć dni rozciągniętych na prawie 50 lat. Przybywa „Maszeńka” wraz z innymi gośćmi i jak oni – przybywa przemieniona. Jest oto „Tamarą” i z uśmiechem słucha uwag o arlekinach, uwag karcących, przez niejaką baronową Briedow z domu Tołstoj wykrzyczanych w twarz Wadimowi Wadimowiczowi. Żeby wreszcie przestał się sępić i zaczął patrzeć na arlekiny, które czają się wszędzie. Gdziekolwiek się obrócić. Drzewa to arlekiny, słowa to arlekiny. Podobnie jak rytuały i rachunki. Wystarczy dodać do siebie dwie rzeczy – żarty, obrazy – a już masz potrójnego arlekina. No, dalej! Baw się! Wymyślaj świat! Wymyślaj rzeczywistość! Przy „Maszeńce” – którą wydawnictwo W.A.B, być może na stulecie jej powstania i na przyszłoroczne pięćdziesięciolecie śmierci Nabokova, za dni kilka wypuści na księgarski rynek – aż korci krzyk baronowej Briedow uzupełnić. Czytaj świat! Czytaj rzeczywistość! Czytaj książki, bo tak przeczytasz swój świat, własną rzeczywistość!
Cóż robi Ganin? W istocie – czyta właśnie. Pozwala, by na kanwie majaczącej w jego głowie fatamorgany utraconego świata swobodna reżyserka snuła mu baśń, którą on studiuje wciąż od nowa, pewnie dziwiąc się grze snu z jawą, i niepokojąc się własną tożsamością. Bo właściwie dlaczego jest Ganinem a nie Nabokovem? I dlaczego ma na dworzec ruszyć po wyczekiwaną długie lata kobietę a nie po wyczekiwanego długie lata jamnika Boksa II? „Maszeńka” jest lekcją czytania. Lekcją sztuki dodawania siebie do cudzych słów. Dobrze, że kolejny raz zjawi się w Polsce. Co mówię, zdając sobie sprawę ze swej naiwności. Może więc kogoś, kogo nie skusi sto stron Nabokova, skusi to jedno jedyne, stare zdanko Clary? Nie można nic zobaczyć, nie stając się samemu częścią obrazu, szepnęła Clara Westhoff, żona Rainera Marii Rilkego, gdy zimą roku 1907 patrzyli w czeluść najgłębszej studni Klasztoru św. Klary w Neapolu.
Ganin mógł znać te słowa Clary. On albo Nabokov. W każdym razie „Maszeńka” brzmi tak, jakby obaj je kiedyś spotkali.
4 października 2026 r.
