Jazon mógł nie być pierwszy, lecz ma mocne imię, a to wystarcza, by trwać mocno. Przed nim może ktoś inny ruszył w podróż po swój ucieleśniony sen, a jeszcze wcześniej jeszcze ktoś inny po swój, choć i tego zapewne ktoś uprzedził. I tak rakiem, bez końca? Być może ta podróż nigdy się nie zaczęła, a istnieje tylko powtarzanie się podróży, jak chce Jorge Luis Borges – jest tylko wirujący krąg cyklicznie zmartwychwstającej opowieści o poszukiwaniu, o wyprawie po złote runo, opowieści, którą przez czas, jaki nam pozostał, będziemy snuć wciąż na nowo, zmieniając intonację i barwy. Teraz, w nowym filmie Wernera Herzoga „Sny o słoniach”, Jazon zwie się Steve Boyes i jest brodatym obłąkańcem, pięknym, spokojnym obłąkańcem. Który to już Jazon w sztuce Herzoga, w wirującym kręgu kinowych obrazów ciągle o tym samym?

Ten Jazon jest w trampkach, letnich spodenkach do kolan i bawełnianej koszuli. Nosi miękki kapelusz o szerokim, falującym rondzie, zegarek na prawym nadgarstku i telefon w kieszonce koszuli. Inny Jazon Herzoga, Lope de Aguirre, w hełmie konkwistadora wędrował po trupach, by ziścił się mu sen o złocie Eldorado, a gdy na dryfującej Amazonką tratwie został w końcu sam, drobnym małpom o pyszczkach niczym trupie czaszki na nowo snuł baśń o przyszłym swoim imperium ze złota. Kolejny, Fitzcarraldo, ciągle okutany miękkim garniturem z białego lnu i w kapeluszu rozległym jak parasol, przeciąga kilkusettonowy parostatek przez górę, aby wytyczyć nową drogę transportowania kauczuku, zarobić stos pieniędzy i obrócić w realny gmach odwieczny swój sen o operze w środku amazońskiej dżungli, gdzie zaśpiewa sam bóg, Enrico Caruso. Do tego Jazon-Stroszek, Jazon-Kaspar, Jazon-Woyzeck, Jazon-Cobra Verde, i jeszcze wielu innych Jazonów przed Boyesem zaistniało u Herzoga, pięknie obłąkanych, a każdy utopiony w swoim śnie nieustępliwym, każdy wędrujący i nawet gdy wędrowanie to było tylko małym dreptaniem w kółko, naprawdę było wielką podróżą na drugą stronę rzeczywistości, do sfery falujących widm, na podszewkę racjonalności, sylogizmów, cywilizacyjnych prawideł i innych wzorów, co łudzą, iż świat od nich się zaczyna i na nich kończy się bez reszty. Obłąkańcy Herzoga wędrują po ową resztę. Także Boyes. Niebawem Herzog skończy 84 rok życia. Możliwe, że Boyes to rzeczywiście ostatni jego Jazon. Szaleniec pożegnalny.

Dekadę, ponad dekadę temu pięknie oszalał – wierzy, iż na płaskiej wyżynie w Angoli, rozległej ziemi, co zdaje się widmem, naprawdę trwa podgatunek największych słoni świata. Na dowód ma tylko swoje sny o szarych kolosach, sny coraz wyraźniejsze, coraz bardziej natarczywe i hipnotyczne – jak choćby ten snujący się w żółtawej wodzie pod taflą jeziora sen, w którym szary kolos pląsa nad piaskowym dnem z lekkością i miękkością meduzy, w zgodzie z fragmentem adagia fortepianowego tria Es-dur Franciszka Schuberta. I ma Boyes coś jeszcze. Ma Henry’ego, szarego kolosa, którego lata temu człekokształtny idiota zabił (na starej fotografii idiota do dziś pyszałkowato uśmiecha się nad majestatycznym trupem) i który teraz, wypchany, stoi w głównym holu Muzeum Historii Naturalnej w Waszyngtonie. W prologu „Snów o słoniach” Boyes, nie większy niż pół zamarłej nad nim trąby, przygląda się Henry’emu. „Pod tą wyspą jest jeszcze jedna wyspa…”, rzekła Julia Hartwig. Bruno Schulz uczył: „Żaden Meksyk nie jest ostateczny…”. Jakby znał owe frazy o istnieniu świata poza światem – w sztucznych oczach szarej góry Boyes widzi dużo więcej niż tylko chłodne szkło pod rzęsami z czarnego plastiku. Dlatego rusza w drogę na płaskowyż kolosalnych widm, by wreszcie nie w śnie, a na jawie zobaczyć swój sen, przechadzający się wśród drzew. Za nim idą buszmeńscy tropiciele. Dalej – tragarze. A na samym końcu – Herzog, być może po raz ostatni jako kronikarz podróży po sen.

Kronika? To źle powiedziane, gdzieś obok. I nie trafia się w sedno „Snów o słoniach”, mówiąc tylko „fabuła”, albo tylko „dokument”, lub tylko „dokument fabularyzowany”. Ta Herzoga opowieść, jak wiele poprzednich, jak może wszystkie, jest właśnie – opowieścią. Niczym mniej. Jest tkaniem dodatkowej rzeczywistości, która wystarcza sama sobie, tkaniem przy użyciu pulsujących na ekranie obrazów, co są prawie jak epifanie, i sypiącego się z offu, chrapliwego tembru Herzoga, narratora niewidzialnego. Nocami – wiruje afrykańskie niebo gwiazd, których liczba jest liczbą piasku i nowym Argonautom wydaje się, że nie muszą stawać na palcach, by zerwać kilka. Na dole – stworzenia, zwierzęce i ludzkie, balansujące na krawędzi realności i tajemnicy. Buszmeni, co w trwającym dobę tańcu zapraszają w siebie duchy padłych słoni. Jadowita pajęczyca, w drodze skądś dokądś taszcząca na grzbiecie dziesiątki swych mrowiących się dzieci. Zobojętniała na czas, siedząca pośród dziobiących w glinie kur żywa mumia o obliczu stuletniej żaby stroi lutnię stworzoną z deski, patyków i sznurka. Żuk, co ongiś był skarabeuszem, toczy kulę słoniowego łajna, wspominając faraonów pod piramidami. Skamieniały wódz plemienia po raz tysięczny słucha opowieści o początku ludzkości, o chwili, w której słoń zrzucił skórę, uwalniając dojrzewającą pod skórą przez całą wieczność nagą kobietę. I jeszcze zielony wąż na kamieniu, litościwie przyglądający się Boyesowi czekającemu za pniem na zjawienie się szarego kolosa. Tak, doczeka się, zobaczy, nagra telefonem jego spacer w gąszczu – lecz chwila ta zdaje się nie być sednem opowieści Herzoga. Sednem jest samo opowiadanie. Kolejny raz opowiadanie tego samego – podróży na podszewkę oczywistości, po sen. Albo, jeśli kto woli, po prostu – wierność.

Herzog jest wierny. Choćby jak Schulz, bez ustanku szukający tajemnicy Drohobycza. Jak Georges de La Tour wciąż powtarzający na obrazach magię zapalonych świec. Jak Giorgio de Chirico maniakalnie portretujący melancholię pustych placów miejskich. Jak Tadeusz Kantor, który do końca przyjmował tych samych widmowych gości, którym pierwszy raz otworzył drzwi w „Umarłej klasie”. I jeszcze jak Borges, całe życie opętany magią tygrysa, w wielu wierszach i prozach próbujący go złowić i pojąć jego milczenie. Pod koniec dni znów wraca do pręgowanej magii. W „Niebieskich tygrysach”, jednym z czterech ostatnich opowiadań, jakie podyktował, każe Alexandrowi Craigie, jak on maniakowi tygrysów, profesorowi logiki i znawcy krystalicznych rozumowań Barucha Spinozy, wędrować nad Ganges, gdyż ucieleśnił się tam czyjś sen – ponoć ktoś zobaczył niemożliwe tygrysy niebieskiej barwy. Udaje mu się! Znajduje sen! Tylko że owe tygrysy są kamykami, krążkami barwy rozcieńczonego atramentu, które rujnują spokój racjonalnego mózgu Alexandra. Mrowią się w dłoniach niepoczytalnie, są płodne, nie sposób określić ich liczby. „W racjonalnym wszechświecie zagościł zamęt”, powiada sobie logik. „Jeżeli trzy i jeden może dać dwa lub czternaście, to rozum jest szaleństwem”. Na podszewce realności matematyka jest bezsilna. W śnie sztuka dodawania nie uspokaja. Nie sądzę więc, że Boyes już na zawsze pozostanie spokojny.

Nie sądzę, by po upływie tygodnia, miesiąca, może roku, wciąż ufał filmikowi ukazującemu spacer szarego kolosa w gąszczu. I myślę, że kiedyś przestanie wierzyć badaniom genetycznym, które dowiodły powinowactwa nagranego telefonem kolosa i Henry’ego o szklanych oczach, wypchanego trocinami jak konik na biegunach lub pluszowe misie. Po prostu – wróci do Boyesa stary obłęd. Co wtedy?

Kolejny raz ruszy w podroż na płaskowyż szarych kolosów, z której znów zostanie to, co zostało z tej podróży. Czyjaś opowieść, może Herzoga, choć raczej już nie jego. I w epilogu kolejnej opowieści, jak na końcu „Snu o słoniach”, mumia o hipnotycznym obliczu sędziwej żaby, brzdąkając na już nastrojonej lutni z deski, patyków i sznurka, znów zanuci w swym pełnym chrząknięć i kląskania narzeczu czarownic niepojętą pieśń o przestrzeniach, gdzie logikom opadają ręce. Świat znów będzie przez chwilę pełny.

5 lipca 2026 r.


Przeczytaj również: