Nieplanowany przez Tomasza Manna, samozwańczy podróżny, który miał nie czekać w wiosce Rorschach na pociąg do Davos, nie wsiadać do wagonu pierwszej klasy i nie zajmować miejsca przy oknie, naprzeciwko jedynego w tym przedziale wędrowca, zwyczajnego sobie młodego człowieka Hansa Castorpa – pewnego lipcowego dnia roku 1957 jednak czekał. Był na peronie w Rorschach, wsiadł i klapnął przy oknie, wcześniej wieszając chyba tylko na mocy cyrkowej sztuczki trzymający się kupy prochowiec obok wytwornego płaszcza Castorpa. Przez lat 33 – od roku 1924, gdy po raz pierwszy wydano „Czarodziejską górę” – nigdy się nie zdarzyło, aby bez zgody Tomasza Manna w świecie jego słów działy się rewolucje aż tak grube. Kiedy tylko ktoś na świecie rozpoczynał lekturę owej powieści, która jest jak wolno zamierające morze, z Hamburga do przeznaczonego dla ekskluzywnych gruźlików sanatorium „Berghof” na stoku wysokiej góry nad Davos Castorp jechał zawsze sam w przedziale. Nie dziwota więc, iż wspomnianego lipcowego dnia zdumiało go nienapisane towarzystwo oblicza o wysokim, coraz wyższym czole. A kiedy samozwańcza ta postać wyjęła z tekturowej walizki słoik dżemu truskawkowego i zaczęła go aluminiową łyżką z widniejącymi na rękojeści literami PSS „Społem” metodycznie wyjadać, obojętnie przyglądając się alpejskim arcydziełom z kamienia i zieleni – Castorpa ogarnął lęk, czy aby nie pomylił pociągów. Kto wie – może nawet niechcący wkroczył do niewłaściwej powieści?

Nie. Nie pomylił. Celnie wkroczył. Wszystko było tak jak Tomasz Mann przykazał, tyle że przypadkiem zdarzyło się coś nieoczekiwanego. Kilka dni temu zadźwięczało oto jedno stare zdanie Józefa Czapskiego, które, jak sądzę, ze świetnej okazji ogłoszenia niniejszego roku jego Rokiem – wyskoczyło z dwóch tomów listów autora „Prousta w Griazowcu” do Ludwika Heringa, mentora Mirona Białoszewskiego, współtwórcy Teatru Osobnego, figury przywodzącej na myśl kardynała Richelieu, bezszelestnie przemierzającego rzeczywistość zawsze tylko w cieniu arrasów.

Wiele jest w tych listach akapitów o Białoszewskim. I sporo miejsc intrygujących, gdzie trzeba by kiedyś na dłużej zamieszkać. Jak choćby sugestia Heringa, że zbudowana przez jego podopiecznego samotna planetoida poetycko-prozatorska w istocie zrodziła się z niepowtarzalnego niepokoju obrazów Czapskiego, co je podopieczny w latach przed powstaniem warszawskim, albo jeszcze przed wojną oglądał gdzieś w Warszawie. I jest wspomnienie Czapskiego o stypendialnym pobycie autora „Obrotów rzeczy” w Paryżu w roku 1959. Słowa o jego twarzy i oczach, które przekonują. O ostrygach, jedzonych z poetą w Halach zmierzchem lub nocą. O wizycie na wystawie dzieł Lautreca i zupełnie wyzwolonych z banału, niepowtarzalnie naturalnych i naturalnie władczych uwagach, snutych przez Białoszewskiego na kanwie kresek i barw genialnego karła z Montmartre’u. Za te wędrówki paryskie poeta odwdzięczy się malarzowi wierszem „ze ślepego zaufania”, gdzie taktownie dekretuje swe poddaństwo: „jem ostrygi/ ze smakiem wszystko mi jednym/ bo jem z Józiem/ i tak jak on każe”. A malarz? Pewnego wieczoru, może ostatniego, pożegnalnego, będzie rysował portret poety, puściwszy mu „Requiem” Mozarta. Ten atramentowy szkic jest pięknym drobiazgiem, dyskretnym. Garść cieniutkich, nieomylnie rozrzuconych na bieli kresek. Głowa odchylona w tył. Oczy zamknięte, lecz nie ma w nich snu. Głowa zdaje się nie ważyć nic. Ale to wszystko – w roku 1959. Wtedy ze zdrowiem poety jest już lepiej, znacznie lepiej. Minęły ciemności sprzed dwóch lat.

W 1957, wcześniej także, pisze Hering do Czapskiego, że marnieje Białoszewski, że coś złego albo z sercem, albo z płucami, albo z tym i z tym naraz się dzieje. Miażdżyca i gruźlica… Gruźlica i miażdżyca… Co robić?… Czapski zasmucony coraz mocniej. Suchoty się leczy, ale czy w Polsce są ku temu odpowiednie warunki? Czy właściwe leki da się zdobyć? I w jakim ośrodku Mirona kurować? Istnieje taki w Ojczyźnie? „Musisz mi napisać o tym więcej – nalega Czapski w liście z 27 lipca – czym i jak można mu pomóc, co trzeba mu wysłać. Ręczę Ci, że warto koło tego pochodzić, w tym sensie warto, że dla Mirona można będzie coś zmobilizować, a nie tylko robić próżne gesty dobrej woli”. Po czym układa wspomnianą czarodziejską frazę, która nie przestaje mnie zachwycać, przy której moja świadomość, podobnie jak świadomość poety w „Autoportrecie radosnym”, w przepychu najlepszej zabawy – tańczy. Otóż, pyta Czapski, ten wielki arystokrata herbu Leliwa najpoważniej stawia pytanie: „Czyby nie było możliwe wysłać Mirona do Szwajcarii?” Oczywiście, że tak! Dziś, w styczniu roku 2026 właśnie go wysyłam do Davos latem roku 1957!

Już jest na peronie w Rorschach, już wsiada do pociągu, już ściąga zdumiewający prochowiec, otwiera walizkę, wyjmuje słoik dżemu truskawkowego, aluminiową łyżkę i rozpoczyna polskie turystyczne ciamkanie niezbyt głośno acz uparte. Hans Castorp czuje zawrót głowy, ale przejdzie mu. Dojeżdżają. Jak w oryginale – czeka na nich Joachim Ziemssen. A teraz – powozem w górę. I już są! Koniec! Sanatorium „Berghof” serdecznie wita nowych pensjonariuszy!… Dalej wszystko jest i toczy się jak u Tomasza Manna, tylko że uzupełnione spacerowiczem znad Wisły roku 1957, flaneurem paździerzowej realności, łowcą metafizycznych nitek skrytych w byle czym: garnku, kluczu, piecu, solniczce, durszlaku, dziurze po kaflowym piecu, szarym swetrze i innych ingrediencjach marnej, przecudownej konstelacji codzienności szaro-burej. Jak sobie Miron poradzi tam, na alpejskich wysokościach smaku, kroju, barw i językowego stylu? Jak podoła jedwabnej podszewce hipnotycznie skrojonego płaszcza Castorpa, architekturze rentgenowskiej aparatury, otwierającemu miłosną przepaść ołówkowi skośnookiej Kławdii Chauchat, hipnotycznemu zapachowi cygar Maria Mancini, rybnym sosom, o których pani Stöhr rozprawia godzinami, albo garstce strużyn czerwonego ołówka, w pamięci o których wraca do Castorpa dalekie dzieciństwo? Inaczej, prościej da się zapytać. Jak jedna literatura odnajdzie się w literaturze drugiej, na pozór tak odległej?

Odpowiem nie wprost. Widmowe przejście Białoszewskiego przez utkany piórem Tomasza Manna, tysiącstronicowy portret umierania świata na pięknych wysokościach sanatorium Berghof jest niczym z końcem roku 1940 i na początku roku 1941 przejście Marcela Prousta przez zdychanie świata na dnie obozu w Griazowcu. To trzeba sobie wyobrazić. Zmierzch, lodowatość, martwa izba, 40 skazańców, 40 zasłuchanych pół-trupów po turecku na podłodze, a naprzeciw nich niebywale długi i chudy Czapski, niespiesznie snujący opowieści o czasie straconym i odzyskanym, o pamięci mimowolnej, o zakwitających dziewczętach, dotkliwych głogach lub śmierci Bergotte’a przed najpiękniejszym obrazem świata – „Widokiem Delft” Vermeera. I, rzecz jasna, o Prousta frazach hipnotycznie puchnących, rozkwitających na kilku stronicach, odwlekających kropkę tak uporczywie i łagodnie, że zdaje się, iż mamy jeszcze czas. Wiele, wiele czasu.

18 stycznia 2026 r.


Przeczytaj również: