Doktorze, łaziku neapolitański!

Ja też w drodze! Wprawdzie tylko poniekąd, nie wstając z krzesła, lecz jednak – wędruję. Stareńki film sobie oglądam, trzydziestoletnią impresję Krzysztofa Miklaszewskiego „Z Wittgensteinem pod prąd”. Uważnie patrzę na postacie, co z początkiem maja roku 1996 o 8.50 stąpały po trapie statku cumującego pod Wawelem, głównie niewiasty badam – i nie wiem. Cofam nagranie raz, drugi, trzeci, nos w ekranie, a za chińskiego boga ustalić nie potrafię, która z pań, to ja. Może ta pulchna z jedwabną anakondą w picassowskie połamańce pięć razy okręconą wokół szyi? Raczej nie. A młódka, wyzwolona z mieszczańskich pęt, na chłopaka zrobiona, z dymiącym petem w ustach nieumalowanych? Wykluczone. Może więc ja to postawna blondyna w pasującej do statku czapce kapitana żeglugi rzecznej? Albo ta, która… Jałowa mordęga buszowania w blaknących wspomnieniach. A przecież byłam tam wtedy, Doktorze! Pamiętam turkusowe szpilki, co je dla zadania szyku wzułam, i pamiętam, jak na trapie lewy obcas ugrzązł w szparze i gdyby nie heroizm dziennikarza i aktora, porucznika Borewicza, co fachowym szarpnięciem bucik uwolnił – na pokład wstąpiłabym, kolebiąc się aseksownie!… Smutek w tym i bezradność, że z siebie tamtej, z tamtego scenicznego przebrania mojego, dziś pamiętam jeno turkusowe szpilki. A to za mało, Doktorze, by odnaleźć się w przeszłości.

Owszem, tamtego rejsowego dnia – przebrałam się o świcie. Jako żona Doktora z ulicy Wilczej w Warszawie nie chciałam stołeczną elegancją drażnić śmietanki, ba!, śmietany krakowskiej, więc skomponowałam się na zacną małżonkę mecenasa, który ma biuro przy Rynku Głównym. Chwyciło! Oto dla wszystkich byłam – swoja! I popłynęliśmy, Doktorze! Kilka minut po 9.00 stateczek, co mu Miklaszewski przytwierdził do burty deskę ze słowem „Goplana”, z wałów żegnany marszem wojskowej orkiestry – ruszył pod prąd, ku Tyńcowi. Z tłumem wybornych gości na pokładzie wypłynął, aby falującym piknikiem, rejsową balangą uczcić czterdziestą rocznicę śmierci Ludwiga Wittgensteina, który za I wojny światowej służył na patrolowym statku o imieniu „Goplana”, wciąż od nowa pokonując tę samą, co my lat temu 30, trasę wiślaną. Szkoda, że Pana wtedy z nami nie było! Ale też – w pewnym sensie nic straconego. Trzeba tylko, żeby się się Pan w legendarnym Klubie Dziennikarzy „Pod Gruszką” za kilka dni zjawił o 18.00.

7 maja Miklaszewski wyświetli tam rzeczony dokument. Powód? Ten sam, co w roku 1996, tylko bardziej pękaty: 75. rocznica śmierci najintensywniej niepokojącego filozofa XX wieku, może nie tylko XX. Przed filmem zaś profesor Jan Hertrich-Woleński będzie mówił o biografii Wittgensteina i o jego twórczości, jak to próbował czynić na naszej „Goplanie” 30 lat temu. Nie mam pewności, lecz pocieszam się nadzieją, że 7 maja powie coś o fundamentalnych, pozafilozoficznych odpryskach myśli filozofa. O nieusuwalnych niepokojach, jakie Wittgensteina namysł nad sekretami języka, słów, zdań i narracji, zostawił w bajaniu choćby Wiesława Myśliwskiego, czy Tadeusza Różewicza, że już nie wspomnę o mym Sebaldzie, w którego hipnotycznej prozie „Austerlitz” tytułowy bohater, samotny Jacques, w poszukiwaniu samego siebie wędrujący przez własną pamięć i nieodwracalnie obcą rzeczywistość – po prostu jest echem Wittgensteina, widmem dźwigającym plecak podobny do plecaka filozofa. Mam także ufność, iż Hertrich-Woleński opowie o tym wszystkim – zlepiając powagę z karnawałem, Himalaje filozofii analitycznej z naszą bankietową ględźbą, strzelisty uniwersytet z bezładnymi mrukami gospody grubo po północy, jak uczynił to, zapewne bawiąc się setnie, gdy komponował tom o tytule, który sam się do własnej groteskowości uśmiecha: „Wykłady z analitycznej filozofii balangi”. I podobnie, drogi Doktorze, bardzo podobnie to, co wysokie, z tym co niskie pląsało lat temu 30 na pokładzie naszej, drugiej „Goplany”, stateczku niczym rekwizyt.

Pamięta Pan scenę z „Wywiadu” Federica Felliniego, kiedy w kuchni swej ponurej niby zamczysko willi przy Via Apia sędziwa Anita Ekberg patrzy na siebie w dalekiej przeszłości, gdy życie było tak słodkie? Rozwieszone białe prześcieradło, przed nim ogromna Ekberg przy ramieniu Marcella Mastroianniego, na prześcieradle fontanna Di Trevi i ona, tamta ona, po kolana w wodzie, z kotkiem na ramieniu… Nic do powiedzenia. Mak zasiany. Tylko jej oczy, coraz bardziej bezradne przed czarno-białym śladem na prześcieradle. W ogrodzie monstrualne psy, jej mroczne Cerbery, drzemią pod drzewami. Zobojętniałe, bo co tu jeszcze jest do upilnowania, po tylu latach, kiedy nikt nie przychodził, tak bardzo nikt, że nie ma pewności, czy ci, co dziś przybyli w gości, rzeczywiście przyszli, czy są tylko snem? Co bronić, jakich łupin, których resztek pamięci?… Myślę, Doktorze, że 7 maja będzie podobnie. Miklaszewski sprosił do klubu „Pod Gruszką” tych, co 30 lat temu płynęli drugą „Goplaną”. Zapewne zjawią się. Na kilku krzesłach nikt nie usiądzie. Tak, lecz co poradzić na nieuchronne?

Zjawią się, będą patrzeć. Druga „Goplana” ruszy na ekranie, zaczną szukać swych twarzy pośród przeszłych twarzy, niegdysiejszych deserów, filiżanek, nakryć głowy, ozdób, jakże modnych wtedy wąsów i koafiur niczym fale. Ach, tamte wierne kaszkiety postnego kroju, drogi Doktorze, całkiem jak pana dzisiejszy! Tamte szykowne trencze w kolorach płodów ziemi, ściśnięte paskami, z kołnierzami rozległymi niczym stepy Akermanu! Tamte widoczne z kilometra karmazyny na wargach i fiolety w oczodołach! I na talerzyku ozdobionym hasłem „PSS Społem” wytworna cegła sernika po wiedeńsku, dziobanego widelczykiem tej samej firmy, oczywiście aluminiowym! I w szklankach kawa-zalewajka ze skromnymi trzema, no, góra pięcioma łyżeczkami cukru – a po konsumpcji dyskretne odpluwanie fusów, skrytych między zębami! I piwo, obowiązkowo ciepłe, w kuflach ze szkła rżniętego i rozmiarów wiadra! No i jakość fundamentalna – gadki nasze, małe rozmówki tkane w papierosowych dymkach, balangowe sentencje o wszystkim: jajkach na twardo, frytkach, losie Wittgensteina, modzie patriotycznej, jeszcze o tym i owym. Krótko mówiąc – taki teatrzyk 30 lat temu płynął wodnym tropem niepokojącego filozofa, a jego widmo błąkało się nad pokładem. Powiadają, że dysponował niebywałą mimiką, niczym wielcy komicy. Był w stanie przedrzeźniać twarzą dowolną twarz. A nade wszystko umiał w swej zabawnej austriackiej angielszczyźnie naśladować każdy rodzaj akcentów, każdy styl, intonację, rytm, sposób mówienia. Kto wie, Doktorze, być może w powietrzu nad drugą „Goplaną” 30 lat temu robił sobie z nas Wittgenstein farsowy seans, twarzą i głosem igrając z naszą na jego cześć komponowaną ględźbą piknikową i z naszymi balangowymi minami, w których 7 maja wieczorem ktoś odnajdzie siebie lub nie odnajdzie siebie nikt?

Jakkolwiek się stanie – będzie dobrze. Tak myślę. Wspominanie – aktywność, jak Tadeusz Kantor uczył Miklaszewskiego, zawsze skazana na fiasko – w ostatecznym rachunku nie jest złe. Zwłaszcza w Krakowie, gdzie duchy zmarłych łażą po mieście całymi gromadami. Owszem, pamięć niczego nie zwraca, nie kreśli skutecznych dróg powrotu, lecz przecież zawsze jest nadzieja, że czasem coś niegdysiejszego mignie z tamtego brzegu. Choćby światło reflektora, który Wittgenstein obsługiwał na pierwszej „Goplanie”, nocami sunącej do Tyńca. Albo ten mój nieszczęsny, lewy turkusowy bucik, co mi go porucznik Borewicz ocalił.

Pańska wędrująca Doktorowa z Wilczej

3 maja 2026 r.


Przeczytaj również: