Nawet gdy się wydaje, że nic nie widać – ktoś widzi nas, wyobraź sobie panie cierpliwy! I tym sposobem, nie będąc – zaczynamy być. Przyciągamy uwagę, irytujemy, drażnimy dziwacznym istnieniem, no i refleksje budzimy. Owszem, różne, niekiedy kretyńskie, jak wieki temu w Neapolu… Cóż począć, ludzie bywają nieprzyjemni, zwłaszcza aktorzy o zmierzchu… Ale nie ma co gdakać, chodź pan, sam zobaczysz… Zeskoczyła z nitki i ruszyliśmy.

Długo czekałem. Pochylony nad 35. stroną monumentalnego albumu malarstwa Jana Kantego Pawluśkiewicza „Na każdym planie kolor”, przez godzinę kontemplowałem nieziemsko barwną kurę o starożytnym imieniu Semiramida. Niczym wahający się linoskoczek – w pół kroku zamarł na nici obwieszonej czymś tajemnym, czemu tylko patrzący może skonstruować los, mówiąc na przykład o znużonych żetonach z kasyn Monte Carlo, o szarych księżycach, schnących latem między drzewami, lub o stadzie krągłych nietoperzy w godzinie sjesty wskazujących głowami jądro Ziemi. A kura? Z ciemnobordowym dziobem na turkusowym łebku, z czarną kropką oka i grzebieniem podobnym źdźbłom niebieskich traw, z cytrynowo-brunatno-pomarańczową szyją i takim brzuchem, tylko bogatszym o odcień cegły, fioletu i popiołem przyprószonej bieli, z ogonkiem niby tęczowy warkocz, wreszcie z granatowo-czarnymi łapkami, jedną dotykającą nitki a drugą znieruchomiałą w powietrzu przed piersią – Semiramida Jana Kantego piękna jest nierealnie, onirycznie, sennie, niczym tamta Semiramida, półbogini i królowa, co u zarania czasu zbudowała Babilon, uprzędła cud wiszących ogrodów, po śmierci zaś została przyjęta do grona gołębic. Długo, cierpliwie błagałem, by się kura ruszyła, drgnęła choćby, gdyż inaczej opowieść się nie rozpocznie, a wtedy ona pozostanie zaledwie kleksem kolorów finezyjnie ułożonych w kurzy kształt. Zaklinałem krtań o najlichsze gdaknięcie, które ja pociągnę, próbując ułożyć nowej Semiramidzie przeszłość i scenariusz na jutro. Po godzinie kamiennego milczenia na nitce – zlitowała się wreszcie. Zwróciła łebek ku mnie i wygdakała prolog o swoim dziwnym istnieniu, słowa, które być może ja naprędce skreśliłem, nim ona zaczęła mięknąć na dobre. Nieważne. Zeskoczyła i ruszyliśmy!

Wpierw ścieżką przez wszystkie 95 rozległych stronic albumu Jana Kantego, przez XIII części, których tytuły są nazwami serii obrazów, ich zbiorów, szeregów tematycznych – od „Krajobrazów”, po „W Polskę płyniemy”. Szliśmy niespiesznie, a każdy mozolnie stworzony techniką żel-artu obraz – dziś już nie wiem, czy za dotknięciem dziobka Semiramidy, czy mego spojrzenia – miękł podobnie jak Semiramida na początku. Niezwyczajnie mięsiste, gęste kolory przez Jana Kantego kropla po kropli wyciskane z azjatyckich mazaków zaczynały się oto przeciągać. Kreski patrzyły wokół siebie. Karkołomne stwory ze snów koszmarnych lub kojąco jasnych – latające ryby, napowietrznie dryfujące parasole, hieroglify o marsowych obliczach, kury zawstydzające rajskie ptaki, miasta fatamorganiczne, gromada Lajkoników przeistaczających się w morskie koniki lub denaturatowe kobyły piekieł – stwory te i reszta zjaw ze snów Jana Kantego, wszystko z wolna szykowało się do podróży w opowieść, którą widzowie, patrząc na stwory i zjawy, kiedyś wysnują, aby w stworach i zjawach – zobaczyć siebie, jak uczył Marcel Proust.

Nie ma „czytelników”, są jedynie „czytelnicy samych siebie”. Nigdy nie dość przywoływania tej omszałej oczywistości. Identycznie rzecz ma się z sonatą, rzeźbą, obrazami. Jest jak w Jana Kantego niepokojącym krajobrazie „Gra z cieniem”, swoistym palimpseście malarsko-literackim. Tylko że… Patrząc nań, nie sposób dociec, co było pierwsze, co spod czego wyziera. Czy to młode kolory i kształty pokryły opowieść dawno temu ręcznie pisaną białym atramentem, czy odwrotnie – świeży śnieżny rękopis spowił sędziwy krajobraz snu? A może jest jeszcze inaczej? „Gra z cieniem” jest może portretem odwróconej i nieuchronnej synestezji, symbolem chwili, gdy kolory obrazu stwarzają w głowie patrzącego na nie człowieka – litery, słowa, zdania, w końcu całą bajkę o patrzącym człowieku? W każdym razie gdyśmy – kura oraz moje spojrzenie – opuszczali album, żegnała nas migotliwa ryba, co zależnie od tego, kto patrzy, może być Arlekinem oceanów, albo spoczywającym na dnie Rowu Mariańskiego wodnym witrażem Stanisława Wyspiańskiego, lub przekrojem sztufady w galarecie – tak wybornego dania Franciszki, że Proust porównał je do marmurowego grobowca papieża Juliana II. A dalej – Neapol!

Oczywiście nie wiem, nikt nie wie, czy ja wiodłem Semiramidę, czy ona prowadziła moje spojrzenie. Istotne, że nieistniejący od lat neapolitański teatrzyk variété był wciąż taki sam. I na domiar magii wędrowania w czasie – gdyśmy z kurą stanęli cichuteńko z boku widowni, okazało się, iż legendarny komediant rewiowy, Peppino de Filippo, wciąż żyje, grając w najlepsze, oraz że właśnie teraz wykonuje numer popisowy, którym kilka, może kilkanaście lat po II wojnie światowej zachwycił Federica Felliniego. Przez pięć minut, wyobraźcie sobie ów ogrom czasu, przez pięć bezdennych minut jest na scenie sam jak palec. W podkoszulku i szelkach siedzi na zydlu i z pogardliwym wyrazem ziemniaczanej twarzy, kręcąc głową z niedowierzaniem oraz pogardą – gapi się w miejsce, gdzie nikogo i niczego nie ma. Pięć minut! Pięć studni! Po czym wzdycha i cedząc słowa oznajmia: Ale te kury są głupie!!! Fellini, siedzący w trzecim rzędzie po prawej, dygoce ze śmiechu dokładnie tak, jak w połowie minionego stulecia. A Semiramida? Szepce: Przykre to, ale i radosne, bo znów jestem, ja i reszta nas – jesteśmy, choć nas nie ma… i nie ma nas, mimo że ktoś nas widzi, choćby głupek w gaciach na szelkach… Dyskretnie podałem jej chusteczkę. Jak ona mnie chwilę później, w Rzymie, w studiu numer 5 legendarnej wytwórni filmowej Cinecittà. Wciąż trwał tam dla nas rok 1983 i Fellini kręcił „A statek płynie”, ironiczną elegię na odejście primadonny Tetui Edmei i kawałka znużonego świata.

Semiramida poczłapała do sztucznej kuchni okrętowej – chciała być świadkiem kręcenia sceny, w której krzepki Rosjanin Zilojew śpiewem hipnotyzuje bezradną kurę, Semiramidy siostrzyczkę w dziwności istnienia, skazaną na śmierć w rosole z makaronem. Semiramida jest dumna z siostrzyczki, oto bowiem nie siostrzyczka, a istotny bohater, dziennikarz Orlando, nie wytrzymuje napięcia i pada omdlały – siostrzyczka zaś trwa dzielnie w pionie na krawędzi blatu jakby to była nitka pod łapką Semiramidy, w pół kroku zamarłej nad diabli wiedzą jak zgubną przepaścią. A ja pragnąłem kolejny raz spotkać godzące noc z dniem niebo Felliniego, a także niepowtarzalne jego morze, które przyjmie rozrzucone z pokładu tekturowego statku Gloria N. prochy Edmei – pół kilo ciemnawej mąki.

I zobaczyłem spokojne fale, co je na podłodze filmowej hali tworzyli krzepcy osobnicy, szarpiący krańcami ogromnej płachty celofanu. Spojrzałem w papierowe niebo, gdzie błyszczący księżyc ze staniolu trwał obok cytrynowej farby słońca, więc dzień i noc bez ustanku się zaczynały i kończyły nad styropianowym spłachetkiem Erino – rodzinną wysepką niezapomnianej Edmei. Mistrz Federico nigdy nie ukrywał tej migotliwej sztuczności mórz i nieboskłonów, on grał z odpustowymi błyskami o prawdę inną niż realność, on tę godną karnawałowych cekinów i brokatów melancholię wystawiał perwersyjnie na pokaz. Chciał, by wiedziano, że tekturowa Gloria N. nigdy nie opuściła hali numer 5 – i właśnie dlatego mogła aż tak elegancko wypłynąć z portu w Neapolu, mając na pokładzie puszkę z mącznymi prochami nigdy nieistniejącej śpiewaczki, w ładowni zaś – nieszczęśliwie zakochanego nosorożca dla zoo w Amsterdamie, wielbiciela operowych arii i samotnych godzin w słomie.

Powrót nasz łatwy był jak początek podróży. Mrugnięcie – i znów jestem pochylony nad albumem Jana Kantego. Jeden Semiramidy podskok – i widzę ją znów zamarłą w pół kroku na nitce obwieszonej żetonami, gromadą księżyców lub stadem kolistych nietoperzy w godzinie sjesty. Jest tak jak myślałem. I nic nie poradzę – wynika to niezbicie z mej z Semiramidą podróży włoskiej. Tak, gdyby rozdrobnić wszystkie smakowicie sztuczne, zamarłe w papuzich żelach sny Jana Kantego, niemało by w powietrzu zawisło brokatowych i cekinowych drobin. Tyle, co jest bajek do snucia obok portretu skamieniałej Semiramidy.

6 września 2026 r.


Przeczytaj również: