Magia skończyła się w sierpniu. 60 lat temu, zwykłego dnia. Trzaskającymi klawiszami maszyny Olivetti Gabriel Garcia Marquez wystukał na ostatniej stronie powieści babiloński wicher, wymiatający z pamięci ludzi miasto Macondo, i skulonemu nad pergaminami Melquiadesa Aurelianowi Babilonii stworzył zrozumienie ostatecznej prawdy, tej, że wszystko, co w pergaminach spisał ów cygański czarodziej – los jego, Aureliana, i zarazem los miasta – niepowtarzalne jest od wieków i na wieki. Zapalił, po czym wystukał frazę pożegnalną – wytłumaczenie: …bo plemiona skazane na sto lat samotności nie mają już drugiej szansy na ziemi. Koniec. Zamilkła Olivetti. W mieście Meksyk, na parterze domu przy ulicy Loma 19 zegar bił godzinę 11.00.

Babiloński wicher ucichł jak na pstryknięcie. Zabrał z sobą Świat, wcześniej na prawie pół tysiącu stron „Stu lat samotności” przedstawiony i poniekąd przedstawiony też w rękopisie Melquiadesa, w pergaminach będących częścią „Stu lat samotności”. Nic nie zostało. Nietknięty kawałek papieru pod ostatecznym wytłumaczeniem. Tyle. Koniec pisania Marqueza jest końcem naszego czytania, który jest końcem świata przedstawionego, który jest końcem Świata w ogóle. Po obu stronach – w realności i w fikcji – zapada milczenie. Od godziny 11.00 – cisza i próżnia w obu rzeczywistościach. Jakby wszyscy nagle umarli, wspomni Marquez tamtą chwilę, gdy ukończywszy powieść o samotności wyszedł ze swego pokoju zwanego „Jaskinią mafii”, gdzie pisał przez 14 miesięcy – wyszedł i nie spotkał nikogo. Synowie w szkole, ukochana Mercedes załatwiająca kredyty u wierzycieli o świętej cierpliwości, listonosz kolejne przedpołudnie na innych ulicach, i żadnego z przyjaciół pod telefonem od godziny 11.00 tyle razy niepokojonym przez Marqueza. Nie było nikogo i nie było niczego. Ani Ameryki Łacińskiej z jej operetkowymi problemami polityczno-społecznymi, ani rozległego Meksyku, ani spraw rodzinnej Kolumbii, ani nawet majestatycznego milczenia wulkanów w oddali, nieruchomych w szerokim oknie „Jaskini mafii”. Lecz naprawdę istotna jest inna nieobecność. Zniknęły wszystkie duchy domostwa w Aracatace, które od dzieciństwa, jak rzekłby Marquez, szły za nim, obwąchując mu mankiety spodni. Szły uparcie, aż wreszcie, na kartach powieści o samotności przemieniając owe duchy w fantastyczną gromadę figur nieśmiertelnych – pogodził się z nimi, a potworny lęk, który zawsze wracał o zmierzchu, przygasł na jakiś czas, może na zawsze. O godzinie 11.00 nie spotkał nawet swojej ukochanej, biednej, młodszej siostry Margot, nieprzeniknionej i dzikiej, jakby z innego świata, która jadła wilgotną ziemię w ogrodzie i zdrapywany paznokciami tynk, i znikała w cienistych zakamarkach domostwa, aby kołysać się na taborecie i nie zwracając uwagi na świat – kontemplować jedynie niepojętą mowę zegara, w który wpatrywała się wielkimi oczami co godzinę, bezustannie ssąc kciuk.

Margot, biedna samotność, w rzeczywistej Aracatace próbująca rozszyfrować dzwoniące przepowiednie czasu, całkiem jak na kartach powieści nieszczęsny Aureliano Babilonia, który w fikcyjnym, porywanym przez wiatr Macondo, czyta przepowiednie Melquiadesa, widma ulepionego przez Marqueza po trosze z siebie, z Jorge Luisa Borgesa i z wieszczącego Nostradamusa. Jedna z wielu ciotek, co ją zwykła deformacja kurzego jajka skłoniła do uznania jajka za pomiot bazyliszka godny ognia na patio, w imię Ojca, i Syna, i Ducha Świętego, amen. Albo inna ciotka, która jak gdyby nigdy nic zaczęła tkać swój pogrzebowy całun, bo naszła ją pewność, że umrze niebawem – i rzeczywiście odeszła, kiedy tylko całun był gotów. A niepowtarzalna babka Tranquilina, ciągle na czarno, w nieustającej żałobie po wszystkich zmarłych, także po nieszczęsnym Wenezuelczyku Antonio, co powiesił się w chałupie obok i od tamtej chwili rozbrzmiewa przeciągły gwizd jego ducha, nocami dryfującego po pustych izbach? Co z nią? I czy trzeba dodawać, że Tranquilina słyszała czarne nokturny Antonia, po śmierci samotnego tak nieodwracalnie jak za życia? A co z majestatycznym kasztanem, rosnącym na patio, panującym nad kwiatami pod egidą żółtych motyli – co z kasztanem, który Marquez przeniesie na strony „Stu lat samotności”, przywiąże doń oszalałego Jose Arcadia Buendię i każe mu tam umrzeć w pętach, a w nocy czuwania nad majestatycznym ciałem założyciela Macondo zrzuci na miasto gęsty deszcz kwiatków żółtych niczym prawdziwe motyle wśród astromelii i róż w Aracatace?

Zawsze o zmierzchu Tranquilina sadzała kilkuletniego Gabo na krześle i zabraniała się ruszać, bo zmarli oto wychodzą z kątów na spacery poza światłem, już dotykają chłodnych klamek, już przyklejają uszy do drzwi sypialni żywych, już wąchają begonie zdobiące korytarz domostwa prawdziwego i zarazem domostwa Buendiów w Macondo. Ale dopiero noc była dla Gabo czystą potwornością. Widmowe bajki babki, snute sławetną zwyczajną intonacją, z tak zwaną kamienną twarzą, wykluczały sen, w jego miejsce wstawiając gęsty lęk, co każdą noc zmieniał chłopczykowi w czekanie na światło poranka w szparze pod drzwiami. Ów lęk, zaludniony zmarłymi, gestami, zdarzeniami, przeczytanymi księgami, lazł za Marquezem i obwąchiwał mu mankiety spodni przez pół życia – aż do stworzenia „Stu lat samotności”. Wyznał, że sen o tym lęku nawiedzał go bez ustanku. Ale sen nie o tym, że wraca do domu dzieciństwa, aby się bać jak kiedyś, lecz sen o tym, że wciąż tam jest, że nigdy nie ruszył się stamtąd na krok, więc boi się wciąż tak samo, czekając na cienkie światło, czyli że czas kręci się w kółko, bezsilny. To uparte towarzystwo starego lęku było trochę jak wędrówka Rebeki, tajemniczej dziewczynki, którą Marquez ulepił na obraz i podobieństwo swojej biednej siostry Margot.

Jak Margot – Rebeka jest nieprzenikniona, je ziemię w ogrodzie i zdrapywany paznokciami tynk, ssie palec, kolebiąc się na zydlu niczym Żydzi odmawiający Kadysz za swych zmarłych, i ogromnymi oczami szuka w powietrzu źródła powtarzającej się co godzinę, dzwoniącej mowy czasu. A przybywa do Macondo – nie wiedzieć z jak daleka. Z jakiegoś początku. Idzie z całym swym dobytkiem: węzełkiem z bielizną, drewnianym fotelikiem na biegunach, nade wszystko zaś niesie worek zawierający kości jej rodziców, których grzechot przypomina gdakanie znużonej kwoki. I chyba tak właśnie, z workiem grzechoczącym wieloma przeszłościami Marqueza, wieloma kawałkami jego przepastnej pamięci o twarzach, gestach, zdarzeniach i tysiącach przeczytanych baśni – szła Rebeka, albo jakieś inne widmo, szła przez napisane przed „Stu latami samotności” książki, tomy opowiadań i prasowe opowiastki. Na każdym z tych przystanków, co były przygotowaniem do księgi najpotężniejszej, słychać gdakanie okruchów czasu przeszłego. Marqueza czasu przeszłego. I dziś, 60 lat po ostatniej kropce powieści, to jest naprawdę ważne.

Tak, nie ma Ameryki Łacińskiej, Meksyku ani Kolumbii. Przepadli gdzieś tamtejsi dyktatorzy, skończyły się wojny, spory, rzezie, protesty, rewolucje i reszta gwałtownych form masowości. Została niepowtarzalna, skrajnie intymna Marqueza gra metafor, obrazów, dźwięków. Została proza pisana z wędrówki Margot przemienionej w Rebekę taszczącą worek z grzechoczącymi kośćmi zmarłych. Zostało sedno, „Sto lat samotności”, niepodrabialny finał pół życia trwającej gry Marqueza z upartymi duchami jego dzieciństwa. Została chwila sprzed lat 60, kiedy w domu przy ulicy Loma 16 w mieście Meksyk zegar bił godzinę 11.00 pewnego sierpniowego dnia, lecz pierwszy raz w żadnym z kątów nie było już widm. Obłaskawione słowami – odeszły. Nie na zawsze, rzecz jasna. Gdyby na zawsze – po „Stu latach samotności” Marquez nic nigdy już nie mógłby napisać, a przecież istnieje choćby „Jesień patriarchy”, „Miłość w czasach zarazy” albo „Dwanaście opowiadań tułaczych”.

Duchy zatem wracały. Może łagodniejsze, może lżejsze i w cieplejszych odcieniach, lecz wracały. Rebeka także. Ona – wręcz fundamentalnie. Wróciła jako ostatnia. Margot – zapoczątkowała drogę. Rebeka – zamknęła ją. Na ostatniej stronie, nawet w ostatnim akapicie powieści „Widzimy się w sierpniu” – ostatniej jaką Marquez napisał i jak wszystkie pozostałe znów o samotności – Ana Magdalena Bach przywozi do domu z cmentarza na karaibskiej wyspie worek z kośćmi swojej matki. W każdą rocznicę jej śmierci płynęła na grób, aby złożyć bukiet gladioli i pożalić się duchowi na swe z wolna wystygające życie, a później próbować zatrzymać wystyganie dotykiem grzesznej miłości. Ale teraz już dość, już koniec.

Ostatnia Marqueza powieść zaczyna się od podróży w dniu 16 sierpnia. Ana Magdalena jest na wyspie zawsze dwa dni. Byłoby ciekawie, gdyby dzień, w którym przywozi do domu worek z kośćmi matki, czyli 17 sierpnia, był także 17 sierpnia, tylko wiele lat wcześniej, kiedy Marquez skończył o 11.00 pisać powieść o innych, takich samych samotnościach. Byłby to koniec idealny.

16 sierpnia 2026 r.


Przeczytaj również: