Jestem pisarzem z powodu bojaźliwości. Moim prawdziwym powołaniem jest czarnoksięstwo. Ale ćwicząc swoje sztuczki stałem się tak nerwowy, że musiałem schronić się w samotność literatury.
Gabriel Garcia Marquez
Dziwne, zdumiewające nawet: oto wczoraj, w sanatoryjnym parku pod Rzymem, bezsilny reżyser Guido Anselmi kolejny już raz w tym miesiącu zsunął czarne okulary do połowy nosa, lekko pochylił głowę i spojrzał na piękną kobietę w bieli, przy dźwiękach „Cwałowania Walkirii” roznoszącą ufnym kuracjuszom szklanki z wodą dla nich świętą. Kobieta przypominała mu aktorkę Claudię, której agent jakiś czas temu, gdy Guido, lecąc w niebo na skrzydłach czarnej peleryny magika, pragnął umknąć swej bezsilności i twardym żądaniom świata – ciągnął za przywiązany do nogi Guida sznur i sprowadzał go na ziemię, sycząc szyderczo: „Na dół! Na dobre!”. Zdarzyło się to na ekranie warszawskiego Kina Wisła. To i reszta nieosiągalnego dla nikogo snu Federica Felliniego z roku 1962.
Kino Wisła wczoraj, wcześniej – Kinoteatr Rialto w Katowicach, gdańskie Kino Kameralne Cafe, zapewne inne jeszcze ekrany. I wszędzie tam, w krótkim czasie ostatnim – „Osiem i pół”. 64-letni filmowy sen razy trzy, pięć, może osiem. Ba – więcej razy, gdyż nie musiało kończyć się na seansie jednym i jednym dniu. Po latach nieprzejednanej ciemności i ciszy pod wiekiem – wysyp wskrzeszeń nieosiągalnego arcydzieła. We wtorkowe, czwartkowe, niedzielne wieczory lipca bezsilny Guido wiele razy patrzył znad czarnych okularów na roznosicielkę szklanek z pocieszeniem, a także – kto wie? – zerkał w bok, na widownię, płonnie szukając postaci w miękkim czarnym kapeluszu i karmazynowym szalu.
Wiele lat temu, na innej widowni, siedział Fellini i pierwszy raz patrzył na niego. Wyśnił Guida o twarzy Marcello Mastroianniego, lecz także na obraz swój i podobieństwo, aby móc zobaczyć własną bezsilność w tamtym czasie. Wyśnił Guida, by stworzyć z nim opowieść o dzierganiu filmu z bezsilności. Nie z pyszałkowatej pewności, że wszystko się wie, lecz z poczucia fiaska, iż tak naprawdę nie wie się nic. Że utraciło się wiarę w siebie, że nie ufa się swym starym sztuczkom reżyserskim, swemu – o, skromności! – iście boskiemu artyzmowi wspartemu na spiżowym fundamencie fachowości, że nie znajduje się sensu w sztuce filmu w ogóle, a została tylko lita niemoc, trociny po starych euforiach i pytania bez nitki nadziei na odpowiedź. Po prostu, w roku 1962, 1961, może i wcześniej, Fellini nie miał już wiary we wbijającą świat w zachwyt moc królików, które nieomylny czarodziej okutany czarną niby skrzydła kruka peleryną wyciąga z pustego cylindra dłonią w białej rękawiczce – i to paradoksalnie starczyło, by stworzył film „Osiem i pół”, dla żadnego czarodzieja poza nim nieosiągalny seans wyciągania wielu królików z cylindra przy wtórze werbli, trąbek, kotłów i migotliwych tamburyn Nino Roty.
Skrzydła kruka – one przed chwilą przybyły ze „Stu lat samotności”. Cygan Melquiades, czarodziej, co go Gabriel Garcia Marquez stworzył trochę na swój obraz i na dalekie podobieństwo swoje, aby w pergaminach spisał sanskrytem nieogarnioną baśń o Macondo zmiecionym przez wiatr, którą Marquez przełożył na hiszpański i zobaczył w niej swój los, ów mag, co potrafił wrócić z tamtego brzegu, bo znużyła go samotność śmierci, i potrafił czarodziejskimi miksturami zdławić pęczniejącą w Macondo zarazę bezsenności i zapomnienia, ten bajarz o dłoniach filigranowych jak łapki wróbla – nosił miękki czarny kapelusz przypominający kruka w sennym locie. Nie tylko „Sto lat samotności”, kilka innych, równie nieosiągalnych baśni zjawia zawsze wtedy, gdy „Osiem i pół” zaczyna żyć. Albo ów sen Felliniego – zjawia się przy nich. Obojętne. Teraz podchodzi na palcach fantastyczne maleństwo, nieco ponad sto stron niewielkiego formatu – „Maszeńka”, pierwsza powieść Vladimira Nabokova, sto lat temu drukowana w berlińskim wydawnictwie „Słowo”.
Nie byłoby w tym nic karkołomnego, gdyby Fellini obsadził twórcę „Lolity” w roli jednego z widm, co w cieniu drzew i pod „Cwałowaniem Walkirii” czekają za plecami Guida na swą szklankę złudnego ukojenia. Gdy Nabokov pisał w Berlinie „Maszeńkę”, gdy on, emigrant, tworzył swoje odbicie, emigranta Lwa Glebowicza Ganina – statystował w niemieckich filmach. Jak jego Ganin – sprzedawał własny cień. A kiedy indziej, gdy bywał zwyczajnym widzem, zdarzało się, że patrząc na zaludniające ekran widma – naraz czuł, że oto znów jest nie-sobą, a bezimiennym cieniem w kostiumie, stojącym na tle sztucznego lasu, naprzeciwko kamery, czekającym na komendę reżysera. Tak mieszała się Ganinowi fikcja z realnością. Dawna, rosyjska pewność istnienia stawała się niepewna. Mgliste emigracyjne zawieszenie, oczekiwanie bezradne, że jutro, najdalej za tydzień wróci grunt pod nogi – traciło znamiona chwilowości, przeistaczało się w wieczność. W iluzoryczne i bez końca bycie pomiędzy, w nie do usunięcia bezsilność, w niewiarę w niegdysiejsze moce – w to, co ogarniało Felliniego w czasie śnienia na jawie „Osiem i pół”, onirycznej baśni pełnej duchów tkanych ze światła, mroku i pary wodnej. A gdy po statystowaniu Lew Glebowicz Ganin wraca do swego wiecznie tymczasowego pokoju z oknem wychodzącym na kolejowy nasyp, Nabokov skleja z jego losem frazy, pod którymi Guido Anselmi podpisałby się bez zwłoki.
Szedł i myślał o tym, że oto teraz jego cień będzie wędrował z miasta do miasta, z ekranu na ekran, że nigdy nie dowie się, jacy ludzie będą go oglądać i jak długo będzie się poniewierał po świecie. I kiedy potem położył się do lóżka i słuchał pociągów, przenikających na wskroś przez ten ponury dom, w którym mieszkało siedem rosyjskich zatraconych cieni, całe życie wydało mu się seansem filmowym, podczas którego obojętny statysta ani wie, w jakim uczestniczy widowisku”.
Z miasta do miasta zatem, przez 64 lata, choćby, jak ostatnio, z Warszawy do Katowic, a z Katowic do Gdańska, lub na odwrót. Z ekranu na ekran. I wszędzie to samo, zawsze ta sama sekwencja: spojrzenie znad czarnych okularów na piękną roznosicielkę pocieszenia, potem zabawa z Telepatą w zgadywanie najskrytszych tęsknot i odgadnięte przezeń zaklęcie Guida z czasów chłopięcych – owe tajemne słowa ASA NISI MASA zapisane przez asystentkę Telepaty na tablicy – i wreszcie, przez to ujawnione zaklęcie niczym przez furtkę pamięci, powrót Guida do dzieciństwa. A dalej – podobnie. Ten sam rytm wędrowania wstecz. „Osiem i pół” jest ciągiem olśniewających powrotów. Dzieciństwo, młodość, zauroczenia, straty, wszystkie kobiety życia, miłość i fiaska miłości. Jak „Maszeńka” – sen Felliniego to opowieść o pamięci, w cieniu której rzeczywistość przestaje być niezbędna.
Kiedy w finale Ganin idzie na berliński dworzec kolejowy, gdyż ukochana Maszeńka wreszcie przyjeżdża doń naprawdę – w ostatniej chwili rezygnuje. Odwraca się i rusza w przeciwną stronę. Jest delikatny – nie chce ranić rzeczywistości duchem skomponowanym w swej głowie przez pamiętliwą wyobraźnię. Guido zaś nie zdołał nawet zacząć swego filmu, ale to nic. Nie martwi się. Nie ma czym. Przecież kiedy w ostatniej scenie „Osiem i pół” pożegnalny korowód widm pląsa na tle rakiety monstrualnej i dziecinnie sztucznej – my, widzowie, właśnie kończymy oglądać „Osiem i pół”, film nieosiągalny. Trzeba będzie więc kiedyś obejrzeć go znów.
26 lipca 2026 r.
