Niekiedy o zmierzchu wraca się do dnia ciemniejącego za plecami. Nie chodzi o trud z gatunku mordęg kolosalnych, o mentalną podróż na miarę żeglugi Kolumba, o majestatyczne rozliczania przeszłości, ostateczne oddzielanie ziarna od plew, stawianie cenzurek minionym godzinom. Nie. Chodzi o mało. Ot, leniwe spojrzenie w tył, zwyczajna praca ucha, nic więcej. Wysiłek prawie nieważki, bezgłośny jak kroki w mchu. Tyle. I na kanwie wysiłku kilka pytań tylko do siebie, bo obok – żywego ducha. Słychać coś tam jeszcze za plecami? Wciąż majaczy coś przy obiedzie? Przetrwał do zmierzchu jakiś gest z poranka, ruch lub brak ruchu? Z reszty dokonanych godzin – ocalał kształt, brzdęk, westchnienie? A twarze? Ostała się choć jedna? Czyjeś oczy nie znikły i nie znikną do jutra?

Pytania godne „Szczęśliwych dni”, starej, dotkliwej fikcji Samuela Becketta, w której Winnie – kiedyś przez Beatę Rybotycką grana w Teatrze STU – Winnie bezradna jak każdy, wpierw zakopana w ziemi po pas, potem po brodę, zaś trzeciego aktu już nie będzie – przez dwa akty swego znikania wzruszająco trzyma się jawy, wciąż od nowa wracając do przeszłości po grzbietach tych samych zagwozdek: Jak to tam było w tym niezapomnianym wierszu? Jak to tam ślicznie było powiedziane? Jak to tam kiedyś napisano? Odpowiedzi wybrzmiewa kilkanaście. Są niczym goście przybyli z daleka, zza pleców, cudem oszczędzeni przez czas. Kilkanaście cytatów, może więcej, może kilkadziesiąt. Same świetne, prześwietne strzępy literatury świata całego i wielu przeszłości. Na modłę biednego wehikułu Staruszka z Rowerkiem w „Umarłej klasie” Tadeusza Kantora – wersy zgruchotane, przez stygnącą pamięć znikającej w piachu Winnie pokiereszowane, niepełne, lecz wciąż jeszcze świecące niczym stare rodzinne fotografie resztkami spękanej, szklistej powłoki, gdy o zmierzchu wsunąć je w żółtawy blask nocnej lampki, samotnie, bez żywego ducha obok. Poetyckie rupiecie na tyle wierne, że kilka chwil przed dzwonkiem na koniec kolejnego szczęśliwego, gdyż pamiętliwego dnia, kilka ostatnich chwil przed trzecim, nigdy nie granym, bo zbyt długim i pustym aktem – Winnie radośnie powiada sobie samiuteńkiej jak palec: „To właśnie jest tak cudowne. Że coś pozostaje, z klasyków, i pomaga przetrwać do końca dnia”.

Dziś głowy nie dam, lecz radosne pocieszenie Winnie usłyszałem naraz, gdy z tarasu białego domostwa, które przypomina legendarnego wieloryba na plaży lub ułożoną do snu rodzinną warownię Ducha starego Hamleta, pewnego dnia z końcem lipca kontemplowałem o zachodzie słońca spacer Franciszka Muły, małego wielkiego aktora Teatru STU. Szedł bezgłośnie po zarośniętym mchami dnie rozległego parku. Wolno, bez planu, w stronę jeziora Leleskiego. Żywego ducha przy nim, ale nie był sam. Co kilka nieważkich kroków przystawał, by szeptać powietrzu. Lub do siebie innego, z przeszłości. Do któregoś z tych widm, co w przeszłości były nim na scenie. „Co tam słychać, Grabarzu? Książę wciąż tak samo gada nad czaszką Yoricka w swojej dłoni i wciąż odchodzi bez odpowiedzi, by nie wiedzieć nic aż do rychłego końca chwilę przed aktem szóstym, który nigdy się nie zdarza, bo zbyt długi jest i pusty?” A dalej – kilka Muły kolejnych niemych kroków brzegiem bagiennego stawu barwy grafitu i przy mrocznym tronie ze stali, w którym lata temu, na scenie STU przy Alejach w Krakowie, Jerzy Trela jako Bernard monologował o diable, a od śmierci Treli stoi na mchu w parku nad jeziorem – kolejne Muły szepty do powietrza wypełnionego widmami, którymi był w „Spadaniu”, „Senniku polskim”, „Exodusie”, „Pacjentach”, „Donkichoterii” i czym tam jeszcze. Lęk liczyć wszystkie niegdysiejsze duchy małego wielkiego aktora. Ale siedząc na tarasie śpiącej warowni, w ogóle lękałem się rachować wszystkie rozmowy z powietrzem, gdyż Muła nie był jedynym, który przez trzy dni lipcowe błąkał się tam i sam po ulubionych dywanach widm, przystając co kilka niemych kroków, aby przez chwilę poruszać ustami własną przeszłość.

Aktorzy Teatru STU, kompozytorzy i scenografowie, także literaci i odwieczni przyjaciele. Muła, Jan Polewka, Jan Kanty Pawluśkiewicz, Włodzimierz Jasiński, Andrzej Róg, Wiesław Smełka, Dorota Zięciowska, Beata Rybotycka, Włodzimierz Staniewski, Edward Chudziński, Janusz Grzywacz, Łukasz Rybarski… Jak wiele jeszcze postaci przybyło? Dziesięć? Dwadzieścia? Z okazji jubileuszu 60. lat trwania STU, zwołał ich – drobną część z tłumu mniej więcej 800 figur zwanych Rodziną STU, figur jeszcze trwających po tej stronie i tych, które już tutaj nie trwają – zwołał tę kruchą gromadkę Krzysztof Jasiński na Mazury, do swego Studia Grom w rozległym parku nad jeziorem Leleskim. Po co właściwie? Na sążniste trzydniowe sympozjum? Na katorżniczo marsową konferencję naukową? Na maraton referatów, odczytywanych z twarzą kamienną oraz na baczność? Po to, by zainscenizować 72-godzinne czuwanie nad piękną przeszłością STU, już dawno zamarłą, nie do odzyskania? Odpowiedź Jasińskiego była najsmakowitsza. Przybywajcie druhowie – po nic! Tak! Zupełnie, dogłębnie, bezlitośnie – po nic! Najzwyczajniej pod słońcem – żeby być, figura blisko figury. I aby się swobodnie, niespiesznie, niesłyszalnie błąkać bez celu po mchach, skrajem poletek paproci, brodząc wśród szuwarów – każda figura z własnymi widmami w kuli powietrza dźwiganej na lewym bądź prawym ramieniu, coś do widm mówiąc lub tylko milcząc z nimi. Być może, drodzy goście, z tego somnambulicznego nieróbstwa ktoś coś sensownego skleci kiedyś, albo i nie. Obojętne. Raz się udaje, innym razem – fiasko. To zwyczajne dzieje.

Chwilę przed dzwonkiem na koniec szczęśliwego czasu Kantor zaprosił z przeszłości na scenę wiele widm ze wszystkich swych seansów, ze wszystkich przeszłości. Zaprosił je na pożegnalne przyjęcie, na próbę generalną pożegnalnego przyjęcia. Przemieniła się ona w pamiętną elegię „Nigdy tu już nie powrócę”. Czy muszę tłumaczyć, że nie dziergam żadnych, zwłaszcza kretyńsko brawurowych analogii między seansem Kantora a lipcową biesiadą u Jasińskiego? Ale ta oczywistość nie zmienia faktu, iż niebawem chyba trzeba będzie, już w innym miejscu, opowiedzieć owe trzy dni w Gromie, snuć je wedle własnych sił, skojarzeń, przeczuć. Bowiem widok z tarasu był niezwykły. Na domiar spokoju, komfortowego spokoju – oparty był i jest o rozległy papierowy mech, o 25 tysięcy tomów biblioteki, zaludniającej widmami ściany komnat i korytarzy śpiącej za mymi plecami białej warowni. Także tymi widmami, tymi słownymi postaciami, które przez lat 60 przeszły ze stronic drukowanych we wszystkich epokach – na scenę, na wiele scen STU. W istocie rzeczy bowiem 210 premier pod egidą Jasińskiego to w większości nie były fanaberie dziarskich rewolucjonistów, tylko sceniczne odpowiedzi na cudze, stare słowa, niejednokrotnie genialnie ułożone w zdania.

Tak, niezwykły to był trzydniowy krajobraz. Jak w „Kwadracie” Becketta, gdzie cztery kolorowo odziane zjawy bez słowa spacerują krawędziami geometrycznej figury oraz po jej przekątnych, zapętlając się rytmicznie w środku – goście po nic zaproszeni do Gromu mijali się w parku podobnie, lecz nie tak regularnie. Figurki w iście czechowowskich białych lnach i słomkowych kapelutkach, ale też w cienkich pulowerach, kaszkietach niby z epoki Gierka, też w dresach, w sandałach, klapkach, a nawet boso, jedne trochę żwawiej, inne odrobinę senniej, niektóre jakby boczkiem, boczkiem, albo dzięki gwarantującym końskie zdrowie kijkom wyprostowane niczym struna, lecz wszystkie niespiesznie i bez celu – błąkały się owe figurki bezszelestnie tam i sam, czasem przystając, by przez chwilę poruszać ustami nad lewym swoim bądź prawym ramieniem, a później ruszyć dalej. Niezwykły krajobraz, wypełniony trzydniowym pulsowaniem zapętlających się ścieżek wędrowców samotnych. Krajobraz kilku baśni, z których choć jedną trzeba będzie rychło opowiedzieć.

2 sierpnia 2026 r.


Przeczytaj również: