Zacny doktorze Opalski!

Co tu kryć, bigosu żeś pan narobił troszeczkę…

Od świtu, przez bitą godzinę, nawet dwie, oszalały Ludwik z rozdziawionymi ustami i oczami jak gały uczącego się czytać cielęcia, ganiał boso wte i wewte po chałupie całej, otwartą jasną książką niczym chorągwią wymachiwał dumnie i dźgając palcem jeden akapit piał operetkowo: „Czytajcie i podziwiajcie mą Doktorową! Gratulacje ślijcie, bo wspaniały człowiek i pisarz polsko-neapolitański tym oto śmiechem swoim, śmiechem uwiecznionym o, tutaj, w liście, który wewnątrz jasnego tomu przybył dziś do nas z odległej przeszłości – nie wprost, lecz jednak pasował, tak, pasował Doktorową na drugą markizę de Merteuil, epistolograficzną reżyserkę drugich niebezpiecznych związków! Moją wiekową wybrankę serca pisarz ów 26 lat temu uwiecznił w słowach dziś ujawnionych na krakowskim Kazimierzu, więc podziwiajcie, bracia i siostry, i kłaniajcie się nisko Doktorowej, beretem do ziemi!”…

Słowem, gromki wstyd, Doktorze. Wstyd na pół moich zaświatów, ale też – w sumie krótki. Ludwika bowiem, gdy z dynamiką przesadzi, sen prędko łapie. I właśnie padł, bidocek, mam więc trochę spokoju. Może i do samego zmierzchu? Otwieram skomponowany przez Wydawnictwo Austeria jasny, kremowy tom o nieziszczonym tytule „Zamieszkałbym w Krakowie…”. Listy widzę, czytam, podczytuję. Pana listy do Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, jego listy do Pana. Kraków – Neapol, Neapol – Kraków, czasem Dragonea – Polska, także z Paryża słowa, z Maisons-Laffitte. Jeszcze Pana rozmowy z nim i nie tylko z nim, jeszcze kilka stronic wspomnień jego i o nim. Fotografie, oczywiście, fotografie. Zamarłe widoki, twarze, figury, a wszystko już jakby przyprószone ciemnym dymem, co raczej nie zrzednie. Gdzieniegdzie próbki autografów Herlinga-Grudzińskiego, literki jak tropy wróbla w płytkiej mące. Kichniesz – i już… A czas tego waszego pisania tam i z powrotem? Niemała przeszłość, prawie dwadzieścia lat, od lutego roku 1981 do kwietnia 2000, czyli dwa i pół miesiąca przed śmiercią pisarza. Gdzieś w środku tomu ów przez nieszczęsnego Ludwika pyszałkowato dźgany pisarza list-radość, list-śmiech ze starej naszej książeczki listów o teatrze i też innych sprawach. Pamięta pan tamte Grunwaldy? Lecz odstawmy to na bok, Doktorze. Zostawmy celebrę Ludwikowi. Ja o czymś innym…

Dużo jest pustki w kremowym tomie. Wiele, bardzo wiele tak zwanego światła wokół czcionek. Dziwne to, niepokojące i kuszące zarazem. Czy nie wyparowały panu z głowy starożytne freski, co w „Rzymie” Federica Felliniego pod naporem powietrza nowoczesności – błyskawicznie blakną do zera? Albo finał cudownej „Srebrnej szkatułki” Herlinga-Grudzińskiego, kiedy narrator dostrzega o świcie, że odkryte przezeń w ściankach zabytkowej szkatułki kilkusetletnie listy miłosne, oddech współczesności obrócił w kupkę czarnego pyłu? Starczy kichnąć – i nawet tej marności już nie będzie… Myślę, Doktorze, iż nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby jakiś omszały kartograf, błąkając się (tak właśnie, bo dziełko to do tego głównie służy) po bez mała czterystu stronach kremowego tomu, co krok wzdychał: tu coś kiedyś było, litery może, zdania, znieruchomiałe postacie, tak, coś było na pewno, a później zniknęło, z czasem rozpłynęło się w czasie, dokądś odpłynęło, i ocalały tylko jasne, rozległe plamy dla lwów… Kusząca pustka, owszem. I kusząca jest sekwencja trzech starych zdarzeń, która łowi dla mnie sedno całej książki. Smak znikania. Chłód opuszczonych krzeseł. Na podniebieniu – cytrynowy ślad.

W pierwszym liście Herling-Grudziński zamawia oto u pana tekst dla paryskiej „Kultury” – opowieść o teatrze Tadeusza Kantora. W środku kremowego tomu – dwie fotografie z uroczystości wręczenia Giorgio Strehlerowi, magowi z Piccolo Teatro di Milano, nagrody im. Tadeusza Kantora – niewielkiej rzeźby z brązu, przedstawiającej mit: ucznia zamarłego w szkolnej ławce. Jest rok 1996. Mija kilkanaście miesięcy i tę samą nagrodę otrzymuje inny magik, Robert Wilson. On także, szanowny Doktorze, dziś już nie żyje. Już go nie ma, jak nie ma Kantora, Strehlera, tylu innych. Nie ma Wilsona, lecz kiedy był, w roku 2000, ledwie kilka miesięcy po śmierci Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, w piwnicy Krzysztoforów w Krakowie – czyli tam, gdzie Kantor pierwszy raz ukazał w roku 1975 „Umarłą klasę”, odegrał powrót zmarłych do ławek szkolnych, zaznaczył obecność chłopca w uczniowskim mundurku – konstruuje ku pamięci Kantora krajobraz „Memory/Loss”. Trzeba tytuł ów wyjaśniać? Wilsona krajobraz piwniczny jest pustką prawie doskonałą. I ta hipnotycznie martwa podłoga… Pamięta pan? Jest, była, spękanym dnem dawno temu wyschłego jeziora. Przed chwilą zobaczyłam ją znowu.

Pod koniec kremowej księgi – zdjęcie Herlinga-Grudzińskiego na cmentarzu Remuh na krakowskim Kazimierzu. W jasnym prochowcu, z laską w lewej dłoni – zamarły patrzy na rozległą ścianę skomponowaną z łupin macew. Nie. Nie tylko patrzy. On ze ściany spękanej niczym dno jeziora na dnie piwnicy Krzysztoforów – niczym z rozległej kamiennej kartki odczytuje tajemną opowieść, nie wiedzieć przez kogo napisaną tylko dla niego. Tu też coraz mniej liter… I coraz słabsze…

Litery na ścianie coraz słabsze – jak coraz słabsza była pamięć figury z tworzywa sztucznego, aż po ramiona zakopanej przez Wilsona w dnie wyschniętego jeziora. Pamięta pan jeszcze? A złowieszczy czepek na jej głowie? Wszystko to było echem dawnej mongolskiej tortury. Zakopywano człowieka aż po ramiona na środku pustyni i obwiązywano mu ogoloną głowę świeżymi skórami wielbłądów. Schnąc, skóry ściskały głowę tak mocno i szczelnie, że budzące się włosy nie miały szans rosnąć w górę. Rosły tedy – w głąb. Wolno wrastały w mózg, nieubłaganie dziurawiąc pamięć zakopanego. Aż w końcu nie zostawało nic. Żaden fresk przeszłości, żaden liścik dawnej miłości. Jakby ktoś kichnął… Lecz Wilson zostawiał nas z figurą trochę przed ostatecznym końcem figury. Jeszcze kołysał się sennie wysoko nad nią stary kształt – deska z okupacyjnego „Powrotu Odysa” Kantora. Wciąż jeszcze słychać było pod sufitem dźwiękowe ślady niegdysiejszych czasów, te same, co kolebały się w nie całkowicie zabitej pamięci pół-trupa, wysychającego na dnie martwego jeziora. Jakaś daleka psia skarga, uparty mlask kapiącej wody, szmer drzew lub piasku sunącego przez wąskie szklane gardło. Nic więcej. Mało. Wszystko. Pamięta Pan?…

Pora kończyć, Doktorze. Wokół tych waszych… Właściwie ilu? 300? 400?… Wokół tych pana i Herlinga-Grudzińskiego listów, drobnych szalenie, więc raczej liścików, szeptów, zlepków, językowych zapałek, wokół tej pamiętliwej drobnicy – wiele, wiele pustych miejsc czeka na tkanie dopowiedzeń. I to jest dobre. Można się bawić, całkiem jak Herling-Grudziński w „Dzienniku pisanym nocą”, kiedy z jakiegoś suchego zapisu realności nagle wyrasta huba fikcyjnej narracji. I kolejny raz potwierdza się wtedy stara prawda. Rzeczywistość nic nie znaczy bez cudzysłowu.

Tak, kończę już. Zwłaszcza, że Ludwik się budzi. Znów zaczną się cyrki dumy rodzinnej, jakieś trąby rykną, rozwiną się Ludwika patetyczne pląsy z sąsiadkami… Słowem – żenada. Jeśli przeżyję, odezwę się.

Pańska dość żywotna Doktorowa z Wilczej

21 grudnia 2025 r.