Kilka dni temu Giuseppe Tomasi di Lampedusa pierwszy raz w mej obecności wyjął z szuflady biurka starą rzecz i przy oknie uniósł pod ciemniejące światło popołudnia. Zdarzyło się to 4 lipca, w rocznicę śmierci Gustawa Herlinga-Grudzińskiego. A teraz, gdy już skończyłem lekturę opowieści Stevena Price’a „Książę Lampedusy” (Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2026), wracam do pierwszego akapitu i książę powtarza rytuał.
Znów popołudnie w Palermo. Znów otwiera się przede mną biblioteka w pałacu umierającym przy via Butera. Szmer szuflady. Prócz księcia, któremu zostało ledwie kilka lat – żywego ducha. Lecz wiele widm milczy wewnątrz białego odłamka skały, co go handlarz cukru przywiózł z Lampedusy, rodowej wyspy Tomasich, na której Giuseppe nigdy nie postawił stopy, choć jest potomkiem jej władców. Kilka kroków o lasce, okno, dłoń w górę. I oto książę znów patrzy na kamyk ciemniejący w świetle coraz słabszym. To nic nowego. Później, po upływie 170 stron opowieści Price’a, wyzna, iż od dziecka lubił samotność, cenił obcowanie nie z ludźmi, a z przedmiotami. Długo więc patrzy teraz, cierpliwie obraca w palcach pamięć, aż Palermo niknie za szybami zupełnie. W kamyku porowatym niczym koralowiec widzi więcej, dużo więcej niż zdołałby dostrzec ktokolwiek inny. I słyszy tyle, że więcej usłyszeć nie sposób. Powieść.
Teraz, jak od 25 lat w każde popołudnie, Giuseppe Tomasi di Lampedusa znów słyszy dotkliwie piękną powieść o samotności odchodzenia ludzi i domostw w sepię, spękania, proch, próchno. W odłamek skały z Lampedusy. Słyszy powieść, którą niebawem, na 45. stronie tomu Price’a, długopisem Biro z niebieskim tuszem wreszcie zacznie układać w notatnikach o tekturowych okładkach i której nada tytuł „Gepard”. Wtedy, tam, u niego w Palermo trwa styczeń roku 1955. Książę zaczął umierać. Jego powolne odchodzenie obróci się w niepowtarzalną intonację „Geparda”, niczym umieranie Marcela Prousta w uwielbiane przez księcia pulsowanie siedmiu tomów „W poszukiwaniu straconego czasu”. Teraz, tutaj w Krakowie trwa lipiec roku 2026. 26 lat temu odszedł Herling-Grudziński. Książę kolejny raz wysuwa szufladę. Zaczyna się książka Price’a, będąca historią komponowania „Geparda”. Powieścią o pisaniu powieści z białego kamyka.
Z białego, wprost z Lampedusy tkwiącej dla księcia już tylko poza czasem, i z wielu innych kamyków, ruin, futryn zarosłych ziołami, okien niczym wyschłe oczodoły. I ze starych rzeczy, wielu omszałych przedmiotów, niknących w mroku komnat o nigdy nie otwieranych okiennicach. Ukochany kredens matki, już nie do wskrzeszenia; zdobna spłowiałymi chińskimi obrazkami komoda z szufladami, których od wieków nie sposób ruszyć; powalona na bok osiemnastowieczna szafa o ułamanej nodze; wiele jeszcze podobnie melancholijnych, jak rzekłby książę, przedmiotów smutku. I jeszcze więcej, dodałby może, obrazów smutku pamięci, w której zmierzchu majaczą twarze, gesty, zapachy, wreszcie dźwięki. W powieści Price’a, z całego tego ocalałego dobra książę pisze swą pierwszą i ostatnią, czyli jedyną, pożegnalną powieść. Gdy ukaże się ona w druku – księcia już nie będzie. Nie zobaczy, jak jego pożegnalna baśń zmienia się w przedmiot smutku, genialny przedmiot smutku. W kolejny odłamek skalny. Ile podobnych rzeczy, podobnych kamyków jest źródłem opowieści Herlinga-Grudzińskiego?
Srebrna szkatułka, co kryje ślady miłości i śmierci sprzed wielu wieków. Wieża, z której nie chce odejść samotność dawno temu zmarłego w niej chorego na trąd. Gruz wioski czy miasteczka zniszczonego trzęsieniem ziemi. Neapolitański most, co udzielał kloszardowi lekcji przepaści do chwili, gdy kloszard nie potrafił już oprzeć się nieuchronności lekcji. Zeszyt emerytowanego kata, skrywający w swych suchych zapisach portret ciemności próbującej złowić odrobinę światła. Srebrne Ex Voto snujące nieruchomo historię pewnego ludzkiego ohydztwa. Grób pod murem cmentarza na wzgórzu, portret wenecki, i jeszcze rzeczy zwane gazetowymi rewelacjami. W prozie Herlinga-Grudzińskiego – ile jest takich namacalnych, sensualnych, w realności znalezionych katalizatorów późniejszych fikcji, a jeśli nie czystych fikcji, to opowieści wędrujących krawędzią stykania się fikcji z rzeczywistością? W liście z kwietnia roku 1960 Jerzy Stempowski dotyka sedna owych tajemnych przejść między światami. „Okazało się, że istnieje własne majaczenie przedmiotów i ich sny, toczące się w innych jednostkach czasu niż te, jakie pozwalają obliczyć zegary i kalendarze. Życie wewnętrzne posiadają różne kategorie przedmiotów. Kiedyś próbowałem odcyfrować sny i majaczenia ziemi i drzew. Pan odcyfrował… sny i majaczenia południowych wież i murów”. Podobnie mógłby rzec o „Gepardzie”, a chwilę później – o książce Price’a, która jest powieścią o niespiesznym odcyfrowywaniu szyfru sycylijskiej sepii, sycylijskich spękań i prochów, sycylijskiego próchna.
Herling-Grudziński wielbił „Geparda”. W „Dzienniku pisanym nocą” wiele razy wraca do niego. Nie mam pewności, lecz chyba wraca także w tomie z lat 1984-1988, być może nawet gdzieś blisko tej zawsze zawrotnej chwili – a w „Dzienniku…” zdarzają się one często – kiedy spokojne, grzeczne zapisy codzienności, ta stateczna intonacja dziennika okrętowego w miesiącach drzemiącego oceanu i błękitu bez skazy – dyskretnie przesuwa się ku intonacji zmyśleń, marzeń i snów. Dziennik wpada w opowieść, wobec której nie stosuje się sankcji prawdziwości. I na 175. stronie rzeczonego tomu „Dziennika…” właśnie tak wyrasta narracyjny drobiazg „Pierścień”.
Znów przedmiot na początek. Kolejny biały kamyk, obracający się w opowieść. Ogromny pierścień arcybiskupa Neapolu – splatana złota obrączka z brylantowym, połyskującym krzyżykiem na ciemnej, grubej, owalnej płytce. Cenny jak całe życie nicnierobienia. Wiele lat po śmierci arcybiskupa zatem, z początkiem ubiegłego stulecia, biedak Matteo włamuje się do krypty, zdejmuje z dostojnej kości pierścień i nie wie, że niedokładnie powtarza gest, który kilka wieków wcześniej wykonał tytułowy bohater noweli Boccaccia „Andreuccio z Perugii”. Nie wie, że jego historię opowie Herlingowi-Grudzińskiemu wpierw, w roku 1943, Titina, neapolitańskie dziewczę lekkich obyczajów, a później, w roku 1986, trochę zmienioną, neapolitański introligator Biagio. Ściągając pierścień z kości, Matteo po prostu nie wie, iż jest cząstką cyklu powtórzeń, który być może nigdy się nie skończy.
W „Księciu Lampedusy” Price, zapewne bezwiednie, powtarza intonacyjne przejście z dziennikowego narzecza, któremu nic zarzucić nie sposób, do niepewnego szkicowania snów i majaczeń arcybiskupiego pierścienia. Z prawdziwego autora „Geparda” tworzy Price literackie widmo, coraz wolniej błąkające się po widmowej Sycylii i próbujące w kawiarniach przeistoczyć na kartkach kajetów prawdziwy los swego pradziadka w naprawdę dotkliwy los złudnego księcia Saliny.
Opowieść zawsze idzie dalej niż zacne księgi biograficzne, księgi prawd zweryfikowanych z komputerową obojętnością. Zapadł się pod ziemię kościół z kośćmi arcybiskupa, nikt nie wie gdzie i czy w ogóle gdzieś jest grób Mattea, a pierścień przepadł na amen i tak mocno go nie ma, że nikt nie da głowy, że naprawdę był. To nic. Zostało słowo „pierścień” i jego senne majaczenie w zdaniach krążących wokół słowa „pierścień”. Została opowieść o nim. Tyle wystarczy.
Została opowieść, więc i sam pierścień. On lub biały kamyk z Lampedusy. W epilogu Herling-Grudziński powiada: „Rzeczywisty czy zmyślony, prawdziwy czy fałszywy, błyszczy zagadkowo w ciemnościach. Tak toczy się świat, bez tego błysku potoczyłby się w nicość”.
12 lipca 2026 r.

Przeczytaj również:
19 lipca, 2026
Paź Królowej Róż
A dalej, nad innymi zamarłymi krajobrazami fantastycznie skomponowanej,…
5 lipca, 2026
Wiele podróży
Nie sądzę, by po upływie tygodnia, miesiąca, może roku, wciąż ufał filmikowi…
28 czerwca, 2026
Ma kto rozmawiać z pułkownikiem
62, może 63 lata temu - w Paryżu trwała zima, padał śnieg – pewien finezyjny…


