„Ojcze!”. Po małej ciszy raz jeszcze to samo, lecz mocniej: „Ojcze!”. Gdy w dniu Wszystkich Świętych roku 1611, na dworze króla Jakuba, aktorka, w prapremierze „Burzy” Williama Szekspira grająca wówczas Mirandę, wyrecytowała to słowo – ojciec zjawił się magicznie, jak żywy. Namacalny, do powąchania, przytulenia, do złożenia policzka na jego biednym czole. Słowo zrodziło ciało, niczym u św. Jana, lecz w innej skali, gdzieś niżej, o wiele niżej.
Bez mała cztery stulecia później, na scenie nowojorskiego teatru „La Mama”, w połowie prapremiery „Partii solowej” Samuela Becketta samotna postać o siwych włosach, w długiej nocnej koszuli koloru białego i w białych skarpetach z wełny, mówiąca o sobie „On”, na kanwie słówka „Birth”, które zwie słowem pierwszym – powtarza sztuczkę Mirandy, ów rytuał przemiany, ale czyni to dokładniej, doskonale. Szepce: „Tego, co mówi, w połowie nie słyszy. Słów, które ulatują mu z ust. Którym usta muszą wystarczyć. Zapala lampę. Po czym cofa się na skraj światła i odwraca się twarzą do ściany. I patrzy. Jakby gdzieś dalej. W mrok. Czekając na pierwsze słowo. Zawsze to samo. Które nabrzmiewa mu w ustach. Wysuwa wargi do przodu i tworzy między nimi niewielki otwór. Urodził się”. „Birth…” „Birth…” Gdy sunące z gardła samotnej postaci okruchy dźwięków układają się w to brzmienie – aparat mowy nieuchronnie odtwarza stary jak ludzkość seans przychodzenia na świat. Usta się rozwierają i ze szczeliny wychodzi sunące z czarnej jamy wilgotne ciemię języka. Zawsze tak się dzieje, gdy mówi się „Birth”. Ciało z brzmienia. Zawsze, więc i na początku, w pierwszym zdaniu nocnego monologu, przez samotną postać snutego w słabym, rozproszonym świetle lampy naftowej o kulistym, mlecznobiałym kloszu wielkości ludzkiej czaszki. „Urodził się i to go zgubiło”.
Na scenie Teatru Bagatela, w „Burzy”, wyreżyserowanej przez Franciszka Szumińskiego, nikt nie musi przywoływać zrezygnowanej frazy, którą samotna postać wita siebie na początku kolejnych godzin bez snu, zapewne takich samych, jak wczorajszej nocy, takich samych, jakie nadejdą jutro. Owa rezygnacja dyskretnie, niemo spoczywa na dnie brzęczących słów Szekspira. Fakt zdumiewający – Szumiński jest reżyserem młodym, nawet bardzo młodym, a umie czytać pokornie, nie wymachuje nad „Burzą” maczugami Instagramów oraz innych Tik-Toków, o kolczastej maczudze Rumcajsa już nie wspominając. Właśnie dlatego usłyszał rezygnację. A później, by złowić zasadniczy smak, rytm, odcień swojego seansu, przywołał na pomoc nieruchome światy Salvadora Dalego i Giorgia de Chirico. Dali? Dziwna wycieczka. Inaczej rzecz ma się z drugim magikiem.
Bliżej, znacznie Szumińskiemu z „Burzą” swą bliżej jest do melancholijnych, pustych ulic i placów de Chirico, co w swych kształtach oraz szarościach powtarzają się od zawsze i nie przestaną powtarzać się aż do końca. Bliżej Szumińskiemu do namalowanego snu, w którym dziewczynka toczy kijkiem obręcz przez żółtawą pustkę i czuje, że nic więcej nad powtarzanie tego gestu nie pozostało jej do przeżycia. Dziewczynka zapewne uczęszcza na katechezę, dziewczynka pilnie uczy się Pisma, dziewczynka zna dobrze nie tylko prolog Ewangelii św. Jana, lecz nawet – niczym Szekspir pochylony nad „Bishops Bible” – wciąż wraca do lekcji pana Eklezjastesa, aby nie zapomnieć, iż dzień za dniem – nic nowego w jasności dnia i mrokach nocy. Świat bowiem jest w istocie powtórzeniem. Jeśli nawet nie cały świat, to powtórzeniem jest los, zatem – także teatr. Powtórzeniami, mówiąc dokładnie – portretami losu, który, wirując niby obręcz wokół osi, wiecznie i wciąż od początku małpuje sam siebie, są teatralne opowieści Szekspira, na czele z obezwładniającą „Burzą”, która naprawdę była pożegnaniem.
Tak, Giorgio de Chirico jest tropem nie gorszym od tropu pierwszego zdania samotnej postaci, mówiącej o sobie: „Urodził się i to go zgubiło”. Widma zaludniające „Burzę” Szekspira i „Burzę” Szumińskiego – gubi to samo. Na wyspie Prospera, która leży wszędzie, gdyż jest tylko, jest aż sceną teatralną, gościom i gospodarzom raz jeszcze przytrafi się to, co już kiedyś przeżyli. Przeszłość się im przytrafi niedokładnie, nie bliźniaczo, lecz jednak, a przytrafi się, bo oni istnieją. Co to będzie? Co się powtórzy? Zawsze czułem zażenowanie, tnąc opowieści Szekspira tępym kozikiem prędkiego streszczenia. No bo jak można światy utkane z tak falujących intonacji i z tak nieludzko potężnej liczby fantastycznych słów przepoczwarzać do rozmiarów gipsowej figurki na odpustowym straganie gdzieś pod Łomżą? Jak można bez skompromitowania się nękać przepaść „Burzy” pensjonarską kwestią „O czym to jest?”, po czym, na domiar kompromitacji, odpowiadać. Na przykład – że to o Polsce dzisiejszej, więc o tym też traktuje nowoczesny spektakl w Teatrze Bagatela!… Otóż – nic z tego.
Szumiński umie czytać. Tak. Nie ma więc w jego „Burzy” ani kwestii pensjonarskiej, ani odpowiedzi na nią. Jest tylko, jest aż trzymanie się krawędzi przepaści, krawędzi języka Szekspira. Ale umiejąc czytać, Szumiński potrafi czytać także to, co majaczy pod powierzchnią słów, zdań, scen całych, pod sferą samych tylko znaczeń, idei, intelektualnych komunikatów. I dlatego do de Chirico i samotnej postaci w białych skarpetach z wełny dorzucam trzeciego antenata. „Łabędzią pieśń” Sándora Máraiego. Portret zmierzchu stwórcy „Hamleta”.
Oto wrócił już. Znów jest w Stratfordzie, koło się zamknęło. Miejsce końca okazało się być miejscem początku, odległą chwilą „Birth”, która go zgubiła, więc – pisał. Jeśli wliczyć do rachunku powtórzenia sceniczne – które to już powtórzenie w jego życiu, który obrót obręczy pchanej kijkiem? Wiosna, lecz jak zwykle posępna wiosna nad tak bardzo osowiałą, że chyba martwą rzeką Avon. Niepojęte wyziewy zmieniają popołudnia w godziny dwóch, trzech pogrzebów. Na końcu konduktów zawsze widać skulone plecy poety. A później – jak włóczy się łąkami, z opuszczoną głową, niepewnym krokiem chłopczyka, jakby czegoś szukał. Pewnego dnia – chmury mroczne, nagle i nisko, wiatr przez chwilę, a potem gwałtowna ulewa. Wystawił twarz na krople. Być może wtedy poczuł, że ma do napisania jeszcze jeden portret wiecznego powtarzania się losu, jeszcze jedno powtórzenie – ostatnie już powtórzenie wszystkich powtórzeń. A później przyjeżdżają doń przyjaciele, koledzy po piórze, Ben Jonson i Drayton. Żeby się napić, jak kiedyś. Żeby pogadać. Cieszy ich, że Will wrócił do pisania, dopytują, co to będzie, jakie. Mówi niewiele. Właściwie nic. Tylko to, że stworzył postać, która w połowie jest potworem, w połowie człowiekiem, że nazywa się Kaliban i że kiedyś ów pół-człek nauczył się używać ludzkiego języka. W końcu cytuje druhom wielkie przekleństwo, którym Kaliban ciska w Prospera. Dla niego – Szekspira, który już tylko czeka – jest to w „Burzy” fraza bodaj najważniejsza, krańcowo intymna. Tylko jeden, lecz już ostatni, gorzki okruch autoportretu, rozrzuconego po kartach ponad 30 scenicznych opowieści? Być może. „Mowę mi dałeś; cała z tego korzyść,/ Że kląć dziś mogę…”
Zanim Kaliban Szumińskiego powtórzy to w Bagateli, krucha Miranda – niczym Miranda w roku 1611 i każda kolejna przez następne cztery wieki – powie: „Ojcze!”. I jak zawsze zjawi się wtedy postać z krwi i kości, która przez trzy godziny będzie nim. Ojcem, Prosperem. I zarazem – reżyserem seansu na magicznej wyspie, seansu tożsamego ze spektaklem Szumińskiego w Bagateli. Jak kto woli – przywołany będzie stwórcą trzygodzinnej wieczności, gdzie zdania Szekspira, podwładne słowu „Birth”, tworzą z siebie wszystkie ciała i rzecz każdą. Jak zawsze. Jak kiedyś znów.
29 marca 2026 r.

Przeczytaj również:
19 kwietnia, 2026
Szczęśliwe czytanie
Nie wiem, jakie to były płótna, ale Beckett, przyglądając się im, naraz pojął,…
12 kwietnia, 2026
Za siedmioma
Stuk-stuk, stuk-stuk. Cięcie. Zgrzyt zawiasów drzwi gabinetu, a wcześniej na…
5 kwietnia, 2026
Łuskanie słów
Gdy wczoraj po 19.00 siadłem za biurkiem, aby stary rozległy monolog czytać…
