Drogi Panie Żuku!
Zostałam porzucona… Człowiek, który mnie napisał – Gombrowicz Witold – od dawna nie żyje, owszem, lecz ma samotność nie z tej śmierci wystrzeliła dziś, spóźniona lat prawie 60. Wystrzeliła, gdyż człek, co mnie czasem pisuje, zarazem każąc pisać do Pana o teatrze nowoczesnym – tak, mnie każąc, bo, jak uczy cytowana przezeń sentencja jego druha, świętej pamięci Jerzego Pilcha: prawdziwy mężczyzna winien puszczać kobietę przodem, zwłaszcza w trudnych sytuacjach – otóż człek ów pierwszy raz oto – odmówił! Radź sobie, stara, beze mnie, rzekł, radź sobie sama, ja się poddaję… I poszedł. Kawę leniwie zaparzył, przełknął kęs paczka, na balkon wylazł, w lewej dziurce nosa podłubał małym palcem, ziewnął. Słowem – nic. To było intrygujące! Nic, zupełne nic – a przecież w teatrze żeśmy byli, on i ja, Doktorze szanowny! I to na „Hamlecie” w Narodowym Starym Teatrze! Ba! Byliśmy na „Hamlecie”, co go Paweł Demirski (dramaturg) oraz Remigiusz Brzyk (reżyser) przeflancowali na dzielną spowiedź podstarzałego dziecięcia naszych czasów, zatytułowaną „Mam coś w głębi nie do przedstawienia. Hamlet”! I co? Naprawdę nic? Zupełnie nic. Kawka, pączuś, balkon, dziurka, ziewnięcie. Jak byśmy nigdzie wczoraj nie byli.
Sędziwość? Zestarzeliśmy się? Na stare lata – straszliwie posunęliśmy się w zobojętnieniu? Używając sztandarowej, ze sto razy nad sceną dudniącej, finezyjnej autorefleksji bohatera Demirskiego i Brzyka – w dupie mamy coraz więcej świata? To też, doktorze, nie oszukujmy się, czas przecież leci. Ale w przypadku „Hamleta” przeflancowanego na to coś, co w dupie ma przede wszystkim samego „Hamleta” – chodzi o miazgę. Uwierz Pan – kolosalna jest ona. Tak kolosalna, że pozwala myśleć o czarnej dziurze, która samą siebie pożera, zostawiając – nic, pustkę, próżnię. Pamiętasz, Doktorze, Antoniego Słonimskiego? Wracasz czasem do jego frazy „Nie było”?
W trzyipółgodzinnej miazdze Demirskiego i Brzyka kształtów na scenie jest od jasnej cholery, zaś z rumowiska przedmiotów dałoby się sklecić asortyment następujących sklepów: narciarskiego, z muzycznymi instrumentami, z letnim sprzętem wodnym, ze świętymi obrazkami, z odzieżą letnią oraz zimową, a także odświętną i sportową, z getrami harcerskimi, z pończochami kusząco dziurawymi, ze śmieciowymi worami dużych rozmiarów, ze sprzętem audio, ze sprzętem nagłaśniającym, z obuwiem wycieczkowym oraz na msze i dla wujów oraz cioć na komunie święte i wesela, z okularami przeciwsłonecznymi w wielu odcieniach, z ochronną odzieżą dla monterów instalacji gazowej w domu i zagrodzie, z nakryciami głowy na każdą pogodę, jeszcze z tym i tamtym, z czymkolwiek, ze wszystkim po prostu – ale scenografii jak i kostiumów nie ma. Reflektory ostro świecą – ale brak jasności jako takiej oraz w sprawie. Zmarkotniali osobnicy w śnieżnych krótkich gatkach niedzielnych tenisistów perkusję i ze dwie lub trzy gitary męczą – lecz nie ma muzyki. I nie ma aktorów. Mówiąc precyzyjnie i wielkodusznie – owszem, są. Są, lecz znikają, zmuszeni mocować się gardłami, zębami i ustami z… No i proszę bardzo, doktorze, zaczynam pojmować białą flagę człeka, który czasem mnie pisze, każąc do Pana układać listy o nowoczesnym teatrze nadwiślańskim. Po „z” opadłam z sił zupełnie. Miazga słówek Demirskiego – za duża. Są litery – lecz nie ma opowieści. Został papier. Papier i radość recenzentów oraz innych paziów naszego nowoczesnego, jak rzekłby Ludwik Flaszen, wszystkoizmu scenicznego, z lubością nurkujących w mazi i lepiących z niej, co tylko dusza zapragnie. A dusza pragnie usłyszeć patetyczny szloch figurek na koturnach lub cokołach. Oto ów czcigodny szloch, ledwie z kilku tekstów wyłowiony. Garść odpowiedzi na pytanie „A o czym to jest?”
O utracie, o braku, o śmierci, o tęsknocie, o desperackich próbach odnalezienia bezpieczeństwa, o dominacji patriarchatu, o spotkaniu przeszłości z teraźniejszością, o pragnieniu symbolicznej adopcji, o szukaniu nowego ojca, o poczuciu pustki, o trudach wychowania potomstwa, a także o zemście, stracie, rozczarowaniu, dorastaniu, kryzysie, dyktaturze, pamięci i pokoleniu zrezygnowanych nie wiedzieć dlaczego, lecz zrezygnowanych ostro i bezpowrotnie, tudzież, co już od siebie dodaję dla pełni – o sztuce grania na basowej gitarze, o kłopotach chodzenia żwirową aleją, o Placu Szczepańskim widzianym z lotu ptaka oraz o zdejmowaniu wczorajszych i zakładaniu dzisiejszych majtek męskich, czyli o młodzieńczych pośladkach przez mgnienie na świeżym powietrzu, jeśli można tak rzec o powietrzu w Narodowym Starym Teatrze. Szczerze wyznaję: długie minuty myślałam, że w miazdze Demirskiego oraz Brzyka jedynie o Panu nic nie ma. Aż przechadzający się po scenie kamerzysta naraz wyświetlił na kolosalnym ekranie podobiznę świętego obrazka, wiszącego w ukryciu, obrazka ukazującego Jezusa Chrystusa, który błogosławi orbi, urbi, a chyba także Demirskiemu i Brzykowi. Zaprawdę, powiadam ci, Doktorze, trochę podobni jesteście panowie z czoła. No i nosy wasze – niczym z jednej stajenki. Co znaczy, że mogę kończyć. Z Panem bowiem – miazga jest pełna oraz, jak to się uroczo dzisiaj mawia – zaopiekowana od środka. Amen.
Nie zostało nic do dodania. Teraz już tylko kawusia, pączek, balkon, dziurka, ziewnięcie. A dalej – co po ziewnięciu jest oczywiste – trzeba mi, doktorze, brać przykład z osobnika w różowawych okularach plażowych. U Demirskiego i Brzyka bezwładnie na krześle spoczywa on z głową w klasycznej pozycji „na popielniczkę”, przez co najmniej dwa kwadranse malowniczo dowodząc, iż po morderczej bijatyce z kolegami i koleżankami zdobył w miazdze ekskluzywne miejsce sypialne oraz że będzie go bronił do upadłego.
Pańska samotna dzisiaj
Doktorowa z Wilczej
7 czerwca 2026 r.
