Raz. Czarno-biała fotografia, duże rozmiary, przed salą, gdzie wystawa. Na fotografii: pan w jasnej odzieży, pan w ciemnej odzieży, widziani od tyłu. Idą. Ścieżka w trawie. Jasny: spodnie typu „dzwony”, koszula z krótkim rękawem. Ciemny: kraciasty kaszkiet, czarna marynarka. Miejsce: Kraków, łąki pod Kopcem Krakusa. Czas: rok 1976. Obok wędrujących – tytuł wystawy. „Byłem asystentem Tadeusza Kantora. Andrzej Wajda”.

Dwa. W sali, po lewej, nota informacyjna. Że pół wieku temu, że zachwyt Wajdy seansem Kantora „Umarła klasa”, że Wajdy pragnienie sfilmowania arcydzieła, że Kantor się zgadza.

Trzy. Na środku – gablota. Dwa wydania partytury „Umarłej klasy”. Jedna, z mediolańskiego wydawnictwa Libri Scheiwiller, podarunek dla Wajdy. Druga, w czarnych okładkach, polska. Notatnik Wajdy i luźne kartki z zapiskami, szkicami do filmowej wersji „Umarłej klasy”. Pisany na maszynie list Kantora do Wajdy plus koperta duża, szara. Plakat z obsadą sfilmowanej „Umarłej klasy”.

Cztery. Na ścianie dwie czarno-białe fotografie z wędrówki pod Kopiec Krakusa. Pan jasny (Wajda), Pan ciemny (Kantor) – stoją. Spokojne twarze, rozmowa, planowanie dnia zdjęciowego. Uśmiechy.

Pięć. Na kolejnej ścianie następna fotografia. Kantor i Wajda przy ławkach z „Umarłej klasy”, róg Placu Nowego. Obok ławek szyny z filmową kamerą. Za ławkami tłum gapiów. Aktorzy w ławkach. Dalej, po prawej stronie fotografii z Placu Nowego, Wajdy wyznanie-marzenie o filmie portretującym twarz i palce Kantora w trakcie dyrygowania, stwarzania „Umarłej klasy” na scenie, przed widzami, za każdym razem na nowo. Dalej – plakat prapremiery „Umarłej klasy” w roku 1975. I znów fotografia. Na scenie, przy pierwszej ławce zawalonej starymi książkami, Kantor z uniesionym palcem i zasłuchany Stanisław Rychlicki w roli Sprzątaczki-Śmierci.

Sześć. Na ostatniej ścianie – ruch. Bez końca powtarzający się fragment filmu Wajdy, kilka minut. Scena w piwnicy Krzysztoforów, mechaniczna kołyska na Placu Nowym, Kantor w czarnej marynarce powoli znika w ciemności. Dalej już nic.

Siedem. Przy wyjściu, na pożegnanie, dwa małe ekrany. Wielopole, Wajda i Krystyna Zachwatowicz na tle liści, mówią o filmowaniu „Umarłej klasy”. Drugi ekran – sam Wajda w piwnicy Krzysztoforów, stoi, mówi o Kantorze zdania piękne. Za nim, po prawej, Jaś Jarecki, aktor Cricotu. Tak. Lecz nade wszystko mój przyjaciel doskonale osobny… Już go nie ma… Nie tylko jego… Ilu jeszcze?… Jak wielu już nie tutaj?… No, dobrze, trzeba mi wracać na obiad… Mała wódka po drodze, jak zwykłeś, Jaśku, mawiać w takich razach – „pitstop” nieuchronny. Koniecznie! Albo i ze dwa. Twoje, Jaśku, twoje nieustające…

No i proszę – moja przegrana w epilogu. Nie utrzymałem do końca wrażenia suchości, kostyczności, chłodu zobojętniałego na świat, jaki sprawia ułożona przez Natalię Zarzecką i Krystynę Zachwatowicz-Wajdę w nowej Cricotece wystawa, która w stulecie urodzin Wajdy, w dziesiątą rocznicę jego odejścia i pięćdziesiąt lat po spotkaniu dwóch artystów na kanwie arcydzieła jednego z nich – dokumentuje tamte dni, gdy w przerwie zdjęć do „Człowieka z marmuru” Wajdy przenosili oni „Umarłą klasę” na celuloidową taśmę – czyli temu, co z natury zmienne przecież było, dzień po dniu różne od siebie z wczoraj, nadawali kształt niezmienny na amen. Do siedmiu śladów przeszłości, siedmiu artefaktów, siedmiu łupin z magazynu sumiennego archiwisty, wystawionych na spojrzenia w małej sali przy portierni i szatni, w finale mojego katalogowania dokleił się budyń osobistej melancholii. Krócej mówiąc – ja siebie dokleiłem. Czy z powodu owej suchości? Dlatego, że ani w białej pustce ścian, ani w zamarłym powietrzu nie majaczył żaden trakt łączący siedem łupin, nadający sens spojrzeniu, wędrującemu od łupiny do łupiny? Nie istniał trakt, nikt nie wskazał kierunku, mogąc więc ruszyć dokądkolwiek – do Jaśka ruszyłem? Do wspomnienia cierpkiego?

Nie mogło stać się inaczej. Na cóż więcej bowiem niż tylko na czystą suchość mogli zdobyć się twórcy ekspozycji? Gdyby chcieć zadbać o gości, którzy nic, lub prawie nic nie wiedzą, i opowiedzieć im wszystko o samym tylko zdjęciu ukazującym Wajdę i Kantora idących rachityczną ścieżką w trawach pod Kopcem Krakusa – należałoby cały potężny gmach nowej Cricoteki przeistoczyć w nieogarniony labirynt znaków, rozpoczynając jego budowę choćby od fotografii ukazującej widok z okna plebanii kościoła w Wielopolu wiele lat przed ostatnią wojną – ową kamienistą dróżkę, na końcu której mama znikała co ranek, a w małym Tadziu z nosem na szybie puchł lęk, że tym razem mama nie zjawi się na dróżce po południu. Pomijając oczywiste różnice, każda wystawa w dowolnej sali kuli ziemskiej w istocie rzeczy jest przecież właśnie tym – suchością, zobojętniałym na świat istnieniem kawałków jakiejś przeszłości, nienanizanych na nitkę żadnego traktu, wystawionych na spojrzenia, którym dozwolony jest każdy trakt jaki tylko patrzącemu się przyśni. Na przykład więc – Jasiek. Dokładnie mówiąc – jego nigdy niezmalałe uwielbienie dla arcydzieła Wajdy, filmu „Panny z Wilka”. A jeszcze precyzyjniej – dla prologu i epilogu tej kinowej opowieści, kiedy zjawia się mroczna postać. Znużony starzec. Jakby skądś wracał. Z laską w dłoni, okutany czarnym płaszczem, stojąc między grobami patrzy na płomyki. W finale wygląda z pociągu na umykający mu za plecy świat. Tak, wciąż przywodzi na myśl istotę, która skądś wraca na chwilę. Jarosław Iwaszkiewicz rok przed śmiercią. Może trochę więcej.

Wchodząc w film, wchodzi w wyobraźnię Wajdy i patrzy, co też on zrobił z jego pisanym w młodości opowiadaniem o bezpowrotnej utracie przeszłości, o braku dróg skutecznego powrotu, o twarzach nie do odzyskania. Jak przeczytał tę historię? Jaki trakt wytyczył między łupinami, co inaczej zwą się słowem, zdaniem, akapitem, stroną wreszcie? I właściwie dokąd doszedł? Podobnie wracają u Kantora zmarli, a on im „Umarłą klasą” – seansem z nimi samymi w rolach głównych – pokazuje, jak pojął ich losy ziemskie, jak je poczuł i co postanowił z nich na scenie ocalić. A może Iwaszkiewicz w Wajdy „Pannach z Wilka” istnieje odrobinę tak jak Kantor w Wajdy „Umarłej klasie”? To znaczy – ma pieczę nad stworzonym przez siebie światem, pociąga za wszystkie sznurki, wystukuje rytm, tworzy odcienie, smaki, temperatury? Jak myślisz?

To pytanie do mnie. I wcześniejsze także. Cały poprzedni akapit właściwie winienem kursywą napisać, gdyż właśnie tak Jasiek wiele razy gadał i o to pytał na wielu „pitstopach”. A ja się zawsze zgadzałem i zgadzam się dziś, gdy w małej sali nowej Cricoteki patrzę na Jaśka niczym na widmo zamarłe w krześle za plecami Wajdy, który w telewizorku przy wyjściu z wystawowej sali mówi o Kantorze piękne frazy.

Tak, Jaśku, znów się zgadzam, jak kiedyś. I aby starych rozmów nie kalkować po próżnicy, dopowiem krótko własnymi słowami. Tak, do wytyczenia jest trakt łączący siedem łupin wystawy „Byłem asystentem Tadeusza Kantora. Andrzej Wajda”, trakt stworzony z przeglądających się w sobie wzajem elegii Iwaszkiewicza, Kantora i Wajdy. Twoje nieustające, Jaśku! Tak.

11 października 2026 r.


Przeczytaj również: