Dlaczego uciekam?, spytał Rice, przystając na moment. On lub w mym śnie na jawie Jan Frycz w roli Rice’a, gdyby tylko sen mógł się ucieleśnić, lecz nie może. Już nie. W przepoconej koszuli, z trudem łapiąc oddech, kucnął w pustym zaułku na tyłach Chancery Lane, oparł się o zimną ścianę i nie wiedział, co dalej. Dlaczego biegnie? Papieros, strach, bezradność. Czyjeś kroki znów blisko. Pogoń? Chyba. Więc którędy teraz? W prawo? A gdyby z powrotem do Teatru Aldwych? Przecież zabójcom nie przyjdzie na myśl, że Rice odważył się wrócić do gmachu, gdzie zaczął się strach i ucieczka.

Od wielu minut biegł desperacko, chaotycznie, byle umknąć, z podniesionym kołnierzem palta i rękami w kieszeniach, dysząc, wolniej i wolniej. Stukot kroków za plecami był dlań odgłosem pogoni – kluczył więc labiryntem West Endu. Kean Street, Kingsway, Strand, Chancery Lane, wreszcie – zaułek. W lewo? A może do mostu Blachfriars i spróbować jak kamień w wodzie przepaść w parkach, bramach, sieniach drugiego brzegu Tamizy? Może tam stukot ucichnie na zawsze? Biedny Rice! Jeszcze długo, a może nigdy nie pojmie, że ucieczka się nie skończy, stukot nie ucichnie, nie minie strach. I że już nie przestanie być sam. Rusza.

Czy istnieje sekret scenicznej sztuki, którego Frycz nie przejrzał na wskroś? A w aktorstwie? Wiedział o nim wszystko, co do poznania możliwe, ale też znał garść proteuszowych zaklęć niedostępnych komediantom wspaniałym, lecz tylko profesjonalnym. Myślę o tych minutach, gdy wchodził, nieruchomiał – i tyle wystarczało. Już był opowieścią. Opowieścią jeszcze niewypowiedzianą, lecz pełną, która do życia nie potrzebowała gestów Frycza, jego spojrzeń, artykulacji, niebywałego tembru gardła ani falowania recytowanych fraz. Nie potrzebowała jego gry, aby istnieć niepokojąco i w całości. W „Morzu utraconych opowiadań”, spowiedzi z nienapisanych fabuł, Gabriel Garcia Marquez wspomina magiczną chwilę, gdy spłynęło na kartkę pięć słów tytułu. Topielec, który przynosił nam ślimaki. Przyglądał się długo, wiele razy, aż poczuł, że w samotnej tej frazie błąka się baśń skończona, doskonale gęsta i żywa. Dlatego zostawił ją w spokoju. Niechaj sama snuje niemo swą bajkę wciąż od nowa. Bywało, że na scenie Frycz istniał jak pięć słów Marqueza. A uciekinier?

Julio Cortazar, czyniąc z Rice’a bohatera „Instrukcji dla Johna Howella”, dedykowanej Peterowi Brookowi opowieści o istocie teatru, o jadzie iluzji – uczynił go przeciętnością, postacią mętną jak wielu, jak smak potrawy, która nosi to samo co on imię. Ot, nikt. Nikt bez właściwości. Lecz najistotniejsze, iż kazał mu być osobnikiem zupełnie obojętnym na teatr, szarą figurą, dla której gmachy iluzji to budy wygłupów serwowanych gawiedzi dla płaskiej uciechy, zaś aktorstwo niczym się nie różni od sztubackiego przedrzeźniania polonistki na lekcyjnych przerwach. I właśnie taki pan Ryż wchodzi w jesienny, ponury, londyński weekend do Aldwych. Wchodzi nie dlatego, że chce, lecz dlatego, iż nudzi się katastrofalnie. Mógł poleźć do zoo lub na lody, tak, ale to za daleko. Co grają? Bez znaczenia. Nawet nie spojrzał na afisz. Wlazł, usiadł w środku parteru i gapił się na scenę jednym okiem, drugim szukając krągłych ciekawostek w lożach pierwszego piętra. Na początku Cortazar wyznaje: Teatr jest niczym więcej niż paktem z absurdem, jego luksusowym i skutecznym zastosowaniem. Jakże fantastyczny byłby to absurd, gdyby Frycz, który o teatrze wiedział wszystko, zdążył zagrać Rice’a, człowieczka, co o teatrze nie wie nic!

W Aldwich wielki absurd zaczyna się w przerwie po I akcie tandetnego romansu, w którym Ewa zdradza z Michaelem męża, Johna Howella klecącego na boku ciemne interesy, a pretensjonalni osobnicy z mordem w oczach obserwują bezbronną, samotną Ewę. I oto po opadnięciu kurtyny jacyś bezimienni zapraszają Rice’a za kulisy i oznajmiają, że w II akcie to on zagra Johna Howella. Może recytować, co chce, byle z grubsza w temacie. Na siłę zakładają mu rudą perukę, szylkretowe okulary i stawiają przy szparze między kotarami, a gdy przebrzmi trzeci gong – wpychają go w blask sceny. Oszołomiony Rice pierwszy raz w życiu stoi na podszewce rzeczywistości. Widzi fiołkowe światło nie z tej ziemi, widzi przestrzeń, która wydaje się bezkresna, z lewej strony nadpływa doń z ciemności coś jak wspólnie wstrzymany oddech oraz plamy gorsów w odcieniu mleka, kontury kapeluszy i koafiur – sygnały widowni, przytulnego kawałka świata z krwi i kości, którego, zdawałoby się, nieusuwalną cząstką Rice był dopiero co. Chce ruszyć na proscenium i oświecić starych towarzyszy, bezpiecznych w ciemności, że to wszystko jest blaga, nabieranie ich, robienie z nich idiotów, ale nim uczynił pierwszy krok – Ewa pośpiesznie podeszła ku niemu z wyciągniętą dłonią, która wydawała się zawieszona w fioletowym świetle na końcu bardzo białego, długiego ramienia. Fikcja podała rzeczywistości rękę na zgodę. Przymilna pokora – stary numer fikcji, odwieczna jej na realność zasadzka. Po sekundzie przymilna pokora się wzmogła – Dłoń ta była lodowata i Rice odniósł wrażenie, że lekko skurczyła się w jego dłoni. Boże Święty! Przecież to całkiem jak w życiu, a tu nie życie! Zobaczcie teraz Frycza, zdumionego pierwszym w jego dogasającym życiu dotykiem fikcji… A dalej rozwiera się przepaść. Ewa szepce Rice’owi do ucha: Nie pozwól im mnie zabić! Czyj to szept? Postaci czy aktorki? Fikcji czy prawdy w skórze fikcji? I to jest dla Rice’a koniec bycia istotą jednolitą i spójną, na amen osadzoną wyłącznie w jednym świecie. W „Hamlecie” bohaterowie, którzy oglądają spektakl aktorskiej trupy, pantomimę „Zabójstwo Gonzagi”, w istocie oglądają skrót „Hamleta”. W „Don Kichocie” Cervantes pozwala postaciom znaleźć w bibliotece błędnego rycerza egzemplarz „Don Kichota”. Na kanwie tych magicznych spotkań Jorge Luis Borges rzekł: Skoro bohaterowie jakiejś fikcji mogą być jej czytelnikami czy widzami, to my, jej czytelnicy czy widzowie, możemy równie dobrze być fikcją. W zawrotnej chwili nie wiedzieć czyjego szeptu błagającego o ocalenie nie wiedzieć czyjego życia, Rice, nie znając ich, pojmuje słowa Borgesa. Wpuścił w siebie jad scenicznej iluzji. Od teraz będzie Rice’em podwójnym, bezradnie pytającym siebie o siebie.

W drugim antrakcie bezimienni są markotni, lecz dają mu jeszcze jedną szansę. Akt III. Teraz Rice robi na scenie, co może, by ocalić Ewę lub aktorkę grającą Ewę. Wszystko na marne. Kurtyna. Bezimienni, wściekli na Rice’a za ułańskie bohaterstwo, w ostatniej przerwie wyrzucają go z powrotem na widownię. Akt IV, ostateczny. Na scenę wraca pierwszy John Howell. W połowie dobiega skądś dziwny trzask, ktoś wylewa herbatę na suknię Ewy i aktorki grającej Ewę, obie chwieją się przez moment i bezwładnie padają na sofę w tym samym miejscu… Czyżby? Jeśli tak, to w której z dwóch rzeczywistości nicujących się na scenie, padł trup? Czy wstanie? Rice nie czeka na odpowiedź, na finał, oklaski. Boi się liczenia komediantów w ukłonach. Ucieka po dziwnym trzasku. Pędzi, odbiera z szatni palto, wypada na ulicę i znika w pajęczynie ścieżek West Endu.

Biegnie. Ulica, znów ulica, wiele ulic, za plecami, raz bliżej, raz dalej, stukot kroków wybrzmiewający jednocześnie w dwóch światach, prawdy i fikcji, i znikąd pewności, w którym wybrzmiewa rzeczywiście. Biegnie. Puste zaułki wytchnienia, chłód ściany, papieros i uparte pytanie Dlaczego uciekam? W jednym z zaułków drugi uciekinier przystaje obok Rice’a. John Howell z I i IV aktu! Rice radzi, by zdjął perukę i szylkretowe okulary, gdyż przebieranki już nie mają sensu. Mądrze radzi, tylko że to nie są sztuczne włosy i nie rekwizyt optyczny. Drugi uciekinier ma rude włosy od urodzenia, szylkretowe okulary nosi na co dzień. Więc nie jest Johnem Howellem, tylko aktorem? Jakie jego imię? Na R, na T, na K? A może to drugi Rice, jeden z wielu Rice’ów, co w nich teatr – zwłaszcza ten z rolami Łomnickich, Gajosów, Fryczów i kilku innych szamanów podwójnego istnienia – zdolny jest widzów przemieniać?

Znów stukot kroków, więc znów muszą uciekać. Oni dwaj i tylu, tylu innych, w innych miastach, innych czasach. Każdy sam. Rice pochylił się, żeby nabrać rozbiegu, i ruszył w przeciwnym kierunku. W świetle latarni zobaczył obojętną nazwę: Rose Alley. Dalej była rzeka, jakiś most. Nie brakowało mostów ani ulic, którymi można by uciekać. Tak Cortazar kończy przygodę swego bohatera. Jan Frycz zmarł 15 sierpnia 2026 roku. Jednak zabrakło.

23 sierpnia 2026 r.