I tylko to, co opowiedziane, jest jedyną możliwą wiecznością. Żyjemy w tym, co opowiedziane. Świat jest tym, co opowiedziane.
Wiesław Myśliwski „Traktat o łuskaniu fasoli”
Tycia myszka pierwszy raz wychodzi z norki na przeogromny świat i dostrzega nietoperza. Zachwycona wraca i piszczy: „Mamusiu! Mamusiu! Widziałam anioła!”… I co? Koniec już? Tak, to już cały smakołyk, raczej jego namiastka, zaczyn, pierwszy akord przyszłej pełni, prędki szkic, obrazek ledwo zaczęty, czekający na subtelności, kolory, odcienie. Po prostu – dwa zdania opowieści póki co nieopowiedzianej. Lecz bywa mniej, a łaknienie ciągu dalszego wcale nie maleje. Choćby te pięć słów, samotny tytuł na czele stronic doszczętnie białych: „Topielec, który przynosił nam ślimaki”. I bywa więcej, tak, choć przecież wciąż mało, za mało. Zima oto, góry, dwóch wędrowców, szałas. Po trzech dniach jeden umiera. Ocalały grzebie towarzysza w zaspie za szałasem, lecz rankiem dostrzega trupa siedzącego na krawędzi łóżka. Grzebie go więc ponownie, tym razem dalej. Bez skutku. Kolejnym świtem trup znów jest w szałasie. I wraca tak aż do końca zimy. Nie mogło być inaczej. Człowiek, który przeżył, czuł się tak nieludzko samotny, że we śnie noc w noc wykopywał nieboszczyka i sadzał go na krawędzi swego łóżka, aby rankami mieć z kim pomilczeć na „dzień dobry”.
Takie drobiny narracyjne, niedokończone, lekkie, czekające na życie pełne, na istnienie ulepione z mięsa, krwi, kości i skóry, drobiny jakby proszące: „Dokończ… Dokończ bez pospiechu…”. Ile ich jest? Nieporachowane pułki. Wszędzie, w powietrzu, na lądzie, sunące z ust do uszu, przyczajone na byle świstkach lub plecach pocztówek, ukryte między kartkami notatników, tak, pułki drobin gdziekolwiek, wszędzie. W eseju drukowanym na łamach „El Espectador” 12 maja roku 1981 owe drobne blaski Gabriel Garcia Márquez nazwał pokutującymi duszyczkami literatury, z których większość czeka na dopowiedzenie, ale jest wśród nich też garść utkanych w pełni (na przykład historia trupa, którego żywy towarzysz noc w noc taszczy do szałasu, aby nie czuć samotności o poranku), co z racji swego piękna pragną być powtarzane wciąż od początku, niechby nawet trochę innymi zdaniami, choćby w żałosnej formie prędkiego streszczenia. Od dnia ukazania się portretu pokutujących duszyczek literatury mija ponad sześć miesięcy i 20 stycznia roku 1982 Márquez publikuje na tych samych łamach elegię „Sto sześćdziesiąt sześć dni Felizy”. Pierwsza fraza jest ciemna, chłodna. Niespiesznie zasuwające się wieko. „Przebywająca na emigracji we Francji kolumbijska rzeźbiarka, Feliza Bursztyn, zmarła ze smutku w ubiegły piątek, 8 stycznia o godzinie 22.15, w pewnej paryskiej restauracji”.
Tamten 8 stycznia, noc, lodowate powietrze, zmarznięty śnieg na ulicach, knajpa niczym górski szałas zimą nieludzką, sześcioro wędrowców przy stole, w świetle, które być może jest tylko złudzeniem. Márquez z żoną, Mercedes, i czworo zaproszonych przez nich przyjaciół: Eliza z mężem, Pablo Leyvą, oraz Enrique Santos Calderon z żoną, Marią Teresą. Nie zdążyli zamówić. W ostatnim zdaniu elegii Márquez pamięta świetnie. „Siedząc po mojej prawej stronie, Feliza czytała jeszcze menu, gdy nagle oparła się o stół – powoli, bez jednego oddechu, bez jednego słowa ani wyrazu bólu – i w tej samej chwili zmarła, nie wiedząc nawet, dlaczego ani czym zawiniła, żeby umierać w taki sposób, ani jakie były te dwa zwykłe słowa, które powinna była powiedzieć, aby nie umierać z dala od domu”. Tyle. Koniec elegii. Wieko nieruchome na swoim miejscu.
O co chodzi z dwoma zwykłymi słowami, co miały być ułaskawieniem? W opowieści Márquez próbuje tego dociec. Próbuje rozwikłać całą tajemnicę nienachalnego prześladowania Felizy przez kolumbijskie władze, sekret perwersyjnie delikatnych oskarżeń i milczącego nakłaniania do wyjazdu z Bogoty, z Ojczyzny, nawet z kontynentu. Wszystkie słowa Márqueza na nic. Jedyne, co udaje mu się w skrótowej relacji o ostatnich dniach Felizy stworzyć, to echo losu Józefa K. Była artystką. Z metalowych resztek, wyłuskiwanych na złomowiskach, tworzyła blaszane rzeźby. Była córką żydowskich emigrantów z Polski, z Ostrołęki – Yakova, kształconego na rabina, oraz Chai. W maczystowskiej duchocie Kolumbii – była kobietą uwierająco wolną. Była niewygodą, drzazgą za paznokciem, denerwującymi sztychami wybuchowego, nieopanowanego śmiechu. Wszystko to prawda najprawdziwsza, lite fakty wprost z rzeczywistości, lecz teraz odstawiam je na bok. Teraz istotne jest, że aby dociec, albo przynajmniej spróbować dociec niedocieczonego sekretu jej nagłej śmierci – prawdę, zdawać by się mogło, że ostateczną i jedyną prawdę 166 dni umierania Felizy, Márquez musiał delikatnie ułożyć na koszmarze fikcji „Procesu” Franza Kafki. Musiał realność sankcjonować literaturą. 27 lat później inny Kolumbijczyk, pisarz Juan Gabriel Vásquez uczynił podobny gest, tyle że w stosunku do całego życia kobiety, co w rozświetlonym zimą szałasie paryskiej restauracji, pewnej nocy, punkt 22.15, nagle zmarła ze smutku, mając zaledwie 48 lat.
Ten, który ocalał, noc w noc odkopywał trupa, by nie umrzeć z samotności… Kobieta, która przestała się śmiać 166 dni temu, zmarła ze smutku wśród przyjaciół nie potrafiących zrozumieć jej samotności… Czy nie brzmi to niepokojąco, jak początek nie wiadomo czego, jak uwertura, wstępne takty uwertury? Zmarła ze smutku… Trzy słowa. Trójkątna pokutująca duszyczka, która zimą roku 1982 ukłuła Vásqueza pochylonego nad zdaniem, którym na łamach „El Espectador” Márquez otworzył swą bezradną kronikę nieuchronnej śmierci Felizy Bursztyn. Zmarła ze smutku… „Jedyne, co zrozumiałem z tej frazy – wyzna Vásquez po 27 latach – to to, że nie jest ona diagnozą medyczną, nie jest diagnozą jakkolwiek dosłowną. To jest diagnoza powieściopisarza i że jako taka powinna być zgłębiona – w powieści”. I napisał ją. Nie biografię uniwersytecka, ale i nie idealnie powieściową powieść. Napisał grę fikcji z prawdą. Za dni kilka, dzięki Wydawnictwu Czarna Owca, ukażą się w księgarniach „Imiona Felizy”. Z niebieskiej okładki zacznie przyglądać się światu kobieta przez fotografa uwieczniona w epoce, gdy jeszcze umiała się śmiać.
Po 27 latach poszukiwań, badań, analiz, po 27 latach dotykania wszelkich prawd życia Bursztyn i prawd jej umierania, po 27 latach borykania się ze starym przekonaniem ludzkości, że pokorne kalkowanie zgromadzonych faktów ludzkiego losu równoznaczne jest z portretowaniem najprawdziwszej prawdy tego losu, po 27 latach cierpliwych wykopalisk z lupą w garści i układania detalicznych artefaktów na krawędzi swego łóżka, aby mieć z czym pomilczeć o jednym życiu i jednym umieraniu, Vásquez – wielbiciel Marcela Prousta, który z taką subtelnością pogardzał pisaniem jedynie powielającym naskórek świata – pojął, że najmniej straci i dotrze najdalej, gdy prawdziwe życie Felizy, nieubłaganie smutniejącej aż do śmierci ze smutku, przenicuje fikcją, fatamorganą, snem na jawie. Zrozumiał, że narrator jednej z jego poprzednich powieści, „Sekretnej historii Costaguany”, ma świętą rację, kiedy z operowym patosem w głosie wyznaje swój niecny zamiar wzięcia prawdy w cudzysłów. Zanim więc postawił na kartce pierwszą literę „Imion Felizy”, Vásquez uniósł głowę i wyrecytował:
Trybunale Czytelników! Oto staję przed wami, by przedstawić sprzeczną wersję wydarzeń, by odgarnąć listowie, wzbudzić zamęt w spokojnym domu odziedziczonych prawd!
22 lutego 2026 r.
