Panie Józefie, Doktorze drogi!
Ta łysa głowa, ta skóra jak pergamin lub stara mąka, czymś tajemnym sklejona, te szczurze zęby trzonowe, majaczące między rozległymi wargami, wreszcie te dłonie jak łapy pterodaktyla, zobojętniałego na czas! A jego oczy? Nie ma co gadać po próżnicy, Doktorze – jestem od dawna zakochana! I gdyby nie ten ubóstwiony przeze mnie wampir – kilka dni temu znów bym się wieszała.
Owszem, moje ciągłe wciskanie szyi w pętlę jest już nudne. Odkąd panuje w Polsce nowy teatr, a będzie tego lat ze 30, jestem najczęściej wieszającą się w trakcie spektaklu bywalczynią widowni, zwaną „babcią pętelką” lub „sędziwą dyndaśką”. Tak, Doktorze, przemieniłam się w farsę samozagłady, ale nie tylko z powodu owego uporu świat teatru rechoce na mój widok. Rzecz w tym, że żadne widmo, o ile rozsądne, nie pokłada nadziei w sile przyciągania ziemskiego – a ja pokładam! Uparcie pokładam, więc regularnie wieszam się nieskutecznie, bo oddolna siła nie ma czego pociągnąć. Lecz nie potrafię sobie odmówić! Gdy mija kwadrans scenicznego dzieła, góra pół godziny, zadzieram głowę i wypatruję gwoździa, haka lub rury, co by mogła zagrać rolę gałęzi, pod ciężarem zgiętej. I tak było teraz. Tak, lecz milej niż zazwyczaj. Oto chciałam się nieskutecznie wieszać w trakcie seansu o polskich trupach nieudanych, co to z grobów powstają, aby w nich lec w celu wstania i przejścia się a to w lewo, a to w prawo, a to dookoła Wojtek.
Mówię o nowym dziele Teatru Słowackiego, pokazywanym na scenie Małopolskiego Ogrodu Sztuki. Chodzi o – z ułańską odwagą mówiąc – napisany przez Jarosława Murawskiego i przez Marcina Libera – wciąż z ułańską odwagą mówiąc – wyreżyserowany utwór „Polish Horror Story”… Trzy kropki stawiam samej sobie, tak jak się szlaban opuszcza. Stop! Ani kroku dalej! Ani kroku w stronę pytanka „A o czym ważnym dla Polski dzisiejszej to jest?”! Zakaz taplania się w tym mętnym bajorku publicystycznych Idejek, Przesłanek, Lekcyjek i Myślonek! Zakaz nurkowania i puszczania przy dnie bąbelków na kanwie przeszłości polskiej zmieszanej na scenie z teraźniejszością polską, na motywie zmarłych tańcujących z żywymi, na osnowie fraz „Wesela” i „Wyzwolenia” mocujących się z nowoczesnymi frazami rockowej kapeli, dokazującej na tyłach sceny. Wampiryzm nadwiślański, zabytkowe zbroje i miecze, nowe dziennikarstwo, stary góral, osinowy kołek, wieczna matka, ponętna dziewoja, domorośli łowcy duchów, nastrojowe obrazki wyświetlane na ścianach, toksyczna rodzinka, dygoty i czołgania się w zielonościach oraz innych pstrokaciznach, i ze sto innych elementów – a wszystko sklecone w coś na modłę krzywego zwierciadła. Czyli – o, odkrywczości! – Polska wzięta w nawias jajcarskiej ironii. Po prawdzie – brakowało na scenie tylko pana, drogi Doktorze Opalski! Pana w roli omszałego Komandora tradycjonalizmu, co na szczycie marsjańskiego spodka skamieniał nad otwartym tomem „Doktora Faustusa” Tomasza Manna. Tak, w dziele Libera występuje również monstrualny spodek wprost z Marsa. Wbity w scenę – sterczy ukośnie. Zielony pilot najwyraźniej źle zaparkował. Zielony pilot lub szofer z Polski, co jednego za dużo wychylił.
Głowę zadarłam, gdy na scenie zjawił się chwiejny trup starego górala. Dość prędko wypatrzyłam w suficie solidny hak i zaczęłam powoli odwijać z szyi cudowny szal wełniany, długi, bardzo długi i mięsisty! Ot, włóczkowa anakonda, nie jedna, skądże – ze trzy wełniane anakondy! Wyobraź pan sobie, że sama szal ów stworzyłam, dzień w dzień po 8 godzin szydełkując przez dwa miesiące. Mniej więcej tyle czasu reżyseruje się spektakl. Nie? Wybrawszy technikę zwaną „kwadratem babuni”, szydełka liniowe 2,5 milimetra i grubą włóczkę w czterech kolorach – sunęłam cudnie w rytmie lekko zmodyfikowanego splotu podstawowego, splotu układającego się w okrążenia zamykane, które znowuż tworzyły powtarzające się regularnie sekwencje takie oto: trzy słupki oddzielone od siebie pojedynczymi oczkami łańcuszka na bokach i dwoma oczkami łańcuszka w rogach robótki! Nie, ja wcale nie robię z pana wariata, Doktorze, sprowadzając piękno szala do technicznego przepisu jego wykonania. Przeciwnie, ja dotykam istoty rzeczy.
Jakie odcienie składają się na szal i jaki kolorystyczny nastrój budują, czy włochaty jest szal czy gładki, o czym traktuje opowiastka rysunku ułożonego z nici włóczki, czy Polaków szal uczy czegoś, czy przestrzega, czy do namysłu skłania – odstawmy to na bok. Nie byłoby tego, drogi Doktorze, nie byłoby o czym rozprawiać, gdyby szal nie był – fachowo zrobiony. Gdyby nie był strukturą harmonijnie ułożonych elementów, płynnym przechodzeniem słupków w oczka i oczek w słupki, splotem idealnym wielu związków zgody pomiędzy liniami, figurami i sekwencjami, słowem, gdyby był włóczkowym gruzowiskiem – niby jakie znaczenie miałaby Wielka Idea bądź brak Wielkiej Idei szala mego? Chwalić Boga był i jest on efektem fachowego szydełkowania. Gdy go z szyi odwijałam, czułam w palcach jego spójność, nieuchronność jego spoiw, konieczność jego struktury. I wtedy Liber wykonał inscenizacyjny gest, którym bezwiednie wstrzymał mój cyrk wieszania. Kątem oka zapatrzonego w hak u powały zobaczyłam na ścianie sceny nagle wyświetlony portret w jajowatej barokowej ramie. Klaus Kinski! Głowa Kinskiego w roli Nosferatu w filmie Wernera Herzoga. Doskonała twarz istoty uwięzionej między wiecznością a ziemskimi zegarkami. Przestałam odwijać z szyi trzy wełniane anakondy…
Trzy kropki, Doktorze. Znów szlaban. Ani słowa o kłujących sensach opowieści Herzoga, bajki niepowtarzalnej, choć będącej echem napisanej bajki Brama Stokera i niemej kinowej baśni Friedricha Wilhelma Murnaua. Pan Tadeusz Nyczek, krytyk teatralny, uczył ongiś, że gdy jest na scenie źle, trupio, mogilnie – warto spróbować uchwycić się nie popsutego detalu – łydki aktorki, ucha aktora, dolnego guzika kamizelki służącego – uczepić się go wyobraźnią i na jego kanwie zacząć sobie snuć historyjkę ocalającą przed wieszaniem samego siebie. Miał rację. Mały portret mego ukochanego wampira ocalił mnie. Znów zobaczyłam nieomylne falowanie obrazów Herzoga. Powtórzyło się dla mnie hipnotycznie płynne przechodzenie mgły w kamień, kamienia w srebro księżyca, srebra w nietoperza, nietoperza w Sanctus z Mszy św. Cecylii Charlesa Gounoda, tychże nut w zmierzch farb na obrazach Caspara Davida Friedricha, zmierzchających farb w strumień szczurów, tafli szczurzych sierści w Preludium Złota Renu Ryszarda Wagnera, tego złotawego brzęku w doskonałość alabastrowej skóry Isabelle Adjani, w końcu – alabastru w powłokę z nie wiedzieć czym zlepionego popiołu. Po raz kolejny zobaczyłam dzieło geniusza, który wpierw jest bezlitośnie fachowym rzemieślnikiem.
Na pożegnanie rzeknę krótko, drogi Doktorze. Marcin Liber nie umie szydełkować, po prostu. Nie potrafi operować szydełkami, a chce społecznie filozofować operując szydełkami. Mam świadomość, że nie tylko on. Trudno. Nie płaczę, w końcu nikt mnie nie zmusza do odwiedzania teatrów. Z godnością przyjmuję wyrok. Wiem, że czeka mnie jeszcze wiele wieczorów wieszania siebie na szalu nad widownią.
Pańska uparta Doktorowa z Wilczej
16 listopada 2025 r.
