– Powiedz mi, co będziemy jedli.
Trzeba było siedemdziesięciu pięciu lat – siedemdziesięciu pięciu lat życia, minuty za minutą, żeby pułkownik doczekał tej chwili. Poczuł się czysty, kategoryczny, niepokonany, gdy odpowiedział:
– Gówno.
Gabriel Garcia Márquez „Nie ma kto pisać do pułkownika”
Teraz? Tak, tylko teraz pod pachą prezydenta Mariano De Santisa dostrzegam nagle koguta z bezimiennej mieściny na wybrzeżu Morza Karaibskiego. Malowniczy ptak, mocny w kościach, o dziobie nieskorym do litości i nigdy nie oklapłym grzebieniu, świetny w kogucich walkach. Ptak albo pamięć, jedyny ślad, jaki w starej Gabriela Garcii Márqueza opowieści o pułkowniku czekającym na list, na odpowiedź, na uspokojenie, pozostał pułkownikowi po synu zabitym przez władzę. Ślad ciepły – wystarczy dotknąć.
Żeby nowa opowieść – film Paola Sorrentino „La Grazia” – przejrzała się w starej baśni Márqueza, kogut nie był konieczny. On jednak zjawia się. Teraz oto, na ekranie, w ułamku sekundy wyrasta dla mnie pod pachą bohatera Sorrentino. Dla mnie? Nie wiem. Tak jak nie umiem rozstrzygnąć, czy flamingi, co w finale „Wielkiego piękna” przysiadły na balkonie apartamentu w pobliżu Koloseum, by odsapnąć przed lotem do Afryki – przysiadły rzeczywiście, czy tylko ja je zobaczyłem. A w innych filmach Sorrentino – jak wiele podobnych źródeł niepewności pulsuje, jak wiele kadrów tak się waha na pograniczu nieważkości i ociężałej jawy? Teraz, w wahającej się scenie przybycia dawno temu zmyślonego koguta z Karaibów, prezydent, stary jak pułkownik i jak on będący samym czekaniem na spokój jasnej odpowiedzi, zdaje się być postacią wstawioną w najistotniejszą przestrzeń własnej pamięci.
Jego finezyjnie rzeźbiony w filcu czarny kapelusz o dyskretnie cienkim rondzie, jego plecy w mroku wełnianego płaszcza od najświetniejszego krawca Rzymu, jego godna pułkownika samotność na ścieżce między drzewami bez liści, skrawek jego niewidzialnej twarzy zwróconej ku dalekiemu nasypowi całemu w żółknących trawach. Teraz jest koniec roku, koniec czasu, koniec świata. Szła nasypem jego ukochana, zmarła żona – kiedyś to się zdarzyło, na początku czasu, na początku świata. Później, wiele lat później, tuż przed swym końcem zdołała prezydentowi wyznać grzech zdrady, ale tylko to. Prezydent wciąż nie zna imienia tego kogoś, nigdy nie zobaczył jego twarzy. Zna jedynie ból niejasności, wahania, rojeń – ból braku pewności, braku odpowiedzi. Szuka więc, w wielu punktach filmu pyta, lecz nikt nie mówi nic. Od dawna nie ma kto uspokoić prezydenta. Teraz więc kolejny raz stoi w środku swej pamięci, czekając. Jak pułkownik, który przez dziesiątki lat co piątek czeka w rzecznym porcie bezimiennego miasteczka Karaibów na barkę wiozącą worki z listami. Później pokornie idzie za tragarzem, taszczącym worki na pocztę, a w epilogu owej mszy starej nadziei – wpatruje się w przeznaczoną mu przegródkę i palce naczelnika, sortujące listy. Po czym wraca do domu, co jest początkiem kolejnego czekania. Bo w każdy piątek – nic. W żaden piątek znów nikt nie napisał do pułkownika listu w sprawie jego renty wojennej. Wraca, gdyż musi nakarmić koguta, choć nie ma już czym. Musi znosić obecność chorej na astmę żony, uparcie żądającej sprzedaży ptaka, by mieli co jeść. I jak najdłużej musi być niezłomny, gdyż nie pojmuje, komu i za ile można sprzedać kawałek pamięci. Teraz pułkownik bierze koguta pod pachę. „Wstrząsnęło nim ciepłe, głębokie bicie serca ptaka – powiada Márquez. – Pomyślał, że nigdy dotychczas nie trzymał w rękach czegoś tak bardzo żywego”. A teraz prezydent, jak sądzę, widzi figurę młodej kobiety, idącej grzbietem nasypu w ciszy żółknących traw. Teraz wciąż nie wie.
W owej scenie, co jest jawą lub snem, w tym portrecie ciemnej postaci, na ścieżce pośród gołych drzew czekającej na odpowiedź, portrecie, któremu niewiele brakuje do bycia martwą naturą z czarnym kapeluszem i płaszczem jak mrok – skrapla się cała filmowa baśń Sorrentino. Tu, teraz – wszystko jest daleko, coraz dalej. Lecz wciąż jest. Pałac prezydencki, który Mariano De Santis niebawem opuści na zawsze. Cudne meble, fantastycznie wysmakowane przedmioty, komnaty, klamki, okna, złocone księgi, inne formy, co przetrwają bohatera i wielu, wielu innych. Szare dachy Rzymu, które prezydent widzi przez dym palonych na pałacowym balkonie papierosów, mimo że ostało mu się tylko jedno płuco. Coraz dotkliwiej obca córka. Ciemnoskóry papież w watykańskich ogrodach bezradnie wobec pytań prezydenta rozkładający ręce. Inne jeszcze zdarzenia, światła, kolory, brzmienia. Także ostatnie dylematy prezydenta – dwa ułaskawienia i ustawa o eutanazji – które przed odejściem musi rozstrzygnąć, przyjmując rolę boga. Lecz jakże on ma być bogiem, wiarygodnym bogiem ziemskim, skoro, co kilka razy wyzna, kiedy modli się do Boga prawdziwego – nieuchronnie zasypia w połowie frazy, melancholijnie znużony starym pocieszeniem? Wszystko to blaknie, już zblakło, wystygło, ucichło, niczym sędziwa czarno-biała fotografia. W „La Grazii” Sorrentino nie przestał być arcymistrzem baroku, wirtuozem stykania z sobą tego, co wysokie, z tym, co niskie – światła z mrokiem, łzy z rechotem, opery z kabaretem. Tylko że w „La Grazii” ów taniec pogodzonych sprzeczności jest chłodny, cichy, spowolniony, ascetyczny, niczym w kondukcie twarze kobiet za woalkami. Taniec barokowy jest w „La Grazii” taki właśnie, ale też, jak zawsze u Sorrentino, dzieje się – teraz. Wtedy i tylko wtedy, gdy patrzysz na film.
Teraz. Ten przysłówek, ów okolicznik czasu – zdaje się być istotą poetyki Sorrentino, a na pewno jest nią w obrazie ostatnim. Żadne wczoraj, żadne jutro, a nawet żadne rzeczywiste dziś. W spotkaniu z opowieścią o samotności bezradnie czekającej na odpowiedź nic nie pomogą wycieczki poza ekran, szukanie kontekstów w świecie, dopasowywanie iluzji do gazet codziennych, idei politycznych, społecznych niepokojów oraz całego oceanu realnych zdarzeń. Tutaj nic, co na zewnątrz, nie wchodzi w ekran. Nie ma furtek. Prezydent Mariano De Santis, jak też pułkownik z bezimiennego miasteczka na wybrzeżu Morza Karaibskiego – doskonale nie istnieją. Jedyne furtki, to te, co prowadzą z ekranu wprost w inne stare opowieści, które kiedyś próbowały dotknąć podobnych samotności. Jak uczył Roberto Calasso: „Ostatecznie tak właśnie rozwija się literatura: wyrasta na poprzednich słowach, hybrydyzuje je”. Nie tylko literatura. Dlatego teraz, w „La Grazii”, pod pachą prezydenta zjawia się dla mnie kogut z baśni „Nie ma kto pisać do pułkownika”. I dzieje się coś jeszcze. Czytam baśń od początku i z każdym kolejnym słowem nabieram pewności, że aby rzec coś, co by nie zbanalizowało osobności Toniego Servillo w roli Mariano De Santisa, powinienem baśń Márqueza – przepisać, dyskretnie dodając pułkownikowi czarny kapelusz, ciemny płaszcz i jeszcze okulary.
Czytam więc. Teraz – ostatnia scena baśni i wreszcie jasna, kategoryczna, z jednego słowa składająca się odpowiedź pułkownika na odwieczne pytanie żony. Koniec. A teraz pożegnalny kadr „La Grazii”. Prezydent i jego stara przyjaciółka, krytyczka sztuki Coco Valori (Milvia Marigliano), nisko pochyleni nad talerzami siorbią zupę w kuchni. Niedawno Coco palnęła na odczepne, że miłość prezydenta zdradziła go – z nią. Chyba nie uwierzył, więc ciągle zamiera nad łyżką i pytającym spojrzeniem niby zza węgła kłuje zmęczoną twarz przyjaciółki. Po trzecim bądź czwartym ukłuciu Coco już wie, co powinna zrobić. Czuje się mocna, niepokonana, definitywna, gdy odpowiada:
– Odpierdol się, dobrze?
I tyle. Co tu więcej mówić? Wracają do siorbania.
15 lutego 2026 r.
