Nie jest wykluczone, że młodziutki Witold Gombrowicz był świadkiem tego mordobicia, jednego z najwybitniejszych w międzywojennej Polsce. Oto 12, może 11 kwietnia roku 1924, albo jeszcze kilka, kilkanaście dni wcześniej, do kawiarni „Ziemiańska” przy Mazowieckiej 12 w Warszawie wtargnął niejaki Mieczysław Szczuka – wódz i duchowy przewodnik stołecznych kubistów, suprematystów oraz innych konstruktywistów zrzeszonych w awangardowej organizacji „Blok” – i rzucił się z pięściami do twarzy Antoniego Słonimskiego. Szło mu o to, o co zawsze idzie artystom trzeciorzędnym.
Artysta trzeciorzędny od zawsze marudzi, że felietonista miał czelność nie oznajmić światu, że bohater jego felietonu jest artystą pierwszorzędnym. A jeśli na domiar napastliwej złośliwości felietonista operuje stylem szyderczo-paszkwilanckim – afera kończy się malowniczo. Mówiąc dokładnie – nie kończy się, a kończyła się. Oto nie jestem w naszym dziś, jestem w „Ziemiańskiej” wiek temu. Z okazji 130. rocznicy urodzin Słonimskiego, w środku Roku Słonimskiego, przy stoliku Gombrowicza siedzę, wejściowe drzwi kawiarni otwierają się z trzaskiem, kolosalny Franz Fiszer (150 kilo żywej wagi) i chuchrowaty Konstanty Ildefons Gałczyński nagle przestają grać w kości o duszę poety (dokończą później), Jan Lechoń oczętami chłopięcia błaga marmurowego Jarosława Iwaszkiewicza o wzięcie go pod opiekę, byczo rozwścieczony Szczuka, kawiarnianymi stolikami miotając na prawo i lewo, dopada pięterka „Skamandrytów” i tłucze w nos najwspanialszego felietonistę tamtych czasów, zaś Gombrowicz mruczy do mnie: „Spójrz pan, taki duży, a dzieckiem podszyty…”
Pewien żurnalista napisze później, że w Szczuce ostro „zagrała stara krew litewska”. Zagrała ona na kanwie fraz, których Słonimski w „Wiadomościach Literackich” użył, finezyjnie masakrując skleconą w automobilowym salonie „Austro-Daimler” wystawę geometrycznych grafik podopiecznego Szczuki, młodzieńczo bezkompromisowego Henryka Berlewiego. Słonimski nie pozostał dłużny wodzowi awangardy. Młody był – wszystkiego 29 lat. Młody, postawny, krzepki. Miał cios. Finezja jego prawego prostego, śmiem twierdzić, była porównywalna z finezją fraz dwutomowego „Gwałtu na Melpomenie” albo kilku ksiąg „Kronik Tygodniowych”. Nigdy nie wahał się prawego prostego używać pisząc i nie zawahał się, na rzeczywiste pięści walcząc w „Ziemiańskiej”. No i teraz, w mojej na jego 130. urodziny uruchomionej wyobraźni – wciąż ostro leje niezdrowo podnieconego naczelnika pospolitego ruszenia awangardy odpustowej. Leje go ściśle teraz, kiedy oglądam nagranie poświęconego Słonimskiemu, 833. Krakowskiego Salonu Poezji, na którym Mirosława Lombardo, Julia Smolarek, Filip Perkowski i Przemysław Przestrzelski czytali lirykę twórcy choćby takiej recenzji – godnej dyskrecji haiku – teatralnej recenzji tyczącej premiery sztuki „Kartka papieru”. „To nie była kartka. To była cała rolka”. Ciekawe, jak się aktorzy czuli, recytując utwory poety, którego sędziwy dwutomowy gwałt na scenicznych artystach międzywojennej Warszawy wisiał im przez salonową godzinę nad głowami? Istnieje też inne pytanie.
Czy ktoś się łudzi, że tamto wielkie kawiarniane mordobicie nawiedzonej awangardy z inteligentnym spokojem, tromtadracji z umiarem, toporności z finezyjną tradycją – zamknęło temat? Że pięść artysty w nos recenzenta, że łokieć recenzenta w żuchwę artysty, że artysty „z byka” cios w lewy oczodół recenzenta oraz w końcu brak litości imadła zębów recenzenta na prawym uchu artysty – i koniec? Że rumieńce zamajaczyły na mącznej bladości lic Lechonia, że Fiszer i Gałczyński jak gdyby nigdy nic wrócili do gry w kości o duszę poety, że Iwaszkiewicz rozmiękczył swą marmurowość, zaś Gałczyński, kiedy przegrał z Fiszerem po raz enty, enty raz pokornie rozłożył swój płaszcz na ulicy przed „Ziemiańską”, aby dorożkom przyjemnie się parkowało – i zdarzenie momentalnie utonęło w niepamięci?
Kto tak myśli, nie docenia skali, smaku, klasy tamtych czasów. Kawiarniane mordobicie to była jedynie przystawka. Gdy się zakończyło, sekundanci mordobitnych, wybitni legioniści – pułkownik Bolesław Wieniawa-Długoszowski w imieniu Słonimskiego oraz major Dobrodzicki ze strony Szczuki – rozpoczęli pertraktacje, kierując się paragrafami Honorowego Kodeksu Boziewicza. Ustalenia zostały przyjęte przez sztukę i krytykę. Broń? Pistolety. Rytm? Trzykrotna wymiana strzałów na dystansie 15 kroków. Scenografia? Polana w lasku pod Warszawą. Termin? 14 kwietnia roku 1924. Nastrój? Wczesny świt, mgła, kruki na gałęziach zamarłe nad polaną śmierci…
I teraz znów tak jest. Z Gombrowiczem siedzimy dziś tam w krzakach leszczyny. Słonimski i Szczuka stają naprzeciwko siebie, wyciągają ręce z pistoletami, celują. Huk, drugi huk, dymy z luf. Felietonista strzelił celowo pod nogi, lecz broń odbiła i kula ugrzęzła w udzie artysty. Krew, lekarz, bandaże, koniec krótkiej bitwy w istocie o podniebienie. To znaczy – jeszcze nie koniec. Rana okazuje się niegroźna, więc wszyscy udają się do „Ziemiańskiej”! Tak, wszyscy, zatem ja i Gombrowicz również. Jedziemy powozami na ciężkie, radosne pijaństwo z okazji wyjątkowo udanego pojedynku, jednego z najświetniejszych w roku 1924, i zarazem z okazji Antoniego Słonimskiego 130. urodzin w roku 2025.
Niebawem Gombrowicz stworzy arcydzielny portret groteskowego tenisowego pojedynku – ułoży „Filiberta dzieckiem podszytego”, XII rozdział „Ferdydyrke”. Być może przeczuł ów obraz właśnie tam, na skraju polany, skryty w leszczynie? I kto wie, może właśnie tam dostrzegł fantastyczny absurd skazanego na wieczne fiasko pistoletowego pojedynku nowoczesności z tradycją – Gonzala z Tomaszem – który wiele lat później umieści w „Trans-Atlantyku”?
A dziś? Jak się sprawy naszego smaku, klasy, skali mają u nas, między nami?… Ledwo zapytałem i już żałuję, bo przeczuwam, że trzeba by było wyjaśnić, że w istocie nie nawołuję do krwawych pojedynków. Nie, nie apeluję o zabijanie. Nie chodzi mi o nobilitowanie śmierci w obronie swych racji. Chodzi mi jedynie o to, że śmiertelnie nudno jest w letnim grajdole teatralnym, gdzie nikomu nie chce się nikogo choćby tylko w dupę kopnąć pieszczotliwie. Rzecz jasna – słowami, słowami.
23 listopada 2025 r.
