Doktorze drogi!

Jak jest po amerykańsku „Edek”? Nie w ogóle, nie od zawsze i na zawsze. Po prostu, jak imię to brzmi po amerykańsku – dziś? Jedno pewne, Doktorze – uczesanie Edka ma wagę, znaczenie fundamentalne, zwłaszcza rzeźba oraz kolor płukanki. Wystarczy jeden rzut oka i już wiadomo, że on to on. Pamięta pan krakowską prapremierę „Tanga” Sławomira Mrożka w Starym Teatrze? Niedawno, 17 grudnia, 60 lat minęło! Jak się okazuje – wypada gratulować długowieczności. Pamięta pan, oczywiście że tak! Więc i Jerzego Bińczyckiego w roli Edka.

Ach, cóż to za bydlę zwaliste, dysponujące ciosem na tyle solidnym, że bydlę nie musi mózgu swego gnać do roboty, kubków smakowych także nie! Cóż za malowniczy cham, że skorzystam ze słynnego epitetu Jana Błońskiego! Ten jego gust, bez wahania łączący kratę koszuli z prążkami kamizelki i muchą psu z gardła wytarganą! I jego sposób siadania, przecudowny, bo kiedy siada – siedzi jak samo siedzenie, niby zwyczajnie, lecz dogłębnie! A kiedy je lub pije, jego żołądek staje się symfonią natury! No i ten włos Edka! Wprost ze smolistej płukanki! Włos niczym kra twardy i lśniący od ulizania, z idealnym przedziałkiem przez ciemię, włos, z którego kilkoma ruchami grzebienia i nożyc można by stworzyć powszechnie dziś znany amerykański daszek, ocieniający czoło skrywające niebywałe refleksje o świecie! A nawet nie tylko daszek, lecz cały amerykański kaszkiet włochaty! Właśnie, refleksje Edka, godne najtęższych myślicieli sentencje ontologiczno-epistemologiczne, dziergane pod kwadratowym wąsikiem przez ustka ciągle zwijające się w dziubek rybki-skromnisi z Potomaku, marzącej o całusku! Pamięta pan te, jak się okazuje, wciąż żywe perły mózgu Edka? „Ja cię kocham, a ty śpisz”, „Zależy jak leży”, „Ja i tak wiem swoje”, „Postęp, postęp w ogóle, postęp postępowy, postęp przodem do przodu, postęp tak postępowy, że tył też do przodu”. I jeszcze to, co gdzieś ostatnio słyszałam: „Nie bójcie się, byle cicho siedzieć, nie podskakiwać, uważać, co mówię, a będzie wam ze mną dobrze, zobaczycie. Ja jestem swój chłop. I pożartować mogę, i zabawić się lubię. Tylko posłuch musi być”. Tak, nieśmiertelne sentencje!… Ale też nieśmiertelne pytanie powstało pod koniec „Tanga”. Skazani na siedzenie cicho i na niepodskakiwanie – jak się zachowają, kiedy Edek przekroczy, a przecież przekroczy, granice swej chorej pychy, tromtadrackiej pretensjonalności i wrodzonego chamstwa? Dalej grzecznie milczeć będą, aby móc dalej grzać pupkę na wyznaczonym przez Edka zydlu?

Odpowiedzi, szanowny Doktorze, udzielił mój dobry stwórca Witold Gombrowicz. W „Trans-Atlantyku” udzielił jej przy pomocy figury niejakiego Cieciszowskiego, wzorca polskiego kunktatorstwa, wirtuoza żałosnego przetrwania, wyznawcy porzekadła ludowego z okolic Krakowskiego Przedmieścia: „Lepsza pupka w kalesonach na zydlu niż zydel na pupce bez kalesonów”. Oczywiście, Cieciszowskiego też pan dobrze pamięta, zatem i te o nim święte słowa Gombrowicza. „Chudy, drobny, od Bladaczki, której w dzieciństwie się nabawił, bardzo Blady, przy całej grzeczności, układności swojej, jak zając pod miedzą słuchami strzyże, wiatr łapie, a nieraz łapu capu Krzyknie albo i Ucichnie”. Tak, krzyknie lub ucichnie, ucichnie albo krzyknie. A ściśle mówiąc – krzyknie i nie krzyknie, ucichnie i nie ucichnie, byle tylko w efekcie wymknąć się jak zając niebezpiecznej konieczności zajęcia jasnego stanowiska. Na świętego Hieronima jest dysc, albo go ni ma! Panu bogu świeczkę i diabłu ogarek! Dośpiewaj pan sobie resztę, Doktorze.

Te odwieczne polskie reguły wicia się, wywijania z kłopotliwych sytuacji, Cieciszowski ma we krwi. Jest niepoczytalnie poskręcaną, długą sznurówką makaronu, mięciutką, potrafiącą ułożyć się w kształt dowolny, w gębę jakąkolwiek, byle bezpiecznie mętną. Bohater powieści Gombrowicza pyta makaron, co sądzi o jego, bohatera, pozostaniu w Buenos Aires, i czy makaron radzi mu pójść do poselstwa i o pomoc prosić, czy nie radzi. Zdawać by się mogło, że banalna to kwestia, a jeszcze banalniejsze są możliwości odpowiedzi. „Tak” lub „Nie” – trzeciego wyjścia nie ma… Otóż – jest! Językowo-palcowe młynkowanie! Makaron-Cieciszowski oto dłonie splata i kciukami polskiego młynka kręci! Raz w przód, raz w tył, raz na tak, raz na nie… I wprost z kręcącego się młynka makaron mówi jak z nut, albo kręci młynka wprost z makaronowatego bełkotu swojego.

„Postanowienie twoje pochwalam albo nie pochwalam, i dobrześ zrobił, żeś się tu został, choć może niedobrze”… „Sądzę, albo i nie sądzę. Róbże co sam uważasz, albo nie uważasz, bo już głowa twoja w tym, żeby cię co Złego nie spotkało, albo i spotkało”… Wreszcie młynkuje to, co brzmi znajomo, jakby wczoraj, przedwczoraj padło nad Wisłą. „Nie jestem ja na tyle szalonym, żebym w Dzisiejszych czasach co mniemał albo i nie mniemał. Ale gdyś tu się został, to idźże zaraz do Poselstwa, albo nie idź, i tam się zamelduj, albo nie zamelduj, bo jeśli się zameldujesz lub nie zameldujesz, na znaczną przykrość możesz być narażonym, lub nie narażonym”.

Wracając do „Tanga”, do ponadczasowości „Tanga”. Jakkolwiek imię „Edek” brzmi po amerykańsku – Edek przekroczył granicę. W 1965 roku jednym ciosem zabił Artura, a kilka dni temu napluł nad Wisłą w twarz 44 poległym w Afganistanie Polakom. Nie była to ślina. To była, to jest żółta flegma. Żeby już, drogi Doktorze, nie wymieniać wszystkich nadwiślańskich makaronów kręcących w tej kwestii młynki kciukami, zapytam: jak na żółtą galaretę Edka zareagował Polak Pierwszy, nasz jasny Muhammad Ali, który o fizyczną tężyznę, a zwłaszcza o twardość i niezłomność swego charakteru lubi dbać pośród lodówek i jodeł na gór szczycie? Czy zdobył się przynajmniej na to, by bez cimcirymcikowatego patosu bogoojczyźnianego, bez kręcenia młynka kciukami, bez serwowania nam żałosnego seansu przymilnie czołgającego się makaronu – jasno, otwarcie, z głową podniesioną normalnie, bez zadzierania nosa, nazwać Edka Edkiem?

Zna pan odpowiedź, Doktorze. „Tango” i „Trans-Atlantyk”. Naprawdę wielkie nasze bajki sceniczne i powieściowe uczą, że w istocie nigdy nic się już raczej nie zmieni. Edek po prostu będzie przychodził co jakiś czas. Makaron polski jest nieodwracalnie wieczny. I jak w „Tangu” – jeszcze wiele, wiele razy makaron bez szemrania zatańczy z Edkiem „La Cumparsitę”.

 

Ze smutkiem, ale pozdrawiam. I kłaniam się.

Pańska Doktorowa z Wilczej

25 stycznia 2026 r.


Przeczytaj również: