Pan wybaczy, ale nie wierzę – odparł Woland. – To niemożliwe. Rękopisy nie płoną. – I zwracając się do kota, powiedział: – Daj no tę powieść, Behemocie.
Michaił Bułhakow „Mistrz i Małgorzata”
Przy podniebnych jazgotach rżniętego pnia głos piłowanej książki jest wzorem umiaru. Dwa, trzy takty suchego szmeru nisko nad ziemią, nie więcej. Zupełna żałość, lecz jednak słychać ją ostatnio wyraźnie, coraz wyraźniej i przeciągle, gdyż góra papierowych trupów gwałtownie narasta – już liczy grubo ponad trzy miliony istnień, a przybywają tysiące dziennie. Prywatne zbiory, kilogramy kartek w antykwariatach, na śmierć zapomniane biblioteki, archiwa wydawnictw, piwnice i strychy całe w woluminach, biedne skrzynie nadrzecznych bukinistów, druki naukowe i artystyczne, głupie i mądre, cokolwiek, wszystko, co kraszone czcionkami. Drwale, będący też treserami, skupują tomy świata, po czym rozbrzmiewa nad ziemią suchy szmer.
Umieranie trwa tyle co gest. Piła odrzyna grzbiet pionowo ustawionej księgi, padają okładki, stronice idą na rozkurz. Czasem jeszcze tylko okruch kleju spadnie z blatu. Koniec. Teraz drwale zwijają kartki na kształt parówek lub mną je w kulki o rozmiarach pulpetów wołowych. Artificial Dog, w skrócie AD, czyli sztuczny pies wabiący się EjDi, lecz wołają nań Ed – lubi te smakołyki. Dokładnie mówiąc – jako że sztuczny, to nie wie, czy lubi, czy nie, ale drwale wiedzą. Dobrze wiedzą, iż opłaca się właśnie tak tuczyć Eda – więc tuczą Eda zadrukowanym papierem. Ed – do nogi! Siad! Waruj! Tak, dobry pies! A teraz – żryj! I żre Ed parówki lepione ze słów Prousta, Szekspira lub innego Nabokova. I zupełnie obojętne dlań jest, strzępy czyich baśni łyka, byle tylko smakowały drukarską farbą. Potem jest czas, aby się tuczydło w piesku uleżało. Już? Już! Bije godzina aktu ostatniego, wybrzmiewa komenda finałowa. Ed – siad i rzyg! Śmiało pawia puść na cześć cywilizacji! I pawiuje Ed, kornie zwraca totalny bigos klecony ze strzępów Prousta, Szekspira i Nabokova. A jutro paw będzie starogrecki, bowiem Ed wsunął dziś pulpet VIII Pieśni „Odysei”, z tymi w epilogu słowami: Mów, czemu płaczesz? Czemuś zawsze wzdychający,/ Gdy usłyszysz o Grekach lub Ilionu losach?/ Nie poradzisz – zginęli! Wyrok ten w niebiosach/ Padł na nich, aby w pieśniach pokoleń ożyli. Dobry pies! Leżeć!
Wiele lat później, na kanwie tych Homera fraz, Jorge Luis Borges napisze, iż bogowie tkają nasze losy, aby inni mieli co opiewać, gdy losy się dokonają. Trochę ponad 1000 lat po utkaniu Wojny Trojańskiej bogowie wydziergali szaleńcze istnienie człeka zwanego Szy Huang-ti, cesarza Sześciu Królestw, zaś 76 lat temu twórca „Alefa” sportretował to szaleństwo. Stworzył opowieść o władcy, który nakazał budowę nieskończonego niemal chińskiego muru i zarazem rozkazał, aby spalono wszystkie powstałe przed nim książki. Mur w przestrzeni i pożar w czasie stanowiły magiczną barierę, której przeznaczeniem miało być powstrzymanie śmierci. O samym kolosalnym ogniu szalonego cesarza powiada Borges: Nie jest błahostką żądać, aby najbardziej przywiązana do tradycji rasa zrezygnowała z pamięci o swej przeszłości, mitycznej czy prawdziwej. Chronologia Chińczyków liczyła trzy tysiące lat (a w latach tych żył Cesarz Żółty i Czuang-tsy, i Konfucjusz, i Lao-tsy), kiedy Szy Huang-ti rozkazał, aby historia rozpoczynała się od niego. Jakże poważnie trzeba traktować literaturę, jak gruntownie znać trzeba i pojmować jej umiejętność ocalania przeszłości i pamięci świata, aby chcieć ją unicestwić w imię marzenia o nieśmiertelności. I w imię tego samego marzenia trzeba się starych opowieści lękać tak, jak w innym świecie, utkanym przez bogów w latach trzydziestych ubiegłego stulecia, lękali się owi potworni, kolosalnie szaleni, którzy w Berlinie oraz innych miastach brunatnych Niemiec palili na placach stosy ksiąg, gdyż księgi owe groźne były niczym pamiętliwe demony.
Pamięć, znów pamięć, tym razem po drugiej stronie opowieści – po stronie tych, którzy ocalali. Czasy nie musiały być wybitnie spektakularne, więc nie były. Lata 70. i 80. zeszłego wieku okazały się w nitkach tkających je bogów czasem zupełnie zwyczajnym. Na domiar powszechnego rozleniwienia – czasem zwyczajnym w kraju wolnym, bezpiecznym i jako tako sytym. W Stanach Zjednoczonych. I może właśnie to rozleniwienie – nieobecność większych cieni – wzmagało zapominanie, może nawet kleciło coś na miarę wstydliwej obojętności. Po prostu – kurz, to, jak mawia poeta, coraz grubsze ciało czasu, powlekało specyficzne, gdyż pisane w jidysz księgi. Na strychach i w piwnicach dzielnic żydowskich i nieżydowskich, w miastach kolosalnych i tycich, na zapadłej prowincji lub w centrach gospodarczych i kulturalnych. Sklepiki i ruiny, antykwariaty i kontenery na makulaturę, śmietniki wreszcie, inne miejsca, o których nie było komu pamiętać w latach 70. i 80. zeszłego wieku. Badacze wiedzieli tylko, iż w punktach tych przetrwało ledwie 70 000 tomów prozy jidysz, a reszta, oceaniczny ogrom, jest już pyłem. Zjawił się wtedy jednak ktoś jeszcze. Młodzieniec Aaron Lansky, student, który nie uwierzył w prawdę owej liczby. Wraz z przyjaciółmi zaczął po całym kontynencie zbierać umierające ale jeszcze nieumarłe tomy – uczynił gest odwrotny do gestu cesarza Szy Huang-ti. Do czasu wydania przez Lansky’ego opowieści o tych upartych wędrówkach w poszukiwaniu starych słów – iście przygodowej księgi „Przechytrzyć historię” – przywrócili do istnienia ponad półtora miliona książek. Na którejś z pierwszych stronic Lansky przywołuje najzwyklejsze pod słońcem zdanie w jidysz. Di bobe est tsholent af Shabes – Babcia je gulasz z fasoli w szabat. W kolejnych frazach okazuje się, iż pozostając najzwyczajniejszym pod słońcem zestawem banalnych słów, zdanie to jest przepaścią, gdzie zapętliło się, aby trwać, kilka odległych lat, kilka miejsc, języków, istnień raczej bezimiennych. Słowiańszczyzna XIII i XIV stulecia z ponad tysiącletnim, średnio-wysoko-niemieckich wyrazem est; podobnie sędziwy, starofrancuski tsholent-gulasz z hebrajskim słowem Shabes, liczącym sobie sporo tysiącleci. I jeszcze tłumy widm, trwających w cieniu za słowami, co je kiedyś, w cielesnym życiu, widma tyle razy wypowiadały. I lekkie niczym fatamorgana ślady ulic, domów, drzwi i okien, przez które, patrząc znad gulaszu z fasoli, można było czasem zobaczyć człowieka wolno idącego przez ciemność… Ocalając ponad półtora miliona opowieści w jidysz, Lansky ocalił ocean zdań, w których zatrzymał się czas.
A dziś? Bogowie, ironicznie rycząc ze śmiechu, uprzędli nam gobelin pełen mikrusów tuczących Eda zarżniętymi opowieściami, by miał czym pawiować w świetlanej przyszłości świata. Najsmętniejszy, najdotkliwiej zawstydzający jest właśnie ów rozmiar drwali papieru. Bo kiedy spotkam Lensky’ego, cóż mu rzeknę o mentalnych karłach, co – gdyby tylko usłyszeli, iż opłaca się tuczyć Eda lodówkami – równie chętnie i bezmyślnie jak książki – lodówki cięliby na parówki i pulpety, między lodówką a książką nie widząc różnicy? A Szy Huang-ti, ów spektakularny niczym wagnerowskie opery, malowniczy szaleniec ostatecznej zagłady, dla którego biblioteka była śmiertelnym metafizycznym wrogiem? Jak mu spojrzeć w oczy, stercząc wśród tycich drwali, dla których Proust, Szekspir i Nabokov to trzy kupki papieru? Jak bez wstydu czytać „Mur i książki” Borgesa – opowieść o wielkości oszalałego cesarza – będąc nitką w gobelinie kurdupli?
30 sierpnia 2026 r.

Przeczytaj również:
6 września, 2026
Podróż z Semiramidą
Oczywiście nie wiem, nikt nie wie, czy ja wiodłem Semiramidę, czy ona…
23 sierpnia, 2026
„Topielec, który przynosił nam ślimaki”
"Dlaczego uciekam?", spytał Rice, przystając na moment. On lub w mym śnie na…
16 sierpnia, 2026
Długa podróż Rebeki
Magia skończyła się w sierpniu. 60 lat temu, zwykłego dnia. Trzaskającymi…


