Czy nie zdarzyło się wam, czytając książkę, nieustannie przerywać lekturę, nie z powodu braku zainteresowania, lecz – przeciwnie – z powodu natłoku idej, pobudzeń, ekscytacji? Jednym słowem: czy nie zdarzyło wam się czytać, podnosząc głowę znad książki?

Roland Barthes

62, może 63 lata temu – w Paryżu trwała zima, padał śnieg – pewien finezyjny flâneur wrócił tuż przed świtem do gościnnego pokoju przy rue Lamandé 15, niedaleko placu Pigalle, i pod datą „29, środa” zapisał w kajecie ślad swych samotnych kroków bez celu. „Spacer po Dzielnicy Łacińskiej nocą”. I dalej: „Lalka włoska mruga do mnie. Bardzo dziwne typy – herbaciarnia dla kloszardów”. Tyle. Tycia gromadka bezsilnych liter. Z nocy spędzonej na błędnych nogach w drodze po nic – tylko tyle ocalało na papierze. A później – sen flâneura. Żeby o zmierzchu wstać i znów ruszyć w miasto po nic.

Teraz spojrzenie opuszcza gromadkę liter pisanych tamtej dalekiej środy przed świtem i zlepia się z rysami na ścianie mego pokoju. Oczy zostawiają w dole ową drobinę przeszłości, widniejącą na 44. stronie monumentalnej, w formacie A4 wydanej w twardych okładkach księgi „Ściszonym głosem”, bez mała sześciusetstronicowego zbioru dzienników Kazimierza Wiśniaka, w latach 1956-2021 komponowanych na kartkach kajetów różnej wielkości (Wydawnictwo Księgarnia Akademicka, Kraków 2026). Tak – komponowanych, gdyż są nie tylko zbiorami słów ułożonych w zdania, a grą. Grą słów Wiśniaka z rysunkami Wiśniaka, z jego malunkami, projektami scenografii i kostiumów, kolorami, strzępami gazet, pocztówkami i kawałkami listów cudzych oraz własnych. Są grą, jak kto woli bezustannym – podobnym do nieruchomego pląsu w wielotomowej kronice Józefa Czapskiego – nicowaniem się liter z kreskami, zdań z barwami świetlnego widma, milczenia z obrazkiem, fotografią, znaczkiem pocztowym. Księga „Ściszonym głosem” stara się nie zgubić owej gry kajetów, naznaczonych wzruszającą wiarą Wiśniaka w ocalające pamięć moce pięknie skomponowanych drobin czasu przeszłego, dokonanego. I jak kajety – nie nadaje się do czytania wedle zwykłej reguły, grzecznie, po kolei, strona po stronie, od początku, do końca.

Księgę należy poznawać bezładnie, w nieprzewidywalnym rytmie przypadku, zdając się na łaskawość lub brak litości Parek, co przędąc losy, tkają też przygody ludzi z cudzymi opowieściami. Trzeba księgę czytać bez planu, tak jak flâneur muska okiem mijaną rzeczywistość, spozierając raz tu, raz tam, za siebie, w bok, znów za siebie, czasem w obłoki. Trzeba się błąkać pośród tysięcy starych drobin Wiśniaka i wciąż przystawać, aby podnieść głowę i patrząc na ścianę, sufit lub gałąź za oknem – dalej się błąkać, lecz już po innych drogach, własnych. Bo cóż innego, lepszego, niż podnieść głowę, można zrobić choćby wobec słów „Silny wiatr”, kilka dni pod rząd zapisanych przez Wiśniaka w Międzyzdrojach latem roku 2010? Cóż lepszego da się uczynić dla narysowanej przez Wiśniaka bezimiennej postaci, którą widać, jak obok słów „Silny wiatr” stoi zwrócona plecami do miotającego liście i gnącego gałęzie krzewów wichru, chowając dłonie w przepastnych kieszeniach płaszcza o wysoko postawionym kołnierzu – cóż lepszego da się dla niej uczynić, niż zmyślić jej los? Tak, tyle należy, zaczynając choćby tak. Płaszcz jego był solidny, w kolorze wielbłądziej sierści, ze skórzanymi obszyciami, długi aż do kostek…

Rysy na ścianie przecinają się. Jak rue Victor Cousin z rue Cujas w Dzielnicy Łacińskiej, gdzie wiele lat temu pani Lacroix prowadziła tani, pełen latynoskich emigrantów hotel de Flandre. Na blacie portierni wiecznie spały jej koty, a ona wciąż nie miała serca, by wyrzucić mysio biednego Gabriela Garcię Marqueza, który nie płacił za nieogrzewaną norę na 7. piętrze, gdzie otulony kocem i w wełnianej czapce, na rozklekotanej maszynie, co miała martwy klawisz „a”, równo 70 lat temu noc w noc, aż do świtu, kiedy mąciła mu zmysły mdława woń gotowanych kalafiorów i kasztanów z rusztu, wystukiwał arcydzieło o starym jak świat pułkowniku bez imienia, który mając do wyboru głodować bądź sprzedać za wielkie pieniądze ukochanego koguta, czempiona ptasich walk, wybrał wierność kogutowi, to znaczy – głód. To działo się wprawdzie 8, może 7 lat przed przybyciem Wiśniaka pod wieżę Eiffla, lecz ta mała przepaść nie ma teraz znaczenia. Pablo Neruda mawiał: „W Paryżu przemija czas, lecz nie przemija Paryż”. Wszystko zatem odbywa się tam zawsze teraz, także to, co było. I spotykają się ci, co się nie spotkali.

Nad księgą z „Dziennikami” Wiśniaka, księgą tysięcy jego starych drobin, na ścianie mego pokoju przecinają się więc dwie marne uliczki Dzielnicy Łacińskiej. Trwa zima roku 1964, tamta Wiśniaka noc z wtorku na środę, cała ulepiona z błąkania się, i Wiśniak naraz nieruchomieje na rogu uliczek, bo oto przed hotelem de Flandre chudy niemiłosiernie, chudy niczym kreski rysunków Wiśniaka, młody Latynos z wąsem i brodawką na policzku, frenetycznie tańczy w wielkim niby namiot, długim do kostek płaszczu barwy wielbłądziej sierści, ze skórzanymi obszyciami, w którym z końcem roku 1955 naprawdę przyjechał pociągiem do Paryża z Rzymu, i w którym następnej zimy rzeczywiście tańczył nocą na ulicach.

„Przepraszam, czy coś się stało?”, pyta Wiśniak. „Śnieg pada!”, woła Marquez rozcierając w palcach płatki. „Nigdy nie widziałem śniegu, ale dawno, dawno temu, w dzieciństwie na karaibskim wybrzeżu Kolumbii, dziadek zabrał mnie do magazynów kompanii bananowej, żeby pokazać mi bryłę lodu – a teraz z nieba spada sproszkowany lód i przez palce przypomina mi tamtą chwilę! Kiedyś napiszę powieść o wielkiej samotności, która otwarła się w chwili, gdy mały chłopczyk dotknął w obozie Cyganów lodową kłodę, a później już nie zdołał o tym zapomnieć ani powrócić do tamtego zdumienia palców!” „A teraz? Co pisze pan teraz?”, ciągnie Wiśniak. „Teraz mam na kartkach bezimiennego pułkownika w umierającym od wiecznego skwaru miastku bez nazwy. Pułkownik posiada jedynie swój głód, powracający sen o uwięzieniu w pajęczynie, ukochanego koguta, co jest formą pamięci po zabitym przez władzę synu, i wiecznie utyskującą żonę, która ze wstydu dzień w dzień gotuje kamienie, by na mieście nie gadano, że nie mają co do garnka włożyć. I ma coś jeszcze. Wierność czekaniu. Wierność całemu życiu czekania na wojenną rentę, która nie przychodzi i nigdy nie dotrze. Bo nie ma już nikogo, kto by zechciał napisać cokolwiek”… Nagle zapachniało gotowanym kalafiorem i kasztanami z rusztu. Opuszczam głowę.

Parki otworzyły księgę na stronie 295. Jest rok 1980. Po lewej stronie kartki – dwa zapisy. „Kraków 15. Nad miastem czarna mgła”. „Kraków 16. Mgła jeszcze większa niż wczoraj. Zmęczenie też większe”. Po prawej – rysunek. Portret wierności? Pułkownik? Owszem, to mógłby być on. Z dłońmi w przepastnych kieszeniach ogromnego płaszcza prawie do kostek, stoi z pokornie pochyloną głową. Czeka. Pod kapeluszem już nie widać jego twarzy. Czas wymazuje. Lecz on jeszcze jest. Znikanie jeszcze nie dobiegło końca.

Głowa kolejny raz się podnosi. To sprzed chwili widmowe spotkanie w Dzielnicy Łacińskiej na ścianie mego pokoju mignęło być może dlatego, że nie znajduję nikogo, kto by opowieści Gabriela Garcii Marqueza, zwłaszcza „Sto lat samotności” i „Nie ma kto pisać do pułkownika”, zdołał zilustrować z tak miękkim i ciepłym brakiem litości jak Kazimierz Wiśniak, finezyjny flâneur, który niebawem ukończy 95. rok życia. Bezimiennego pułkownika już ma. Koguta także. Narysował go niedawno. Stoi oto w słońcu na parapecie otwartego okna i pieje nad starym głodem swego znikającego pana, który powoli wysuwa się ze snu o sobie zgubionym w pajęczynie nie do rozerwania. Za chwilę wpadnie nieszczęsna żona i znów zacznie utyskiwać, bo kogut znów nie został sprzedany, więc dalej będzie musiała ze wstydu gotować kamienie. Za chwilę usłyszę jeden z najwspanialszych epilogów pośród wszystkich zmyśleń świata. Już brzęczy.

 

Powiedz mi, co będziemy jedli.

Trzeba było siedemdziesięciu pięciu lat – siedemdziesięciu pięciu lat życia, minuty za minutą, żeby pułkownik doczekał tej chwili. Poczuł się czysty, kategoryczny, niepokonany, gdy odpowiedział:

– Gówno.

28 czerwca 2026 r.


Przeczytaj również: