Postać, którą tu widzisz, ryła ręka szczyra,
Co chciała szlachetnego ukazać Szekspira,
Przy czym też miedziorytnik biedził się nie mało,
Żeby dzieło naturę żywą przewyższało.
Ben Jonson
Dzięki słownej dobroci Mikołaja Gogola jedna z zaludniających dno „Rewizora” kropek, niejaki Piotr Iwanowicz Bobczyński, do dziś jest i pozostanie kropką „nadzwyczaj żywo gestykulującą”. Na domiar istnienia – jest postacią pociesznie „niziutką, króciutką, z brzuszkiem” oraz odrobinę frywolniejszą niż bliźniacza marność zwana Piotrem Iwanowiczem Dobczyńskim. Tylko tyle? Owszem. Niewiele to, wzruszająco mało, lecz być takim – to już coś. Nie? To coś, bardzo coś, gdyż być takim – to w ogóle być. Inna kropka na planktonowym dnie innego obrazka – dwudziestojednoletni Martin Droeshout w Londynie ponad cztery wieki temu – nie miała szczęścia aż tyle. Za życia nie trafił mu się i do dziś mu się nie trafia żaden Gogol.
Od jakiegoś czasu, w każdą kolejną rocznicę śmierci Williama Szekspira – dziś czterysta dziesiąta minęła – szukam twarzy biednego, przezroczystego Martina, kiepskiego miedziorytnika rodem z Flandrii. I nic. Żeby choć brew, powieka, czubek nosa bądź krawędź lewego ucha. A niechby mniej! Łopatka? Łokieć? Łydka? Tak, byle co by starczyło, a tu nawet pięty nigdzie nie widać. Puste miejsce, czysta kartka do zamalowania, tylko imię czernieje przy górnej krawędzi. Imię skazane na nieśmiertelność, lecz nie za przyczyną własnych zasług biednego Martina, a ze względu na imię zupełnie inne, imię bez końca. Oto o zmierzchu jesiennego dnia roku 1620, albo 1621, może kolejnego, do zagubionej w pobliżu londyńskiego teatru Pod Kulą Ziemską norki, gdzie Martin z rylcem w garści ślęczał nad miedzianymi płytami, weszli dostojni panowie: John Heminge i Henry Condell, opiekunowie wszystkich słów stwórcy „Hamleta”. Zapytali: „Czy nie zechciałbyś, młodzieńcze, zrobić na tytułową stronę księgi, którą komponujemy, podobizny zmarłego kilka lat temu pana Williama Szekspira?”. Mieszek z monetami brzdęknął na blacie. Brzdęknął cienko. Martin był tani, bo anonimowy, początkujący i zupełnie nieutalentowany. Na domiar marności – wiedział mało. Zareagował więc pytaniem od ponad czterech stuleci dobrze, z każdym rokiem coraz lepiej znanym ludzkości: „A kto to Szekspir?”.
Nie wiedział, bo niby skąd miał wiedzieć. Raczej nie był szalonym teatromanem. Nie uczęszczał do tego dziwacznie wypukłego gmachu niedaleko jego norki. W ogóle nic nie wiedział o sztuce teatru – o cudownym prostokącie z desek, na którym przez dwie, trzy godziny iluzja przemienia się w jedyną rzeczywistość, zmarli zaś kłaniają się na końcu i uśmiechają, całkiem zwyczajnie, a później, pod rękę z tymi, co jeszcze ani raz nie umarli, idą na gorzałkę i tkają marzenia. Całkiem możliwe, że Martin nie umiał czytać, a nawet jeśli, to monet na zakup drukowanego papieru przecież nie miał. I nie bywał w ulubionych lokalach pana Szekspira. Gdy tenże pierwszy raz na świecie grał w teatrze Pod Kulą Ziemską postać Ducha Ojca Hamleta, zjawy, co ma we władaniu ludzkie namiętności – biedny Martin jeszcze się nie narodził. A gdy Szekspir umierał – Martin chyba jeszcze gdzieś we Flandrii zbliżał się do 15 roku życia. Mówiąc krótko – tamtego jesiennego dnia miał podstawy westchnąć z ulgą, gdy Heminge i Condell położyli obok miedzianej płyty podobiznę autora „Snu nocy letniej”, obraz zwany dziś portretem z Grafton. I zupełni uspokoił go moment, kiedy zaczęli opowiadać oblicze Szekspira, recytując strzępy scenicznych bajek Szekspira. Słowem – rylec stwarzał w miedzi twarz jak gdyby wprost z genialnych zdań, tak jak muzyk gra z nut. Co wyszło?
Wyszło najsłynniejsze graficzne fiasko globu, nieudolny portret, od jesieni roku 1623 zdobiący Pierwsze Folio – pierwsze wydanie 36 dzieł teatralnych Szekspira. Z tysiąca egzemplarzy ocalało nieco ponad dwieście. Wtedy funt za sztukę, na nasze – 170 USD. Dziś cena jednego dobija do 6 milionów funtów szterlingów. Biedny, biedny Martin! Siedział, łypiąc na chudy mieszek, siedział i nieudolnie żłobił w miedzi twarz nieśmiertelności, ale czoło było za szerokie i nienaturalnie wyglancowane, oczy jak szklane gałki ebonitowej lalki, ulizane włosy chyba ze sznurków cienkich, i tak dalej – po prostu tworzył głowę nienaturalnie dużą jak na wątłe ramionka, co je wymęczył wcześniej. Tak, wyszło grawiurowe fiasko, ale też bezwiednie trafił biedny Martin w sedno. Nigdy się nie dowiedział i już się nie dowie, że stworzył portret istoty teatru – podobiznę wiecznej marionetki z cudownego, gdyż miękkiego drewna, która mogła stać się każdą z postaci wszystkich 36 scenicznych bajek Pierwszego Folio. Każdą, więc i Tezeuszem ze „Snu nocy letniej”, recytującym monolog o mocach wyobraźni, która szaleńcom, kochankom i poetom pozwala stwarzać światy prawdziwsze od rzeczywistego. Biedny, biedny Martin! Nie mógł przypuszczać, nie mógł nawet śnić, że kiedyś, z okazji 400. rocznicy wydania Pierwszego Folio ludzkość wyśle w kosmos właśnie ten monolog. Słowa Tezeusza i coś jeszcze.
Gdyby w tamtych jesiennych dniach tworzenia podobizny Szekspira Martin choć raz spojrzał przez okno w niebo, być może dostrzegłby obłoki podobne obłokom, na które w roku 2023 patrzył z krawędzi kosmosu jego przytwierdzony do ogromnego balona marionetkowy Szekspir, wsparty na pudełku skrywającym frazy Tezeusza, i jak gdyby pozujący przed obiektywem fotograficznego aparatu, który także poleciał. Piękne jest zdjęcie z owej podróży przez ocean mrozu i gwiazd. Na pierwszym planie – kawałek białego balonu, hołd dla wyobraźni i Szekspir, który może stać się każdym. W dole – Ziemia i obłoki, co z nich Książę Hamlet stwarza słowami – wielbłąda, łasicę oraz wieloryba, robiąc tym samym z Poloniusza durnia zupełnego.
Przyglądam się temu obrazkowi. Myślę o biednym Martinie. O wszystkich Martinach świata. I wracają najsmutniejsze słowa z „Rewizora” Mikołaja Gogola. Pod koniec wielkiej sceny, w której bezimienny ludzki plankton dalekiego, nic nieznaczącego miasteczka łasi się do Chlestakowa i wciska mu banknoty, by jakieś własne interesiki załatwić, zjawia się Bobczyński i jako jedyny – niczego nie chce. Nie płaci, bo nie kupuje. On tylko szepce o spojrzenie. Choćby przelotne, z daleka. Z bardzo daleka w przestrzeni i czasie.
„Proszę jak najpokorniej – jak pan pojedzie do Petersburga, niech pan raczy powiedzieć tam różnym możnowładcom, senatorom, admirałom, że, właśnie, wasza ekscelencjo, albo, jaśnie oświecony książę, w tym a tym miasteczku mieszka Piotr Iwanowicz Bobczyński. Tak niech pan łaskawie powie: mieszka Piotr Iwanowicz Bobczyński”.
Tyle. Wszystko.
10 maja 2026 r.

Przeczytaj również:
24 maja, 2026
Ostatnia taśma Marianne Faithfull
Żegluje kamera, faluje, podpływa pod ślady przeszłości, pod nosy tych, co bają…
3 maja, 2026
A statek płynie…
Druga „Goplana” ruszy na ekranie, zaczną szukać swych twarzy pośród przeszłych…


